Witam wszystkich.
Pozstanowiłam napisać szukając pomocy i informacji. Wiele jest tu osób mających nerwice lękowe czy natręctw, a nie zauważyłam, żeby ktoś miał taką jak ja.
Jestem dzieckiem z rozbitej rodziny- znęcanie psychiczne i fizyczne ojca. Ciągłe awantury, okropny strach o mamę i rodzeństwo, poczucie "odpowiedzialności" za nich, pomimo tego, że byłam najmłodsza. Bardzo szybko musiałam dorosnąć. Potem ojciec się wyprowadził, doszły toksyczne relacje z mamą, która nie radziła sobie z rozwodem i wszystko to zrzucała na mnie, wówczas nastolatkę. Potem problemy mojej siostry, potem pasmo moich osobistych kopnięć w tyłek od życia.
Zawsze ja dla kogoś, mój stan był mało ważny. Zawsze starałam się tłumić w sobie emocje, żal, gniew, agresję. Miałam poczucie, że to JA muszę być silna i wspierać wszystkich dookoła, że mi nie wolno, nie wypada, nie wolno nic powiedzieć i zrobić tak by to mi było najbardziej komfortowo, bo tylko pogorszę sytuację czy stan psychiczny kogoś drugiego. Nigdy nie "odpyskowałam" i ie wyszłam trzaskając drzwaimi, choć najbliższe mi osoby traktowały mnie jak worek, do którego można wrzucić wszystkie swoje problemy, jak studnię bez dna, która wszystko przyjmie i nic złego nie odpowie. Jedyne co robiłam, to płakałam cicho skulona na łóżku. Na dodatek (lub jako efekt) jestem ogólnie osobą wrażliwą, łatwo mnie zranić, wszytskim się przejmuję. To krótki wstęp, żeby naświetlić tło.
Teraz najważniejsze. To wszystko kumulowało się we mnie przez lata i powoli wyniszczało mnie od środka, choć nie zdawałam sobie z tego sprawy. Wreszcie zaczęło wyłaniać się na powierzchnię- w sytuacjach stresowych, emocjonalnych zaczęły pojawiać się coraz silniejsze ataki nerwicy- problem ze złapaniem oddechu (jak przy astmie), niekontrolowany płacz, drgawki, skurcz mięśni (np. zaciśnięcie ust, dłoni), stan przedzemdleniowy. Atak trwa kilka-kilkanaście minut, po nim przez następne godziny a nawet kilka dni jestem mocno osłabiona.
Epizody takie z czasem zaczęły pojawiać się przy coraz mniejszych dawkach emocji, a nawet pomimo braku bodźca. Jak mi tłumaczono, przez jakiś czas zbierają się bodźce podprogowe i nagle niespodziewanie następuje wyładowanie w postaci ataku.
Próg systematycznie ulega obiżeniu, już niewielki stres życia codziennego powoduje u mnie potem osłabienie i mniejsze lub większe ataki. Nie radzę sobie, nie mam nad tym żadnej kontroli ![]()
Poszłam do psychiatry- dostałam kilka leków, głównie antydepresantów (choć nie miałam depresji!), które nie dość, że mi nic nie pomagały, to jeszcze źle się po nich czułam. Minął ciężki okres w życiu, poczułam się lepiej, odstawiłam leki.
Poszłam do psychologa, chodziłam prawie rok. Dało mi to dużo, choć nie na poziomie somatycznym, kontroli ataków. Przez przeprowadzkę musiałam zmienić terapeutę i trafiłam na totalnie niepomocną osobę, przestałam więc chodzić.
Byłam u "normalnego" lekarza, brałam leki, które miały wyciszyć mnie somatycznie (beta-blokery), ciężko mi ocenić czy zadziałały one czy podobnie jak wcześniej chwilowy zanik bodźca stresogennego. Po jakimś czasie odstawiłam.
Aktualnie moje dolegliwości są już bardzo uciążliwe, jestem przewlekle zmęczona, wykluczyłam podłoże chorobowe.
Pomimo młodego wieku czuję się jak psychiczny wrak człowieka ![]()
Zamierzam znów wybrać się do psychiatry, ale boję się, że znów dostanę tylko jakieś zamulacze, z psychologiem gorzej, kolejki na nfz są kosmiczne, na prywatne wizyty mnie nie stać.
Mam jeszcze jeden duży problem, nie potrafię sobie radzić z emocjami, ze złością. Gdy ktoś mnie zdenerwuje, sprawi przykrość, to nie potrafię w szybkim czasie wytłumić w sobie tych emocji, tylko piętrzą się we mnie godzinami, dniami i w ten sposób z głupoty robi się duży problem. Nosi mnie, nie wiem co mam ze sobą zrobić. No właśnie, może Wy wiecie co? Zaznaczam, że tradycyjne metody, zmęczenie się fizyczne, jakieś kąpiele, walenie w poduszkę, relaksacyjna muzyka itp mało na mnie działają. Wszystko rozgrywa się na poziomie myśli, które nie mogą znaleźć ujścia. Strasznie to męczące dla mnie i otoczenia. Nie chcę też mimo wszystko uskuteczniać krzyczenia na kogoś, kto jest sprawcą mojego chwilowego stanu.
Czy ktoś z Was ma podobne objawy? Jakie leki Wam pomogły? Jak sobie radzicie?
Dziękuję za każdą wskazówkę i pozdrawiam