Chciałbym się Was zapytać co sądzicie o wchodzeniu w związki ludzi, czy to z niską samooceną, czy to cierpiących na nerwicę, albo na depresję. Ogólnie chodzi mi o ludzi mających ze sobą problem.
Czy mogą wchodzić w związki, czy raczej nie powinni, dopóki nie "uporają się" ze sobą? Czy z takimi osobami warto się wiązać, wszak wiadomo, że potrafią być bardzo trudne, wręcz toksyczne? Czy oni sami w ogóle mają prawo do bycia w związku, o ile nie są "wyleczeni"?
Raczej nie , ale warto też zastanowić się nad motywacja osoby która chce wejść w związek z taka osoba.
Po przemnożeniu tego przez "rożnie to w życiu bywa" oraz "nic nie trwa wiecznie" czy "na bezrybiu i rak ryba".
Rozrzut wyników może być naprawdę spory ![]()
Pytasz o siebie samego czy kogoś innego?
Gdyby tak do tego podchodzić, to ludzkość dawno by już wymarła ![]()
Ważne, żeby być świadomym swoich niedoskonałości oraz niedoskonałości partnera/ki. Żeby się świadomie wspieraś i rozumieć. Oczywiście partner to nie psychoterapeuta, ale przy boku kochanej osoby często terapia przestaje być potrzebna.
Wchodzenie w związek z taką osobą jest spowodowane przypuszczeniem że taka osoba jest rozżalona swoją nieudaną sytuacją i nie bierzemy pod uwagę tego, że jej żal jest udawany. Faktyczny żal sygnalizowałby wyrażanie uczuć, czyli że osoba jest uczuciowa i ciekawa. Natomiast udawany żal, który jest bardzo trudno rozpoznać, świadczy o poważnej patologii i chwiejności emocjonalnej. Czyli innymi słowy, wchodzimy w relację przez pomyłkę. Później, na skutek przywiązania, trudno się wycofać. Powstaje uraz na kilka lat albo na całe życie.
Myśle że mnóstwo osób cierpi na nerwice i depresje i jakoś są w związkach i mają dzieci. Zależy jeszcze od stopnia nasilenia objawów chorobowych, ale jeżeli w miarę dajesz sobie rade w życiu to jak najbardziej możesz wejść w związek. Ale raczej bym nie mówił tego na początku, tylko z czasem.
Zadając to pytanie miałem na myśli też siebie. Ja uważam, że dopóki nie uporamsię sam ze swoimi problemami, zaburzeniami powinienem być sam, nie wchodzić w żadne związki.
ja uważam, że jeśli ktoś chce wejść w zdrowy, satysfakcjonujący związek, to najpierw musi uzdrowić siebie.
bez tego będzie realizował schematy wgrane w dzieciństwie i klops.
9 2016-09-07 13:40:37 Ostatnio edytowany przez Chomikowa (2016-09-07 13:40:57)
Zadając to pytanie miałem na myśli też siebie. Ja uważam, że dopóki nie uporamsię sam ze swoimi problemami, zaburzeniami powinienem być sam, nie wchodzić w żadne związki.
BARDZO DOBRZE myślisz. Szkoda, że niewielu ludzi zaburzonych tak myśli.
Pewnie powiecie, że jestem bezduszna czy coś - nie, jestem tylko realistką. Jeśli autor tak czuje, to niech lepiej słucha intuicji. Osoby mocno zaburzone często niszczą najbliższe osoby, tworzą kolejnego zaburzonego człowieka i wtedy jest podwójne zło. Oczywiście zależy, co rozumiemy przez "zaburzenie", bo to pojęcie bardzo pojemne. Na przykład osoba z fobią społeczną może mieć problemy z odnalezieniem się w społeczeństwie, ale dla partnera może być całkiem w porządku. A inna będzie wyładowywała na swoim partnerze frustracje związane ze swoimi brakami na tle społecznym - więc każdy przypadek trzeba rozpatrywać indywidualnie ![]()
tomekk_33 napisał/a:Zadając to pytanie miałem na myśli też siebie. Ja uważam, że dopóki nie uporamsię sam ze swoimi problemami, zaburzeniami powinienem być sam, nie wchodzić w żadne związki.
BARDZO DOBRZE myślisz. Szkoda, że niewielu ludzi zaburzonych tak myśli.
