wpis 5
Kiedy byłem mały, często grałem w gry RPG. Ba, robię to momentami i dzisiaj. Ale wtedy, będąc chłopcem, zapragnąłem zdobywać doświadczenie jak moje postacie, które musiały wykonywać kolejne zadania, żeby z giermka zamienić się w rycerza lub genialnego czarodzieja.
Zacząłem sobie wyznaczać kolejne 'questy'- kończyłem różne kursy, uczyłem się grać w sporty, które rozwijały albo mózg, albo ciało, w domu czytałem encyklopedie.
Zawsze pamiętałem, że moje postacie z gier mogę zmieniać, wykasować albo wpisać kody, które bez wysiłku ukształtowałyby moich bohaterów, ale tego samego nie mogę zrobić ze sobą. Zatem musiałem zadbać o wszechstronność.
Pierwszego występu jako tancerz w ogóle się nie obawiałem. Miało to być zwyczajnie kolejne zadanie na drodze do samodoskonalenia. Wrocław, wiosenny i bardzo ciepły wieczór.
Przyjechałem na rynek, zjawiając się w mieście grubo przed czasem. Jadąc w aucie, odtwarzałem w głowie swoje ścieżki muzyczne a wraz z nimi układ taneczny. Byłem przygotowany, choć brakowało mi pewności, że spodobam się dziewczynom. Czekałem jakąś godzinę na rynku, pokaz miał się odbyć przy jednej z odchodzących od niego uliczek.
Przyglądałem się ludziom. Ci atrakcyjni faceci noszący buty cenniejsze od mojej całej garderoby swoją irytującą obecnością i pewnością siebie chcieli jeszcze mocniej skruszyć moją wewnętrzną wiarę w to, że oto ja, debiutant, sprawię, że dziewczyny oszaleją na widok mojego tańca i ciała.
Ci bogacze nie wiedzieli, co planuję tego wieczoru zrobić. Nie wiedzieli też tego, że gdyby stanęli obok mnie na parkiecie lub na podobnym wieczorze, ich Armani okazałby się mniej cenny dla kobiet od mojego wzroku i ruchu bioder.
Przynajmniej tak starałem się podnieść na duchu. W gruncie rzeczy nie jestem mistrzem świata w żadnej dyscyplinie tańca. Jedyne moje osiągnięcie to zwycięstwo w Mini PLayBack show jako Michael Jackson, gdy zszokowałem caluteńkie przedszkole swoim zapałem do tańca, a później podbiłem serca wszystkich matek na pokazie talentów w mieście. Nawet gazety to zauważyły, choć z perspektywy czasu dotarło to do mnie, że nie byłem talentem, lecz tylko maskotką w zbyt dużym kapeluszu i białym mini garniturku, prawie całkowicie zakrytym obleśną czarną peruką.
Tego dnia znów miałem być maskotką.
Minęła godzina, poszedłem na miejsce kaźni. Miałem ze sobą czarną torbę weekendową i nieodłączny kaszkiet na głowie, który jakoś wiernie towarzyszy mi w tym zawodzie. Zadzwoniłem do organizatorki. Starałem się, żeby mój głos brzmiał cholernie nisko i aż dudnił pewnością siebie.
- Cześć. Tutaj tancerz. Czekam przed klatką, zejdź po mnie, proszę.
I miały mi się wtedy rozdygotać nogi, spocić dłonie i rozszerzyć oczy jak u Saturna zjadającego własne dzieci z obrazu Francesco Goy'i.
Nic takiego nie miałem miejsca. Nawykłem do publicznych wystąpień, będąc przewodniczącym samorządu studenckiego.
Organizatorka zjawiła się po jakichś 2 minutach. Była zdyszana.
- Przepraszam, że to tyle trwało! Impreza jest na czwartym piętrze.
- Nie ma problemu.
Tutaj przedstawiliśmy się sobie, choć tradycyjny 'hand shake' odbył się przez próg, co przykuło jedynie moją uwagę. Wyjaśniłem dziewczynie, że chciałbym, aby ustawiła krzesła w podkowę, zapytałem, jak rozpoznam pannę młodą, poprosiłem o przygaszenie światła i wyłączenie muzyki.
Wszedłem za nią do apartamentu, łazienka była przy drzwiach wejściowych, więc od razu poszedłem się przebrać. Przez uchylone drzwi z salonu wystawały cztery kobiece głowy zawieszone na różnych wysokościach jak w indiańskim totemie.
