Zacznę od tego,że nigdy nie byłam i nie jestem bardzo religijna- to dla wszystkich tych którzy myślą,że ta historia będzie pompatyczna.
Historia ta jest historią małej dziewczynki a teraz już dorosłej kobiety.
13 letnia ja miałam wszystko-rodzinę, modne ciuchy, przyjaciół, zespół taneczny do którego należałam i pasję-literaturę. Byłam szczęśliwa. Kochałam swojego brata i siostrę, kochałam zieloną trawę, zwierzęta, dotyk mamy i opiekę taty. Dobrze się uczyłam, byłam lubiana, nawet przeżyłam swoją pierwszą miłość. Mieszkałam w dużym mieście, gdzie można było miło spędzać czas-plac zabaw, kino, teatr, markety, salony gier... Moi rodzice się kochali-dbali o siebie, wyjeżdżali gdzieś razem , mieli swoje sprawy. Jednym słowem szczęśliwa rodzina.
Kościół, Bóg, wiara, grzech, dobro i zło było dla mnie tym czym mogło być dla 13 letniej dziewczynki. Kościół nie był dla mnie Bogiem a zimnym, trochę strasznym miejscem, jednak uczęszczałam do niego co niedzielę a nawet lubiłam niektóre pieści. Boga się bałam-bo przecież to Pan który widzi wszystko.
Zawiódł ten, który zawsze dawał mi poczucie bezpieczeństwa, rozpieszczał, pomagał rozwijać pasje, był.Ojciec. Z dnia na dzień dowiedziałam się,że nie kocha już ani mamy ani nas,że ma inną rodzinę, inne dzieci i chce być z nimi. Je kochać, o nie dbać.
Przeprowadzka. Nastąpiła z dnia na dzień. Z dużego miasta do malutkiego. Wyjechaliśmy każdy z jedną torbą. Tam zostawiłam wszystko co kochałam:przyjaciół, pasje, szkołę, własny pokój, własne łóżko i kąt. Marzenia, codzienność. Tam zostawiłam też jego-swojego powiernika, przyjaciela, wzór do naśladowania-ojca.
Do dziś mam koszmary związane z tamtym okresem. Przeprowadziliśmy się do rodziców mojej mamy, my w 4, oni na dwóch maleńkich pokojach. Moja mama była trupem, tak ją pamiętam z tamtego okresu. Prawie się nie odzywała, nie jadła, non stop spała albo leżała. Moje rodzeństwo-to temat na inny post. Ja trafiłam do najgorszego gimnazjum w tym mieście(bo było najbliżej domu a szukaniem lepszego nikt się nie miał wtedy głowy zająć). Tam dzieciaki śmiały się ze mnie, nazywały mnie "paniusią z wielkiego miasta", nie miałam żadnych znajomych czy koleżanek.
Nie mogłam się przyzwyczaić do nowego miasta, trybu życia. Tęskniłam za własnym pokojem, ciszą, znajomymi, tańcem, moimi książkami. Tęskniłam za rozmowami z rodzicami, za ich opieką-straciłam oboje.
Dodatkową podporą mieli być dziadkowie. Niestety do dziś jej(babci) nienawidzę za to co wtedy mi zrobiła. Codziennie słuchałam,że ojciec zostawił mamę i nas bo byłam/byliśmy niedobrzy, że za mało się uczyliśmy,że za mało ładni byliśmy, mądrzy...Babcia mnie biła, poniżała, czytała mój pamiętnik a później wyśmiewała się z tego o czym pisałam-jak bardzo cierpię. Kazała mi sprzątać a gdy sprzątnęłam celowo np. upuściła herbatę i znów kazała mi sprzątać, opowiadała swoim koleżankom,że jestem potworem-nie uczę się, pyskuję. Te później zaczepiały mnie na ulicy i prawiły kazania. Księdzu na kolędzie przy całej rodzinie opowiadała same złe rzeczy o mnie, o moim rodzeństwie, nawet mówiła,że podkradam im pieniądze, albo że kradnę słodycze w sklepach...
Nie miałam już łez, nie miałam już twarzy, straciłam całe swoje człowieczeństwo...
Moja mama wciąż była trupem. Minął rok.
Uwierzyłam w to,że byłam nikim, nienawidziłam siebie, swojego życia, dziadków, mamy, ojca, szkoły, tego miasta... Zaczęłam marzyć o śmierci, o spokoju, o tym,że mogę nie czuć tego całego bólu.