Pewnie powiecie, że jestem bezduszna czy coś - nie, jestem tylko realistką. Jeśli autor tak czuje, to niech lepiej słucha intuicji. Osoby mocno zaburzone często niszczą najbliższe osoby, tworzą kolejnego zaburzonego człowieka i wtedy jest podwójne zło. Oczywiście zależy, co rozumiemy przez "zaburzenie", bo to pojęcie bardzo pojemne. Na przykład osoba z fobią społeczną może mieć problemy z odnalezieniem się w społeczeństwie, ale dla partnera może być całkiem w porządku. A inna będzie wyładowywała na swoim partnerze frustracje związane ze swoimi brakami na tle społecznym - więc każdy przypadek trzeba rozpatrywać indywidualnie
Nie każde zaburzenie da się całkowicie wyleczyć a każdy potrzebuje miłości, akceptacji i seksu. Więc jeżeli autor cierpi na jakieś zaburzenie ale ono nie jest aż tak nasilone nie powinien czekać na uzdrowienie tylko robić to co pragnie. I nie przyznawać się do tego przed partnerem. Więc autorze zastanòw się czy chcesz czekać aż wyzdrowiejesz gdzie szansa jest znikoma czy zaczniesz się cieszyć życiem przynajmniej przez chwile żeby mieć jakieś wspomnienia przed śmiercią.
11 2016-09-07 17:38:57 Ostatnio edytowany przez tomekk_33 (2016-09-07 17:45:09)
Nie każde zaburzenie da się całkowicie wyleczyć a każdy potrzebuje miłości, akceptacji i seksu. Więc jeżeli autor cierpi na jakieś zaburzenie ale ono nie jest aż tak nasilone nie powinien czekać na uzdrowienie tylko robić to co pragnie. I nie przyznawać się do tego przed partnerem. Więc autorze zastanòw się czy chcesz czekać aż wyzdrowiejesz gdzie szansa jest znikoma czy zaczniesz się cieszyć życiem przynajmniej przez chwile żeby mieć jakieś wspomnienia przed śmiercią.
Wiesz, ja trochę inaczej podchodzę do związków. Myślę, że dopóki nie pozbędę się swoich ograniczeń w postaci lęków, kompleksów i egocentryzmu, to nic z tego nie będzie na dłuższą metę. Tu nawet nie chodzi w pierwszej kolejności o to, że bym swoim zachowaniem ranił drugą osobę. Tu chodzi o to, że ja sam bym się źle czuł. Jak siebie znam, to dopadłyby mnie różne wątpliwości, niepewność, przeżywałbym ogólnie niepokój, a to strasznie męczące uczucie dla mnie samego. Poza tym, to oszustwo - jakby sprzedawanie czegoś ze skazą, której co prawda nie widać, ale ma wpływ na działanie danej rzeczy. Wiesz, ja chciałbym cieszyć się życiem sam, to jest mój cel. Bez miłości, akceptacji i seksu da się żyć. To nie jest najważniejsze. Przynajmniej dla mnie, to są kwestie drugorzędne.
Chomikowa napisał/a:tomekk_33 napisał/a:Zadając to pytanie miałem na myśli też siebie. Ja uważam, że dopóki nie uporamsię sam ze swoimi problemami, zaburzeniami powinienem być sam, nie wchodzić w żadne związki.
BARDZO DOBRZE myślisz. Szkoda, że niewielu ludzi zaburzonych tak myśli.
Pewnie powiecie, że jestem bezduszna czy coś - nie, jestem tylko realistką. Jeśli autor tak czuje, to niech lepiej słucha intuicji. Osoby mocno zaburzone często niszczą najbliższe osoby, tworzą kolejnego zaburzonego człowieka i wtedy jest podwójne zło. Oczywiście zależy, co rozumiemy przez "zaburzenie", bo to pojęcie bardzo pojemne. Na przykład osoba z fobią społeczną może mieć problemy z odnalezieniem się w społeczeństwie, ale dla partnera może być całkiem w porządku. A inna będzie wyładowywała na swoim partnerze frustracje związane ze swoimi brakami na tle społecznym - więc każdy przypadek trzeba rozpatrywać indywidualnie
Nie każde zaburzenie da się całkowicie wyleczyć a każdy potrzebuje miłości, akceptacji i seksu. Więc jeżeli autor cierpi na jakieś zaburzenie ale ono nie jest aż tak nasilone nie powinien czekać na uzdrowienie tylko robić to co pragnie. I nie przyznawać się do tego przed partnerem. Więc autorze zastanòw się czy chcesz czekać aż wyzdrowiejesz gdzie szansa jest znikoma czy zaczniesz się cieszyć życiem przynajmniej przez chwile żeby mieć jakieś wspomnienia przed śmiercią.
nie ma to jak pokazać kręgosłup moralny ![]()
zaburzenia prędzej czy później wychodzą na jaw i ogarnięty partner je zauważy.
Nie każde zaburzenie da się całkowicie wyleczyć a każdy potrzebuje miłości, akceptacji i seksu. Więc jeżeli autor cierpi na jakieś zaburzenie ale ono nie jest aż tak nasilone nie powinien czekać na uzdrowienie tylko robić to co pragnie. I nie przyznawać się do tego przed partnerem.
Genialne...
Revenn napisał/a:Chomikowa napisał/a:BARDZO DOBRZE myślisz. Szkoda, że niewielu ludzi zaburzonych tak myśli.
