Opowiem Wam swoja historia z przed roku.
Na początku swoich studiów byłam sama. Po 2 latach rozstałam sie z chłopakiem bo nie widziałam przyszłości z nim. Tak więc rozpoczynając studia byłam dosyć zagubiona w nowym i większym mieście. Wtedy poznałam jego. Boże jak mnie zauroczył ten przystojny, o kilka lat starszy mężczyzna... Inteligentny, taki bardzo tajemniczy... Przyspieszając opowieść, zaczęliśmy się z dnia na dzień spotykać coraz częściej, mało o nim wiedziałam (tzn. o jego życiu, co robi i tego typu rzeczy, mało mówił o sobie, więcej wybadywał mnie), ale liczylo sie dla mnie tylko to, że czułam sie kochana i coraz bardziej tonęłam w wielkich falach miłości do niego. Zakochałam się do tego stopnia, że zrobiłabym wówczas dla niego wszystko i tak też było. Zrywanie sie ze studiów żeby spędzić z nim dzień, zapominanie o wszystkich swoich sprawach i znajomych bo przeciez on jest najważniejszy. Ale byłam sczęśliwa. Nawet wtedy, gdy zawaliłam większość egzaminów, ponieważ pomagałam jemu uczyć się do jego sesji. Ale byłam szczęśliwa, tak kochałam. Aż pewnego dnia zaczęłam stopniowo przekonywać się, że to tylko ja tak mocno kocham... W między czasie nie zauważyłam jak bardzo on mnie zmienił. Z cichej dziewczynki stałam sie wiecznie kłócącą się z rodzina awanturnicą, kłótnie były zawsze z jego powodu, rodzina go nie lubiła, nie rozumiałam dlaczego.. Nie pasowało mu jak się ubieram, kazał mi kupować nowe ciuchy, nie było mnie na nie stać, ale robiłam co mogłam żeby mu sie podobać. Nie podobała mu sie moja fryzura, wysłał mnie do fryzjera. Nie podobało mu się, że jestem mało rozrywkowa, ciągał mnie na imprezy i proponowal palenie trawki. W końcu nie spodobał mu sie któregos dnia mój akcent, stwierdził, że mówię zbyt sztywno... Ech.. Nie potrafiłam aż tak sie zmienić, ale próbowałam, z miłości. Aż któregoś dnia okazało się że mój ukochany ma pewne sekrety, typu wiadomości na mailu i zdjęcia od jakichś kobiet. Zaczęłam być nieco podejrzliwa, ale nadal to on rządził w tym związku. Kochałam i w miarę mu ufałam, aż w końcu odwróciły sie role i sie zaczęło. Przez to, że studiowałam daleko od niego on byl bardzo podejrzliwy. Często nękał mnie w nocy telefonami i kazał wstawać i udowodnic że jestem na stancji a nie z kimś gdzieś indziej... musiałam o 2 w nocy siadac do kompa i na gg udowadniać że jestem. albo gdy się kąpałam to puścić wodę żeby uwierzył... to stawało sie jakies chore.. Ale miara sie przebrała, gdy znalazłam na jego komputerze zdjęcia jego 2 poprzednich dziewczyn.. nago. Boże, jak ja się spłakałam z samego faktu, że je trzyma na kompie. A on jak dowiedział się że je widziałam zrobił mi awanture i zagroził że mnie teraz zostawi. Przez tydzień będąc na studiach żyłam w niepewności, którą on podjudzał okrutnymi telefonami, wyzywaniem, krzykiem, groźbami, nie wytrzymałam któregoś dnia i musiałam brać leki na uspokojenie
To były dla mnie koszmarne chwile, ale przeszły, minęły a ja dalej go kochałam. Czy to nie chore? On miewał stany depresyjne, które przedkładały się na to, że bardzo często krzyczał na mnie, wyżywał się wyzywając mnie od wieśniar i głupich... Wybaczałam mu wszystko i latałam na każde jego skinienie
Najgorsze (a może w końcu wybawienie) nadeszło w wakacje. To były nasze 1 wspólne wakacje więc zaplanowaliśmy duzy wyjazd. Tydzień całkiem nieźle sie bawiliśmy (prócz chwil w których oskarżał mnie o rózne rzeczy, typu czemu nie zrobiłam mu śniadania i czemu jestem taka głupia, że nie mogę wymyśleć gdzie dzis idziemy). Po powrocie do domu myślałam, że będzie nadal dobrze (o ile kiedykolwiek było), ale się pomyliłam. Nagle on stwierdził, że teraz musi sie zastanowić nam nami. I przez kolejne 2 tygododnie przechodziłam takie huśtawki, raz chciał być ze mną, innym razem mówił, że to nie ma sensu mimo, że mnie kocha. Ile ja się wtedy spłakałam...
Nie wiem co we mnie wtedy wstąpiło... A raczej kto na mnie zbawiennie wpłynął
)) Ale przejrzałam nagle na oczy. Po roku codziennego płaczu, nabawienia sie anemii (nie mogłam jeść ze stresu i wygladałam jak wieszak), oddalenia się całkowicie od przyjaciół i rodziny, nagle przejrzałam!! Z dnia na dzień zostawiłam go. Krzyczał, groził, przychodził pod dom i wykrzykiwał rózne rzeczy, w końcu błagał mnie żebym dała mu szanse, płakał... Nie ugięłam się. I nie żałuję. Zmarnowałby mi resztę mojej młodości. Kobietki, jeśli mężczyzna Was niszczy, uciekajcie od niego, to Wasze życie i Wasze szczęście, należy Nam się. Nie dajcie się zniszczyć.
Dodam, że teraz jestem szczęśliwa będąc z kimś, kto w pełni zasługuje na mnie i kto uszczęśliwia mnie, a ja z miłości chcę uszczęśliwiać jego. I nie pomylę już miłości z choroba.