Witajcie!
Mam poważny problem, który ciągnie się latami i już straciłam nadzieję, że kiedykolwiek uda mi się go pokonać. Zacznę od początku. Moja mama kiedy miała 19 lat źle wybrała. Wbrew wszelkim ostrzeżeniom wyszła za człowieka, który okazał się strasznym draniem. Pił, bił ją i terroryzował nawet jak była ze mną w ciąży. Urodziłam się przedwcześnie w 28 tygodniu z uszkodzonym mózgiem, astygmatyzmem i zezem na jednym oku. Nie miałam odruchu ssania, to cud, że żyję, bo mojej mamie nie dawali żadnej nadziei na to. Naiwny będzie ktoś kto pomyśli, że taki drań nie podniesie ręki na bezbronne niemowlę. Doszło do tego, że w wieku 2 lat znalazłam się pod opieką psychologa, bo.......bałam się ludzi. Na szczeście moja mama naprawiła swój błąd, rozwiadła się i wyszła ponownie za mąż. Wydawało się, że to koniec problemów...
Niestety, kiedy miałam 6 lat mój brat cioteczny ze strony ojczyma molestował mnie. Wymusił na mnie tą "zabawę" i kazał mi udawać, że jest mi dobrze.....no chyba wiecie co mam na myśli. Wcale mi nie było dobrze. Schowałam się za zasłoną w kącie i nie wychodziłam. Przez lata wypierałam tą myśl z głowy. To się w psychologii jakoś fachowo nazywa....nieważne. Mając 12 lat przeczytałam artykuł w gazecie na temat gwałtów i tym podobnych rzeczy. Wszystko wróciło. Najgorsze jest to, że widywałam i widuję do tej pory "braciszka" co roku przez całe wakacje. Mieszka w Norwegii. Po tylu latach (15 lat) wybaczyłam mu to, ale wciąż czujemy się w swoim towarzystwie skrępowani.
Zoperowano mi zeza, choć wiadomo było, że będzie nawrót w okresie dojrzewania.
Już w podstawówce wychowawczyni zwacała mojej mamie uwagę, że izoluję się od grupy. Nienawidziłam zajęć wychowania do życia w rodzinie. Czasem uciekłam z nich. Drażniły mnie tematy o dojrzewaniu, seksie itp. rzeczach.
Gimnazjum to jedne najgorszych okresów w moim życiu. Nawrót zeza i związane z nim drwiny, szykany, popychania, przezwiska istny koszmar. W klasie posadzono mnie z moim najgorszym wrogiem. Chcieli zapowadzić spokój w klasie więc posadzono spokojnych z niedobrymi. W końcu mnie pobili. Dlaczego? Pewnie dlatego, że mam tego cholernego zeza. Nie patrzyli gdzie kopią. Zachorowałam na nerwicę natręctw. Miałam okropne omamy, zaburzenia spostrzegania. Nie mogłam przez to spać, jeżeli zasnęłam to po wielogodzinnych męczarniach. Przyznałam się dopiero po trzech latach mamie. Jak już mój stan był krytyczny. Byłam po próbie samobójczej, byłam agresywna, urywał mi się film. Chciałam iść od razu do psychiatry, ale moi rodzice zaprowadzili mnie do psychologa, bo psychiatra jest od "niemormalnych" ludzi. Oczywiście miałam rację. Psycholog skierował mnie do psychiatry i jeszcze powiedział mojej matce, że jest zła (co to za psycholog?). Psychiatra mnie wysłuchał, ale nie zapisał mi żadnych leków, bo byłam przed egzaminem gimnazjalnym i musiałam mieć trzeźwy umysł, więc męczyłam się z tym dalej.
Jakimś cudem skończyłam to gimnazjum i poszłam do szkoły średniej. Zmiana otoczenia zaowocowała powolnym ustępowaniem nerwicy. Niestety skutki pozostały. Nie potrafie spojrzeć ludziom w oczy, jedynie rodzicom. Nawet babci nie spojrze, bo się boję, że znów spotka mnie coś przykrego z tego powodu, że mam zeza. Podczas rozmowy ludzie pewnie myślą, że nie patrzę w oczy, bo kłamię. Nic podobnego. W liceum też były sygnały, że się izoluję, odgradzam. Bałam się ludzi mimio, że było o niebo lepiej.
Obecnie jestem na studiach i nadal częściej widać mnie samą niż z kimś. Mam koleżanki, ale czasem wydaje mi się, że mnie traktują jak powietrze. Staram się zagadnąć i czasem nawet wywiąże się fajna rozmowa, ale kiedy mamy np. ćwiczenia i trzeba pracować w grupie czekam, aż ktoś mnie zaprosi. Sama nie odważę się przyłączyć. Ubzdurało mi się nawet, że przez mojego zeza wykładowcy inaczej mnie traktują, nie przepadają za mną. Ostatnio po wieczornych wykładach podszedł kolega z roku i zapytał mnie dlaczego się odsuwam od grupy i zawsze jestem sama. Spławiłam go. Powiedziałam, że mu się zdaje. Nie próbował więcej zagadywać. Wiem, że ma rację, ale ja nie potrafie zaufać drugiemu na tyle, żeby mu pokazać swoje słabości. Na święta mama życzyła mi chłopaka i dzieci. Zawsze jej powtarzam, że nie będzie żadnego chłopaka i żadnych dzieci. Miałam już dwóch. Jeden po trzech latach bycia razem nagle przestaje się odzywać a dzwoni tylko po to, żeby umawiać się ze mną na seks. A drugi będąc ze mną uganiał się za dziewczyną, którą kochał, a ze mną był tylko po to, żeby być. Odpuściłam sobie facetów.
Mam rodzeństwo. Mój ojciec biologiczny płodził dzieci na prawo i lewo, ale.....nie mogę się spotkać z własnym rodzeństwem, bo oni nie wiedzą, że mają innego tatusia niż w rzeczywistości. Tak bardzo chciałabym się z nimi zobaczyć. Ale nie mogę być egoistką. Nie mogę ich życia wywrócić do góry nogami.
Tak naprawdę sama siebie nie rozumiem. Z jednej strony schowałabym się przed całym światem, a z drugiej nie chcę być sama. Wiem, że inni mają gorzej, ale jestem u kresu sił.
Dziękuję wytrwałym.