Pewnie powiecie, że jestem bezduszna czy coś - nie, jestem tylko realistką. Jeśli autor tak czuje, to niech lepiej słucha intuicji. Osoby mocno zaburzone często niszczą najbliższe osoby, tworzą kolejnego zaburzonego człowieka i wtedy jest podwójne zło. Oczywiście zależy, co rozumiemy przez "zaburzenie", bo to pojęcie bardzo pojemne. Na przykład osoba z fobią społeczną może mieć problemy z odnalezieniem się w społeczeństwie, ale dla partnera może być całkiem w porządku. A inna będzie wyładowywała na swoim partnerze frustracje związane ze swoimi brakami na tle społecznym - więc każdy przypadek trzeba rozpatrywać indywidualnie
Nie każde zaburzenie da się całkowicie wyleczyć a każdy potrzebuje miłości, akceptacji i seksu. Więc jeżeli autor cierpi na jakieś zaburzenie ale ono nie jest aż tak nasilone nie powinien czekać na uzdrowienie tylko robić to co pragnie. I nie przyznawać się do tego przed partnerem. Więc autorze zastanòw się czy chcesz czekać aż wyzdrowiejesz gdzie szansa jest znikoma czy zaczniesz się cieszyć życiem przynajmniej przez chwile żeby mieć jakieś wspomnienia przed śmiercią.
nie ma to jak pokazać kręgosłup moralny
zaburzenia prędzej czy później wychodzą na jaw i ogarnięty partner je zauważy.
Zuważy ale przynajmniej chory człowiek przez chwile poczuje co to normalność, co to zauroczenie, bliskość drugiego człowieka. Tyle, chcecie odebrać takim ludzią tą chwile w ich życiu? Nie oszukujmy się, zaburzeń psychofizycznych nie da się w 100 % wyleczyć. Ròwnie dobrze może mieć twrapie i leczenie będąc w związku.
no sorry, ale ja sie poświęcać nie zamierzam
jest jakiś obowiazek kochania osób zaburzonych? a skoro nie ma, to ja niczego nikomu nie odbieram - tylko nie chce dawac.
Tak, ukrywac. Swietna rada ![]()
Moj byly maz tak zrobil. Przed slubem wiedzialam tylko, ze mial zalamanie nerwowe i trochę depresje. Potem się nagle okazało, ze tak naprawdę ma schizotypowe zaburzenie osobowości- słyszy glosy, ma paranoje i inne cuda kwiatki. Nie musze chyba dodawać jak swietnie to malzenstwo wygladalo ![]()
Związek, w którym jeden z partnerów cierpi na nerwicę lub depresję jest trudnym wyzwaniem i staje się dla wielu próbą nie do przejścia. Miłość i przywiązanie są bardzo silnymi uczuciami, jednak z czasem nie wystarczają.
Utrzymanie głębokiej relacji jest bardzo trudne w momencie, kiedy osoba z zaburzeniem staje się wyobcowana, skupiona na swoim problemie i nie ma siły ani ochoty na wykonywanie jakichkolwiek czynności. Wtedy to na drugą osobę spada cały ciężar odpowiedzialności za wspólne sprawy. Taka osoba czuje się wykorzystywana i zmęczona nadmiarem obowiązków, zaś druga jeszcze bardziej bezużyteczna i beznadziejna, co w konsekwencji pogarsza jej stan.
Jeżeli partnerzy nie są świadomi, co dzieje się z jednym z nich i jak mu pomóc, obwiniają się nawzajem i oddalają się od siebie.
Napięcie w związku narasta, a partnerzy nie potrafią sobie z nim poradzić.
Związek, w którym jeden z partnerów cierpi na nerwicę lub depresję jest trudnym wyzwaniem i staje się dla wielu próbą nie do przejścia. Miłość i przywiązanie są bardzo silnymi uczuciami, jednak z czasem nie wystarczają.
Utrzymanie głębokiej relacji jest bardzo trudne w momencie, kiedy osoba z zaburzeniem staje się wyobcowana, skupiona na swoim problemie i nie ma siły ani ochoty na wykonywanie jakichkolwiek czynności. Wtedy to na drugą osobę spada cały ciężar odpowiedzialności za wspólne sprawy. Taka osoba czuje się wykorzystywana i zmęczona nadmiarem obowiązków, zaś druga jeszcze bardziej bezużyteczna i beznadziejna, co w konsekwencji pogarsza jej stan.
Jeżeli partnerzy nie są świadomi, co dzieje się z jednym z nich i jak mu pomóc, obwiniają się nawzajem i oddalają się od siebie.
Napięcie w związku narasta, a partnerzy nie potrafią sobie z nim poradzić.
Ten opis jest oparty na Twoich doświadczeniach?
19 2016-09-07 21:22:07 Ostatnio edytowany przez Beyondblackie (2016-09-07 21:26:03)
Mogę powiedzieć, ze ten opis jest DOKLADNIE tym czego doswiadczylam w bylym malzenstwie.
