Witajcie nieznajome, mam na imię Sylwia,
jest mi w tej chwili bardzo ciężko.
Dużo łatwiej jest mi pisać o tym na forum, ponieważ za każdym razem, gdy próbuje z kimś o tym rozmawiać, zalewam się łzami i nie umiem wyrazić myśli, może chociaż tutaj uda mi się to uporządkować. Muszę się w jakikolwiek sposób wygadać.
Mój przypadek jest po prostu beznadziejny. Każdy człowiek boryka się z różnymi problemami, większymi i mniejszymi - ja swojego określić nie umiem. W tym roku skończyłam 22 lata, zaczęłam zaocznie magistra z historii sztuki, studiuję równolegle na ASP, od dwóch lat jestem z cudownym chlopakiem, pieniędzy mi nie brakuje, brzydka nie jestem.
Mam niedosłuch średniego stopnia. To mi starcza.
Wiem, że ludzie miewają dużo, dużo gorsze problemy, ale to jest dla mnie najgorsza zmora, przez którą nie potrafię cieszyć się życiem. To mi tak na codzień przeszkadza, że nic nie sprawi, iż będę szczęśliwa. Aparaty wcale nie pomagają, bo nic nie zasąpi zdrowego słuchu... saram się na siłę udawac zdrową, ale się nie da, po prostu. To, co dla innych jest naturalne, dla mnie to marzenie ściętej głowy, cały czas, na każdym kroku o tym myślę. Nie chcę każdemu tłumaczyć jaki mam problem, bo o dla mnie zbyt bolesne, a słuch mi się od tego nie poprawi Czuję w tym wszystkim bezsens, nie wyobrażam sobie, jak miałabym założyć rodzinę, przecież nie rozumiałabym własnego dziecka... Jak mam pracować, skoro nie rozumiem co się do mnie mówi szeptem lub na odległość. Nikt z mojego otoczenia nie ma takich problemów.
Mój chłopak to akceptuje, ale nie rozumie, jak bardzo boli, jak się męczę. Wielokrotnie mnie pocieszał, ale o już tak wrosło w moją psychikę, że już się nie moge tego pozbyć.
Ten ogromny dyskomfort odbiera mi chęci do życia. Od gimnazjum cierpię z tego powodu, wylałam dosłownie ocean łez i nic się nie zmieniło. Nie mam już żadnych marzeń, chcę umrzeć naprawdę. Już dawno bym to zrobiła, gdyby nie mój strach przed bólem.
Nie wiem czy wiecie co to jest "ból istnienia"... samobójstwo jest strasznie egoistyczne, ale jak długo to może trwać? Czy warto tak strasznie cierpiec całe życie tylko po to, by oszczędzić bliskim paru miesięcy żałoby?
Właściwie to czmeu tu piszę... nie oczekuję pocieszenia. Jakoś tak..jeszcze po prostu z tym walczę.
Nie każdy problem da się rozwiązać. U siebie nie widzę tego rozwiązania. Przepełnia mnie ból i gorycz, boli mnie głowa od płakania.
Albo pójdę do psychiatry, albo do piachu. W zasadzie to drugie czeka każdego z nas, to tylko kwestia czasu. Nie chcę czekać długo.