Witam wszystkich, może ktoś będzie umiał coś doradzić, może nie, może chociaż się wygadam i na chwilę zapomnę.
Zaczęło się w lipcu, gdy wróciłam z pracy, to co się ze mną działo jest straszne. W skrócie myślałam, że to zawał serca. I przy tym od razu panika. Po 5 godzinach walki o przetrwanie zasnęłam, ale to chyba z wyczerpania bardziej. I wtedy się zaczęło... po 3 dniach postanowiłam odwiedzić lekarza, który po 3 zdaniach oznajmił mi, że to nerwica. I tyle. Ale jak to? Nawet gdyby, to najpierw trzeba wykluczyć inne przyczyny, choroby. Z niesmakiem lekarka wypisała mi skierowanie do kardiologa. Kariolog (nr 1) holter - serce ok, ale peszepisał mi potas i leki na poprawienie czynności serca. Brałam jakiś czas. Kardiolog (nr 2) badani ok, coś tam jest, ale niegroźne. Kilka miesięcy wcześniej odwiedziłam enokrynologa - wszystko ok, aktualne badania krwi - w normie. Wszystko ok, ale to dalej nie przechodzi. Raz jest lepiej raz jest gorzej.
Miewam ataki. Zawsze kiedy jadę autem (uwielbiam prowadzić samochód), ale od lipca po prostu boję się, że się gdzieś rozwalę po drodze i nie dojadę do domu. Prawie zawsze dostaje wtedy ataku paniki. Mam ochotę wtedy albo przyśpieszyć, ale się zatrzymać.
Oprócz tego: duszności, zatykanie dróg oddechowych, łapczywe łapanie oddechu, przęłykanie śliny, bóle w klatce piersiowej, poszerzyszło się o bóle lewej strony pleców przy łopatce - lewa strona żeber i w oklicach piersi. (wszystko z lewej strony), plus dodoatkowo drętwienie lewej ręki jak i lewej nogi, ciarki, mrowienie, skurcze. Od paru dni... natomiast doszedł kolejny gratis dla mojego ciała.. uczucie ciężkiej głowy, zawroty głowy (czuję, że zaraz odlecę, jakbym była na haju), pulsowanie. Dzień w dzień. W nocy... bezsenność, zanim zasnę to leżę, wiercę się, szukam odpowiedniej pozycji, serce wali jak młot (czuję, że żyje... za chwile serca nie czuje wiec zaczynam znowu panikować), w końcu zasypiam... ale po godzinie/dwóch budzę się, albo to coś wybudza mnie, ból tępy ból w klatce, jkaby ktoś trzymał, ściskał mi klatkę, albo jakś jej część. No i to uczucie, że odpływam, że zaraz zemdleje, stracę przytomność, a nikt nie będzie widział... w końcu zasypiam ponowanie myślać "Niech się dzieje co chce". Budzę się rano, a to nie przechodzi. I jest coraz gorzej.
Pewnego dnia po pracy dostałam delirki, trzęsłam się, nie czułam lewej nogi, mrowienie itd., mroczki przed oczami, błagałam wręcz o pomoc - byłam bezradna - pojechałam na pogotowie. Lekarz stwierdził, że to od kręgosłupa. Leki, maści itd. oraz kazał mi zrobić zdjęcie kręgosłupa. Lekarz rodzinny zamiast na rtg kręgosłupa, dał mi skierowanie na rtg płuc. nie wiem po co, no ale chociaż mam to. Może następne będzie kręgosłupa. Sama już nie wiem.
Czytam wiele o nerwicy. WIele obajwów zlewa się z moimi. Mogę przyjąć tę wiadomość do siebie, ale aby czuć się pewnej, wolałąbym zorbić najpierw potrzebne inne badania. Jednak lekarzy trzeba błagać o to. Staram się zajmować jakoś czas, wtedy nie myślę, ale w nocy czasu sobie nie zajmę, oczy jak zapałki i leżanka. Tragedia, Jestem rozdrażniona. Nie chce wychodzic z domu, żeby nie robić sobie i innym problemów, żeby im nie marudzić, nienarzekać jak ja to cierpie. Zamierzam pojsc do psychloga ewentualnie psychiatry po jakiś ratunek. Po prostu chce żyć normalnie funkcjonować, bo jak narazie to tylko wegetuje.
Ktoś miał tak, że stwierdzili nerwicę, a okazało się inaczej?? Miał ktoś podobne drętwienie lewej strony ciała?
Pozdrawia