Mój maz był wyobcowany, oskarzal mnie o zdrade, potrafil wyjść z przyjęcia bez jednego zdania, a ja zostawałam zawsze sama z konsekwencjami jego zachowania. Klamal swojemu psychiatrze, klamal mnie- nasze zycie było koszmarem. Czulam się jakbym nie miała meza, ale pacjenta.
Mogę powiedzieć, ze ten opis jest DOKLADNIE tym czego doswiadczylam w bylym malzenstwie.
Jeżeli tak, to nie pozostaje mi nic innego jak współczuć. Miałaś pecha.
Nie miałam pecha. Bylam, po pierwsze, slepa na sygnaly. Po drugie, on mnie OSZUKAL co do tego jak poważne były jego problemy. Glownie jednak kopie się po kostkach dzisiaj jak nie potrafiłam rozpoznać symptomow jakie rozpoznałabym w każdym przypadkowym kliencie bez problemu.
Nie miałam pecha. Bylam, po pierwsze, slepa na sygnaly. Po drugie, on mnie OSZUKAL co do tego jak poważne były jego problemy. Glownie jednak kopie się po kostkach dzisiaj jak nie potrafiłam rozpoznać symptomow jakie rozpoznałabym w każdym przypadkowym kliencie bez problemu.
Aż taka jesteś teraz czujna i bez problemu stawiasz diagnozy, nawet przypadkowym "klientom"? Brawo, cecha godna pozazdroszczenia,Beyondblackie.
Tomek, jestem z zawodu terapeuta. Normalnie wiele rzeczy bym wylapala. Ale jako, ze bylam zakochana, bylam slepa na oczywiste oznaki zaburzen.
24 2016-09-07 21:48:31 Ostatnio edytowany przez Iceni (2016-09-07 21:49:53)
Ja jestem "zaburzona" - przeszam molestowanie, ojca alkoholika, mam fobię społeczną i co gorsza osobowość unikającą (z czego przez większość życia nie zdawałam sobie sprawy, więc oczywiśćie nic z tym nie robiłam) - a mimo to miałam dwa w zasadzie szczęśliwe związki - z pierwszego to ja zrezygnowałam, facet do konca chciał być ze mną więc jakoś moich zaburzeń nie odczuwał, drugi - no cóż to on popadł w alkoholizm jak mu wolność w UK do głowy uderzyła, do tego momentu było dobrze do bardzo dobrze - A jednak to ja, z moimi "zaburzeniami" musiałam w końcu wziąć całą odpowiedzialność za naszą córkę i jakoś sobie poradzić sama, w obcyn kraju z fobią społeczną na karku.
"Zaburzenia" bywają różne, waźne jest to, na ile świadoma i silna jest każda ze stron. Równie dobrze można by powiedzieć, że osoba chora fizycznie lub niepełnosprawna nie ma prawa do miłości, bo swoją osobą "obciąża" tę drugą stronę.
A z zaburzeniami jest tak, że jeżeli wszystko się dobrze układa, to często one same wygasają (a bądźmy szczerzy mało kto jest CAŁKOWICIE normalny) albo dostaje kopa od życia, który go zmusza do działania i instynkt przetrwania tłumi wszelkie lęki (jak na przykład u mnie konieczność opiekowania się córką stłumiła większość problemów z fobią społeczną)
Jest naprawdę duża różnica pomiędzy związkiem z osobą ze skłonnościami schizoidalnymi a na przykład stanami depresyjnymi lub bulimią czy agorafobią - a to wszystko są zaburzenia - oddzielcie tylko zaburzenia psychiczne od emocjonalnych
to jednak JEST różnica
25 2016-09-07 21:52:15 Ostatnio edytowany przez santapietruszka (2016-09-07 21:53:47)
Uważam, że każdy ma prawo zdecydować, czy ma ochotę stworzyć związek z osobą w jakikolwiek sposób zaburzoną i ukrywanie zaburzeń jest co najmniej nie na miejscu.
Primo - podstawą związku jest szczerość, secundo - osoba niezaburzona ma takie samo prawo do szczęścia jak i osoba chora, nie wiem, dlaczego akurat szczęściem osoby chorej powinna się kierować...
Zwłaszcza, że związki takie - jak już wspomniano - do zdrowych i szczęśliwych nie należą w większości... a tym bardziej, jeśli druga osoba nie będzie poinformowana, o co właściwie kaman...
