Zauwazyłem u niektórych ludzi, co potwierdza się również na tym forum, pewne ciekawe zjawisko. Nie ważne czy to katolik czy ateista, żeby upewnić siebie w swoim poglądzie na rzeczywistość, potrzebny jest wróg. Wróg ten jest najczęsciej demonizowany, przypisowane są mu wyłacznie negatywne cechy, z którymi oczywiście ze wszystkich sił nalezy walczyć. Ludzie ci nie dostrzegają, że taki sposób myslenia prowadzi ich do fanatyzmu, a sami stają się jedynie zołnierzami.
Taka postawa nie prowadzi do rozwoju intektualnego i duchowego, obserwowania i rozliczania siebie z własnych postaw, bo przeciez najważniejsze jest zwalczanie wroga.
Warto czasem tak na spokojnie zapytać samego siebie - czy ja nie stałem sie takim żołnierzem, czy do mojej wiary lub niewiary w Boga, potrzebni są ci źli zza barykady. Czy bez wroga ja jestem ateistą czy katolikiem z wyboru? Co mną kierowało i kieruje, że znalazłem się w tym miejscu jakim jestem.
2 2013-07-19 13:03:42 Ostatnio edytowany przez Ojciecpiotr (2013-07-19 13:06:31)
Mnie jest wszystko jedno w co kto wierzy i jakie ma poglądy. Walczę jedynie o to by przestrzegane było w Polsce prawo i by wszyscy byli równi wobec niego.
Niech mi ktokolwiek powie tu, że stan kapłański nie jest uprzywilejowany pod tym względem to wyśmieję go prosto w oczy.
Nie walczę z wiarą ani żadnym Bogiem tylko z ludźmi, którzy postępują tak jakby (z racji przynależności do większości społeczeństwa) wolno im było wszystko.
Mnie jest wszystko jedno w co kto wierzy i jakie ma poglądy. Walczę jedynie o to by przestrzegane było w Polsce prawo i by wszyscy byli równi wobec niego.
Niech mi ktokolwiek powie tu, że stan kapłański nie jest uprzywilejowany pod tym względem to wyśmieję go prosto w oczy.
Nie walczę z wiarą ani żadnym Bogiem tylko z ludźmi, którzy postępują tak jakby (z racji przynależności do większości społeczeństwa) wolno im było wszystko.
Oto własnie chodzi