-Fajny jest! - to jedyne, co usłyszałem, a autorka tych słów nawet nie zdawała sobie sprawy, jak mocno podniosła mnie na duchu.
Wrzuciłem na siebie kostium. A raczej zwyczajne, eleganckie ubranie. Nie lubię przebieranek. Wszedłem do pokoju, śmiało otwierając drzwi do jego wnętrza.
-Cześć dziewczyny - samo mi się powiedziało.
Tutaj zaczęły się szepty, chichoty i nerwowe poprawianie pozycji na krzesłach i kanapach.
Moje pierwsze wrażenie było takie: Dziewczyny wyglądają jak spełnienie marzeń. Dawno nie widziałem takiego zagęszczenia atrakcyjnych kobiet. One mają płacić za to, czego chciałby każdy facet? Uwodzić całą grupę piękności.
I tu przytrafiła się niezręczna sytuacja. Miałem swoją ścieżkę na telefonie. Przecież on odtwarza tak bardzo głośno! Po pierwszych taktach soundtracku z Draculi dziewczyny zawyły jak tamtejsze wilki i kompletnie zagłuszyły melodię. Cały układ taneczny poszedł się...
Tańczyłem na oślep, bez wyraźnego planu, ale pewność siebie nie chciała mnie opuścić. Dziewczyny były rozochocone, szepcząc lub wrzeszcząc miłe dla mojego ucha słówka. Organizatorka tymczasem wzięła mój telefon i podłączyła go do głośników od komputera.
Muzyka zabrzmiała. Doskonale. Szkoda, że o jeden utwór za późno. Nic to, tańczę, podchodzę do kolejnych ślicznotek. Mój pierwszy występ zakończyłem w spodniach z rozpiętym rozporkiem i bez koszuli.
-Chcecie więcej?
-Taaaaaaak!
-To dajcie mi chwilkę.
Wróciłem do łazienki. Patrzyłem na swoją twarz w lustrze, a ta paskuda się cieszyła. Jak nie moja. Jak po wygraniu mistrzostwa świata.
Przebrałem się w drugi kostium- ten natomiast jest niemal zawsze sportowy, bo najwygodniej się w nim tańczy. Ze salonu dobiegały do mnie różne ponaglenia typu Adonis, Armando i Piękny. Skąd je wzięły? Pewnie zaczerpnęły inspirację z alkoholu, bo wypiły, zdawało się, niemało.
Wyszedłem, wykonałem swój autorski numer z podpisami na mojej koszulce, którą następnie jednym ruchem zdejmuję z siebie i nakładam na pannę młodą przez złączone dłonie. Taki mały trick, który muszę opatentować.
Panna młoda, wyjątkowo śliczna dziewczyna, wyczarowała nagle w ręku kostkę a raczej kochę lodu i sprawnie wrzuciła mi ją do majtek od przodu. "Wiesz, co robić", szepnąłem do siebie. Wciąż patrząc w jej oczy, wyciągnąłem lód i wyrzuciłem go przez otwarty balkon na wrocławski rynek, nie troszcząc się, czy czyjaś schłodzona i obolała głowa nie przeklnie mnie do końca jej lub mojego żywota.
Odniosłem wrażenie, że im się podobało. Chciały mieć zdjęcie, więc je miały. Powiedziałem, że zasłonię twarz w trosce o własną reputację. Okazało się to zbędne, bo panna młoda otrzymała w darze od koleżanek cudownie seksowną maskę. Nic to, że kobieca. Zrobiono sobie ze mną serię zdjęć, których nigdy nie ujrzałem.
Wychodząc, śliczna organizatorka podążyła za mną. Pogadaliśmy chwilę, wziąłem jej numer telefonu (to jedyny numer, jaki kiedykolwiek zachowałem). Prosiła mnie, żebym odezwał się, kiedy następnym razem przyjadę do Wrocka.
Wracałam do domu, śpiewając z radością wszystkie piosenki w radio, których tekst kwestionuję jako miłośnik poezji śpiewanej. Zresztą i te kawałki mogły skrytykować mój talent wokalny.
Wiedziałem, że chcę to w życiu robić.
Epilog:
Organizatorka nigdy się nie odezwała. Nawet, kiedy napisałem z prośbą o zdjęcia z imprezy. Nigdy już nie wezmę żadnego numeru.