26 2016-09-07 22:00:08 Ostatnio edytowany przez gorszysort992 (2016-09-07 22:03:34)
Ja sam miałem nerwice lekową gdyby nie mój do granic rozwinięty racjonalizm dawno wylądowałbym w ziemi a robaki by mnie zjadły i po kilku latach ostały by się tylko kości. Druga możliwość Tworki... Było ciężko ale ani razu nie sięgałem po alkohol. Sam z tego wyszedłem pomimo iż życie sypało mi piachem w twarz jak śpiewał Szymon Wydra. Z perspektywy czasu wiem iż w żadnym wypadku w tamtym okresie nie pomyślałbym o związku z inna osoba po prostu dla mnie było by to coś mega obrzydliwego. iceni pani policjant ![]()
27 2016-09-07 22:06:38 Ostatnio edytowany przez Revenn (2016-09-07 22:10:27)
no sorry, ale ja sie poświęcać nie zamierzam
jest jakiś obowiazek kochania osób zaburzonych? a skoro nie ma, to ja niczego nikomu nie odbieram - tylko nie chce dawac.
Ty się poświęcać nie zamierzasz a ktoś może nie zamierzać całego swojego życia i problemòw rozwlekać. Jeżeli druga osoba nie pyta to po co ma odpowiadać ? Nerwica czy depresja to nie hiv czy ciężka schizofremia i tak jak Iceni pisała jeżeli osoba poczuje się kochana i potrzebna to może jej problem powoli się wygaszać. Ròwnie dobrze mogę wymagać żeby na pierwszej randce kobieta powiedziała całą swoją historie, ilu miała partneròw selsualnych, co z nimi robiła itp Myślisz że powie prawde ? ; ) Tak samo jest z niewidocznymi na pierwszy rzut oka chorobami. Mało ktòra osoba ci wszystko powie.
_v_ napisał/a:no sorry, ale ja sie poświęcać nie zamierzam
jest jakiś obowiazek kochania osób zaburzonych? a skoro nie ma, to ja niczego nikomu nie odbieram - tylko nie chce dawac.
Ty się poświęcać nie zamierzasz a ktoś może nie zamierzać całego swojego życia i problemòw rozwlekać. Jeżeli druga osoba nie pyta to po co ma odpowiadać ? Nerwica czy depresja to nie hiv czy ciężka schizofremia i tak jak Iceni pisała jeżeli osoba poczuje się kochana i potrzebna to może jej problem powoli się wygaszać. Ròwnie dobrze mogę wymagać żeby na pierwszej randce kobieta powiedziała całą swoją historie, ilu miała partneròw selsualnych, co z nimi robiła itp Myślisz że powie prawde ? ; ) Tak samo jest z niewidocznymi na pierwszy rzut oka chorobami. Mało ktòra osoba ci wszystko powie.
Człowieku ty nie wiesz co piszesz. Moja teściowa ma depresję od kilku lat. Niby funkcjonuje jak normalny człowiek ,rozmawia i w ogóle w domu coś robi ale wszystko to jest wyproszone ,żeby wstała to raz z łóżka ,żeby potem chciała się umyć czy coś w tym domu robić> nieraz potrafi cały dzień przespać w zależności od samopoczucia i dnia. Kilka lat temu próbowała się zabić od tamtej pory jest na lekach, rodzina ciągle ja kontroluje i sprawdza do tego dochodzi mania obżarstwa ( nie potrafi się powstrzymać ciągle coś je). Ona po lekach ma teraz wszystko gdzieś i wszystkich a rodzina ma krzyż pański. Zdajesz sobie sprawę czym skutkuje zatajenie chorób przed drugą połówką? rozwodem kościelnym bo to jest oszustwo i nikt nie powinien być okłamywany.Nie wiem też czy to nie wpływa na kolejne pokolenia przez genetykę bo teściowej matka miała schizofrenie, teściowa ma depresje a moje dziecko ma autyzm znaczny.
z mojej perspektywy to wchodzenie w związek rozbija się na dwa warianty :
- wchodzę w związek nieświadomy siebie i swoich "dolegliwości" w poszukiwaniu "czegoś, czego nie mam, za czym tęsknie" i nieświadomie wybieram, takiego partnera który z założenia ma "to coś" co ma mi zagwarantować iluzję czegoś :D,
co na poziomie emocjonalnym i psychicznym jest dla mnie dziś już zaburzeniem :D, niektórzy mówią tu o powielaniu wzorca wyniesionego z rodziny
tutaj to sławetne "dwie połówki jabłka" można wstawić, jedno i drugie w swojej ograniczoności ma tworzyć całość
za tą ograniczoność, może się kryć wiele, oj wiele
- wchodzę w związek świadomy siebie, np poprzez diagnozę lekarską ale nie tylko
mam w miarę realny obraz siebie, swoich możliwości i braków, nie mówię tutaj o materialnym aspekcie, akceptuje siebie, swoją ograniczoność
co przedkłada się na jasny przekaz, stanowisko, życiowość, relacje
jeśli związek jest budowany na równouprawnieniu, to ma sens
Chciałbym się Was zapytać co sądzicie o wchodzeniu w związki ludzi, czy to z niską samooceną, czy to cierpiących na nerwicę, albo na depresję. Ogólnie chodzi mi o ludzi mających ze sobą problem.