Pamiętam była środa. Wróciłam ze szkoły. Znowu mnie uderzyła prosto w twarz dlatego,że za cicho odpowiedziałam jak mi minął dzień. Uśmiechnęłam się-dłużej już nie wytrzymam, dziś to wszystko skończę. Po kryjomu wzięłam nóż, wyszłam z domu. Nie miałam gdzie iść, nie miałam komu się wyżalić, nie miałam nawet gdzie się skryć. Było zimno, zaczynało się ściemniać. Poszłam do parku-nie było nikogo. Pomyślałam o śmierci o tym,że po śmierci chyba jest spokojnie, ciepło, bezpiecznie,że już nikt mnie nie uderzy i nie poniży. Pomyślałam,że Bóg mi wybaczy i mnie pokocha-przecież podobno On kocha wszystkich.
Wzięłam ten nóż, był bardzo ostry. Bałam się,że jak przetnę tylko nadgarstki to może być za mało, że może mnie uratują. Rozpięłam kurtkę,wycelowałam w serce. Nie bałam się bólu-wiedziałam,że to moja ucieczka i jedyna szansa. Odetchnęłam głęboko i wymierzyłam w serce- w swoje obolałe, chore serce...
"Nie rób tego dziecko" usłyszałam. Aż podskoczyłam a nóż upadł na ziemię. Przede mną stał mężczyzna z takimi dobrymi oczami...Byłam wściekła,że mi przerwał. Usiadł koło mnie, przytulił mnie. Wiedział jak mam na imię, wiedział dużo rzeczy. Do dziś nie wiem skąd. Powiedział,że jest dla mnie nadzieja. Cała się trzęsłam, nie wiem kiedy odszedł a ja znalazłam się w domu. Rzeczywistość była jednak wciąż taka sama.
Nazajutrz byłam w szkole. Dyrekcja powiadomiła nas,że ksiądz katecheta zachorował i zastąpi go inny.Tak, to był on. Byłam w szoku, przypomniałam sobie "jest dla mnie nadzieja", patrzyłam w niego jak zahipnotyzowana.
Jego lekcja była o mnie. Opowiadał wszystkim o mnie. Zmienił tylko imię, wiek, inne szczegóły. Nie wiem skąd wiedział,że babcia mnie biła a ojciec ma nową rodzinę a ja chciałam się zabić. Klasa była wstrząśnięta, ja bardziej. Nie wiedziałam kim on jest, bałam się. Opowiadał dalej,że jest dla mnie nadzieja, jedyna-Bóg. Byłam rozczarowana, chciałam bardziej praktycznego rozwiązania, jakiegoś ratunku,wyzwolenia. Lekcje się skończyły a moja głowa pękała od nadmiaru informacji.
Rzeczywistość była wciąż taka sama.
Kilka dni później gdy myślałam już,że ten dziwny katecheta i cały ten Bóg o mnie zapomniał znów pojawił się ten ksiądz.
"Wiem,że cierpisz jednak Twoje cierpienie już ktoś odkupił." Staliśmy na środku chodnika, mijali nas ludzie, byłam cała odrętwiała i nie potrafiłam wypowiedzieć ani słowa. Wcisnął mi w rękę jakąś ulotkę. I już go nie było.
To było spotkanie jakiejś wspólnoty młodzieży wierzącej. O nie-pomyślałam, ledwo żyję, jestem wrakiem i mam iść do obcych, młodych ludzi, opowiadać im o sobie, zwierzać się? To ma być na ta nadzieja? Byłam zawiedziona. Podjęłam decyzję,że nigdzie nie pójdę.
Następnego ranka poczułam się tak jak nie czułam się od miesięcy, ba od ponad roku! Moje serce stało się lżejsze, umysł jaśniejszy i coś nie wiem co kazało mi wciąż myśleć o tych młodych ludziach, o tym spotkaniu, o tym księdzu z tak mądrymi oczami. Coś niemal fizycznie zaciągnęło mnie na to spotkanie.
Wszyscy byli młodzi, uśmiechnięci. O nic nie pytali, nie przyglądali się natarczywie. Patrzyłam na nich jak zahipnotyzowana, nawet kilka razy odwzajemniłam uśmiech. Rozmawiali o czymś bardzo ożywieni.
-A ty, idziesz, prawda? padło pytanie od jakiegoś chłopaka do mnie.
Nie wiedziałam kiedy, czy mogę ani dokąd ale moje serce biło jak oszalałe, ręce mi się trzęsły a usta powiedziały:
-Tak.
Do sali wszedł znów ten ksiądz. Nie był zdziwiony,że jestem, on wiedział, że będę. Skąd? Przecież nawet ja tego nie wiedziałam.
Prowadził spotkanie, ustalali szczegóły. Szczegóły pielgrzymki-ich pielgrzymki, wyłącznie młodych ludzi do Częstochowy. Mam iść tyle kilometrów na nogach do Częstochowy?Po co? Jak? Z kim? Nie dam przecież rady... Nagle wszyscy zaczęli śpiewać, tańczyć(!), klaskać, cieszyć się-panowało szaleństwo a ja siedziałam jak kamień. Z czego oni się cieszą-myślałam gorączkowo?
