Witam,
Piszę ponieważ, mam coraz większy problem ze sobą. W sierpniu tego roku straciłam pracę. Klasyczna redukcja etatów. Do dnia dzisiejszego nie mogę znaleźć wakatu. Wysłałam setki CV byłam na kilku rozmowach i ciągle słyszę, że są lepsi. Często gęsto chodzi oczywiście tak naprawdę o to, że konkurencja podaje niższą pensję (niż moje oczekiwania). Na początku mówię "Ok jest ciężko, nic mi się nie stanie jak powiem mniej". Tym sposobem zeszłam do 2000 zł (zaznaczę żeby była jasność, że jestem księgową i posiadam kilkuletni staż pracy). System się nie sprawdził. próbowałam wszędzie włącznie z administracją publiczną (praca nie do zdobycia). Wszystkie te niepowodzenia, oraz samo poczucie bycia w "bezrobociu" sprawiają, że moje starania (ukończone studia wyższe, praktyka w zawodzie) poszły na marne. Coraz bardziej boję się, że bez znajomości nie znajdę normalnej pracy........Nawet żeby się przekwalifikować potrzeba kasy(urząd pracy przynajmniej do końca roku pozamykał wszystkie szkolenia).
Czuję się jak margines, nie mam znajomości, zresztą wszyscy teraz boja się o własny stołek. Z każdym dniem muszę zmuszać się żeby wstać z łóżka. Z każdym dniem tracę nadzieję, że ktoś da mi w końcu szansę. Chciałabym tylko, żeby przestano mówić o problemie bezrobocia u młodych i w wieku przedemerytalnym. Ludzie młodzi w sile wieku mający dużo do zaoferowania też nie mogą znaleźć pracy!!!!.
Czy mam depresję? chyba już trochę tak. Czy chce mi się żyć? Jeszcze tak, ale mam chwile zwątpienia.................Czy czuję, że żyję w świecie równych szans? Zdecydowanie zaliczam to stwierdzenie do utopii.