Czy mogą wchodzić w związki, czy raczej nie powinni, dopóki nie "uporają się" ze sobą? Czy z takimi osobami warto się wiązać, wszak wiadomo, że potrafią być bardzo trudne, wręcz toksyczne? Czy oni sami w ogóle mają prawo do bycia w związku, o ile nie są "wyleczeni"?
wydaje mi się że "choroba" nie odbiera prawa do wchodzenia w związek, relacje, układ
poza tym choroby lubią też mieć nawroty :D,
więc mówienie o zrobieniu porządku ze sobą, jest informacja też na wyrost, składanie deklaracji bez pokrycia tak naprawdę
przyciągamy ludzi, według profilu, ten profil to przecież wypadkowa naszych braków, biorąc pod uwagę mylny przekaz "na wyrost" drugiej strony
z założenia ściema jest na początku :D, czy zdrowy czy chory
według mnie w dobrej kolejności napisałeś "niska samoocena" w konsekwencji "zaburzenia"
praca nad sobą, a nie nad obrazem siebie, i jest szansa realna ze zaburzenia wygasną, bo zawsze podatni będziemy
widzę że szukasz rozwiązania, a co jeśli nie jest to problemem zapytać, robisz w tym kierunku??
czytałem Twoje posty, sądzę że powielasz schemat z dzieciństwa, terapia by Ci pomogła,
podobną drogą podążałem latami
"Nie rozumiem bowiem tego, co czynię, bo nie czynię tego, co chcę, ale to, czego nienawidzę - to właśnie czynię." ;)
Revenn napisał/a:Nie każde zaburzenie da się całkowicie wyleczyć a każdy potrzebuje miłości, akceptacji i seksu. Więc jeżeli autor cierpi na jakieś zaburzenie ale ono nie jest aż tak nasilone nie powinien czekać na uzdrowienie tylko robić to co pragnie. I nie przyznawać się do tego przed partnerem. Więc autorze zastanòw się czy chcesz czekać aż wyzdrowiejesz gdzie szansa jest znikoma czy zaczniesz się cieszyć życiem przynajmniej przez chwile żeby mieć jakieś wspomnienia przed śmiercią.
Wiesz, ja trochę inaczej podchodzę do związków. Myślę, że dopóki nie pozbędę się swoich ograniczeń w postaci lęków, kompleksów i egocentryzmu, to nic z tego nie będzie na dłuższą metę. Tu nawet nie chodzi w pierwszej kolejności o to, że bym swoim zachowaniem ranił drugą osobę. Tu chodzi o to, że ja sam bym się źle czuł. Jak siebie znam, to dopadłyby mnie różne wątpliwości, niepewność, przeżywałbym ogólnie niepokój, a to strasznie męczące uczucie dla mnie samego. Poza tym, to oszustwo - jakby sprzedawanie czegoś ze skazą, której co prawda nie widać, ale ma wpływ na działanie danej rzeczy. Wiesz, ja chciałbym cieszyć się życiem sam, to jest mój cel. Bez miłości, akceptacji i seksu da się żyć. To nie jest najważniejsze. Przynajmniej dla mnie, to są kwestie drugorzędne.
Mylisz się. Ale ponieważ jesteś młodym człowiekiem, to mogę to zrozumieć.
Nie da się żyć bez miłości i akceptacji. Bez seksu owszem, tutaj nie polemizuję. Ale brak miłości i akceptacji niszczy. Człowiek jest zwierzęciem stadnym...tak nas natura ukształtowała...nie ma co z nią walczyć, bo ona i tak wygra, a jednostki są przegrane.
Wiesz, co ja bym Tobie radziła? Pokochać siebie. Pokochać i swoje wady i zalety, i umieć o nich rozmawiać.
Nikt nie jest doskonały, każdy ma swoje fobie... Co nie znaczy, że nie mozesz wejść w związek z kimś, do kogo coś poczujesz.
Przecież nie będziesz od razu rodziny zakładał...?
A kto wie...być może taki krok pozwoli Ci uwierzyć w to, że potrafisz kochać i potrafisz być z kimś, z kim jesteś szczęśliwy, i kto jest szczęśliwy z Tobą.
Kazda osoba zasluguje na milosc i związek. To nie jest tak, ze jak masz jakies zaburzenia, to już powinieneś być sam. Tylko jestem absolutnie przeciwna okłamywaniu potencjalnego partnera co do natury i trudności tych zaburzen. Bo to wyjdzie w praniu i tak i będzie bardzo nieprzyjemne.
Kazda osoba zasluguje na milosc i związek. To nie jest tak, ze jak masz jakies zaburzenia, to już powinieneś być sam. Tylko jestem absolutnie przeciwna okłamywaniu potencjalnego partnera co do natury i trudności tych zaburzen. Bo to wyjdzie w praniu i tak i będzie bardzo nieprzyjemne.