Nigdy nie podjęłam decyzji,że idę. To się stało faktem, nie pytajcie jak bo nie wiem. W domu nikt tego nie komentował a babcia nawet się cieszyła,że będzie mogła opowiadać koleżankom,że dzięki jej wsparciu stałam się innym dzieckiem...
Nadszedł pierwszy dzień pielgrzymki. Moje serce przez 14 dni się odmieniło. W moje ciało wstąpiły siły. Poznałam wielu młodych ludzi którzy mieli gorzej niż ja a jedynym ich wsparciem był Bóg. Nauczyłam się,że Bóg i kościół to taniec, szaleństwo, modlitwa własnymi słowami, krzyk, radość, żarty, rozmowy,bezwarunkowa pomoc, miłość,uwaga i troska dawanie innym świadectwa- to stało się moją wiarą. Szłam śpiewając, płakałam ze szczęścia czułam tak wielką radość w sercu, w ciele. Bóg mnie uleczał przez tych wszystkich ludzi którzy poznali moją historię- księży, siostry zakonne,nastolatki, dorosłe osoby. Wiele naprawdę wiele z tych osób zaczęło modlić się za mnie i oddawać małe trudny dnia codziennego za moje szczęście, moje odkupienie.
W Częstochowie padłam na kolana i z innym płakałam i żarliwie modliłam się z innymi przed obliczem Tego obrazu. Dalej nie wiedziałam jak żyć, jak to wszystko ułożyć, jak wrócić do szarej codzienności ale już wiedziałam,że nadzieja istnieje. Tak szczęśliwa jak wtedy przez te 14 dni nigdy wcześniej nie byłam. Tego szczęścia, spokoju, marzeń i poczucia bezpieczeństwa nie da się opisać, to może dać tylko Bóg.
Chłopak który na spotkaniu zapytał mnie czy idę stał się mi bardzo bliski. Myślę,że to on był tym który mnie odkupił, wymodlił. Możecie nie wierzyć ale on parę lat zanim mnie poznał też spotkał tego księdza, który powiedział mu,że w jego życiu zjawi się ktoś, którego los będzie zależał od niego. To byłam ja.
Ten chłopak stał się moim chłopakiem zaraz po powrocie do domu. Modlił się za mnie on i wszyscy Ci którzy obiecali modlitwę na pielgrzymce. Codziennie czułam ich troskę, opiekę a także miłość Boga, wszystko co mi oddali ja dostałam. Tak, stał się cud a właściwie wiele małych cudów.
Po powrocie do domu okazało się,że mama się obudziła. Leczyła się, nie było łatwo ale po jakimś czasie kupiła na kredyt maleńkie 2 pokojowe mieszkanko z dala od rodziców. Babcia już nigdy nie skrzywdziła mnie przemocą fizyczną- widziałam w jej spojrzeniu,że boi się mnie po powrocie z pielgrzymki. Myślę, że bała się mojej siły, którą dawał mi Bóg zamieszkały w moim sercu.
Moje oczy nabrały blasku a chód sprężystości, stałam się człowiekiem.
Znalazłam znajomych, nie, nie tych ze szkoły lecz tych ze wspólnoty, znalazłam też przyjaciół.
Miałam chłopaka z którym spędziłam 4 cudowne lata, który każdego dnia pokazywał mi jak żyć z Bogiem w sercu, jak się modlić, jak żyć według Jego przykazań ale nie staromodnie, nie z różańcem w ręku, nie w kościele. Nauczyłam się modlić ciesząc się z piękna przyrody, dziękując Bogu za wspaniałych ludzi, widząc uśmiechnięte dziecko...
Zaczęłam pomagać innym, takim jak ja kiedyś.
Księdza już nigdy nie spotkałam ani ja ani mój chłopak. Czuję jednak jego modlitwę, troskę. Śni mi się często- jest uśmiechnięty, spokojny, zadowolony-tak jakby się cieszył,że wszystko poszło zgodnie z planem.
Mój los się odmienił, odzyskałam wszystko to co straciłam i zyskałam wiele wiele więcej. Pewne sprawy nigdy nie przestaną boleć, do dziś mam koszmary z tamtego okresu i budzę się z krzykiem ale mam w sercu nadzieję, taką nadzieję, tak silną i nieprzerwaną którą może dąć tylko wiara w Boga.
Dziękuję za przeczytanie mojej historii.Piszę to już drugą godzinę i wciąż płaczę ze szczęścia i niedowierzania. W tym dziwnym świecie nic nie daje takiego kopa/motywacji/energii jak On.