Nikt nie mòwi tutaj o okłamywaniu tylko nie mòwieniu wszystkiego. Skoro osoba się nie pyta o nasze zaburzenie to dlaczego mamy o nich mòwić ?
Ktoś tu wspomniał że kościòł może unieważnić małżeństwo jeśli osoba zataji swoją chorobe. I to mnie najbardziej boli, jeżeli kościòł ustala takie prawo to niech uczciwie doda do tego zatajanie liczby partneròw i okłamywanie małżonka.
Też się zgadzam, że nie o to chodzi, aby kogokolwiek wykluczać i zabierać mu możliwość wejścia w związek.
chodzi o to, żeby być uczciwym wobec przyszłego partnera i poinformować go o zaburzeniach, które niekiedy mogą być bardzo poważne i chcąc nie chcąc wpływają na życie drugiej strony. Albo dzieci jeśli te się pojawią.
A partner wtedy będzie mógł podjąć ŚWIADOMĄ decyzję, czy chce związać swój los z kimś zaburzonym.
Niby tak ale bądźmy szczerzy jeśli ktoś na starcie poinformuje o swoich zaburzeniach to zrazi do siebie do tego stopnia iż wielce prawdopodobne że druga strona nie będzie chciała z kimś takim wiązać swojej przyszłości.
Dlatego osoby zaburzone umyślnie ukrywają ten fakt i w sumie trochę ich nawet rozumiem bo każdy chce być kochany.
35 2016-09-08 15:20:51 Ostatnio edytowany przez Revenn (2016-09-08 15:22:49)
To hipotetycznie jak ktoś jest prawiczkiem czy dziewicą to ma to na pierwszej randce ładnie przedstawić żeby druga osoba miała ŚWIADOMY wybòr ?
Z tego co przypuszczam po nicku autora ma 33 lata. Jeżeli do teraz mu nie przeszło to jaka jest szansa że się wyleczy całkowicie. A brak kobiety i seksu będzie wyłowywał jeszcze większe pogorszenie jego stanu. Ktoś tu napisał że bez seksu da się wytrzymać , bzdura bo ile można jechać na ręcznym.
z dziewictwem ewentualnego partnera da się żyć.
ze schizofrenią na przykład (nie wszyscy grzecznie się leczą, niektórzy też samodzielnie zaprzestają leczenia, jeśli uznają, że już jest lepiej) już żyć nie tak łatwo, a często to życie może być niebezpieczne nawet.
czyli kobieta ma się poświęcić, rozłożyć nogi, bo osoba z zaburzeniem chce sobie pobzykać - w sumie co kto lubi.
ale dla mnie mówienie "potrzebuję kobiety i seksu" (w domyśle: bo sperma mi się uszami wylewa) to strasznie przedmiotowe traktowanie drugiej strony.
z dziewictwem ewentualnego partnera da się żyć.
ze schizofrenią na przykład (nie wszyscy grzecznie się leczą, niektórzy też samodzielnie zaprzestają leczenia, jeśli uznają, że już jest lepiej) już żyć nie tak łatwo, a często to życie może być niebezpieczne nawet.
czyli kobieta ma się poświęcić, rozłożyć nogi, bo osoba z zaburzeniem chce sobie pobzykać - w sumie co kto lubi.
ale dla mnie mówienie "potrzebuję kobiety i seksu" (w domyśle: bo sperma mi się uszami wylewa) to strasznie przedmiotowe traktowanie drugiej strony.
Potrzebuje akceptacji, miłości i naturalnie seksu w takiej kolejności miało być. Jeżeli człowiek funkcjonuje w społeczęstwie narmalnie ale ma np fobie na jakimś tle czy nerwice, np denerwuje się mocno przed badaniami to nie sądze żeby musiał o tym mòwić. Ròwnie dobrze dziewczyna mogła być gwałcona przez ojca i jest przez to 'zaburzona' to czy ma przymus rozwlekać tego ma pierwszych spotkaniach z partnerem.
To hipotetycznie jak ktoś jest prawiczkiem czy dziewicą to ma to na pierwszej randce ładnie przedstawić żeby druga osoba miała ŚWIADOMY wybòr ?
Z tego co przypuszczam po nicku autora ma 33 lata. Jeżeli do teraz mu nie przeszło to jaka jest szansa że się wyleczy całkowicie. A brak kobiety i seksu będzie wyłowywał jeszcze większe pogorszenie jego stanu. Ktoś tu napisał że bez seksu da się wytrzymać , bzdura bo ile można jechać na ręcznym.
Nie wiem, czy uda mi się do końca pozbyć swoich problemów. A skąd w ogóle taki wniosek, że brak kobiety i seksu będzie tylko pogarszał mój stan? Czy to kobieta jest jakimś lekarstwem, magicznym środkiem na wszystkie problemy? Niebiańską istotą zdolną wskrzesić umarłego i uzdrowić chorego? Kurcze, magiczne istoty z tych kobiet.
wydaje mi się że "choroba" nie odbiera prawa do wchodzenia w związek, relacje, układ
poza tym choroby lubią też mieć nawroty,
więc mówienie o zrobieniu porządku ze sobą, jest informacja też na wyrost, składanie deklaracji bez pokrycia tak naprawdę
Dlaczego jest deklaracją na wyrost?
według mnie w dobrej kolejności napisałeś "niska samoocena" w konsekwencji "zaburzenia"
praca nad sobą, a nie nad obrazem siebie, i jest szansa realna ze zaburzenia wygasną, bo zawsze podatni będziemywidzę że szukasz rozwiązania, a co jeśli nie jest to problemem zapytać, robisz w tym kierunku??
czytałem Twoje posty, sądzę że powielasz schemat z dzieciństwa, terapia by Ci pomogła,
podobną drogą podążałem latami
Tak, szukam rozwiązania. A możesz napisać dlaczego uważasz, że powielam schematy z dzieciństwa i jakie Ci schematy rzuciły się w oczy? To byłaby dla mnie cenna informacja zwrotna.
Byłem na terapii. Sporo dowiedziałem się o sobie, ale nie "uleczyła" mnie na tyle na ile bym chciał.
Tomek, jeśli oczekujesz jakieś rady to określ na czym polega Twój problem, masz lęki i kompleksy, niską samooceną, nerwicę, depresją czy jesteś po prostu egoistą. Jeśli to ostatnie to taki patologiczny emocjonalny egocentryk, zagłębiony w swoim wnętrzu, nie jest w stanie obdarzyć nikogo uczuciami, nie rozumie uczuć innych, nie jest w stanie ich rozpoznać, dlatego inni są dla niego zagadką. Nie rozumie zawiązywania więzi uczuciowych (nie tylko miłości, ale i przyjacielskich), stąd często się dziwi, że jacyś ludzie mogą się przyjaźnić.
to zależy od wagi problemu i od ludzi. Moja samoocena dawno temu leżała i kwiczała a miałam związki, wychodziłam do ludzi, starałam się żyć normalnie. W końcu nie byłam dziwolągiem. Każdy ma mniejsze lub większe deficyty emocjonalne lub problemy, nie widzę powodu, aby zamykać się na ludzi z tego powodu. Stany ekstremalne to co innego. Kiedy czlowiek nie radzi sobie zupełnie ze swoimi problemami to wtedy rzeczywiście powinien najpierw doprowadzić się do porządku i względnej równowagi. Bo inaczej i tak nie jest zdolny do tworzenia relacji z drugim czlowiekiem.
42 2016-09-08 20:40:44 Ostatnio edytowany przez tomekk_33 (2016-09-08 20:42:22)
Tomek, jeśli oczekujesz jakieś rady to określ na czym polega Twój problem, masz lęki i kompleksy, niską samooceną, nerwicę, depresją czy jesteś po prostu egoistą. Jeśli to ostatnie to taki patologiczny emocjonalny egocentryk, zagłębiony w swoim wnętrzu, nie jest w stanie obdarzyć nikogo uczuciami, nie rozumie uczuć innych, nie jest w stanie ich rozpoznać, dlatego inni są dla niego zagadką. Nie rozumie zawiązywania więzi uczuciowych (nie tylko miłości, ale i przyjacielskich), stąd często się dziwi, że jacyś ludzie mogą się przyjaźnić.
Wiesz, moim największym problemem jest to, że nie lubię siebie, czasami wręcz nienawidzę. Z tej podstawy, wyrasta też egocentryzm przejawiający się tym, że jestem non stop skupiony na sobie (wieczne myślenie, że się nie dorasta do swojego ideału i niepokój płynący z tego, że to zobaczą inni i jeszcze bardziej siebie za to potępię). Nie umiem siebie zaakceptować, nie umiem wznieść się do poziomu, tego jaki chciałbym być. Próbowałem, ale nie potrafię.
Wiesz, nie oczekuję porady. Cóż mogłabyś mi poradzić? Zaakceptuj siebie, pokochaj siebie? Nie potrafię, nigdy nie umiałem. Wiem także, że nie akceptując siebie, nie mam co liczyć na akceptację ze strony innych. I nie liczę. Wiem, że muszę radzić sobie w życiu sam i że wchodząc w relacje - będą skazane z góry na porażkę.
Wiesz, moim największym problemem jest to, że nie lubię siebie, czasami wręcz nienawidzę. Z tej podstawy, wyrasta też egocentryzm przejawiający się tym, że jestem non stop skupiony na sobie (wieczne myślenie, że się nie dorasta do swojego ideału i niepokój płynący z tego, że to zobaczą inni i jeszcze bardziej siebie za to potępię). Nie umiem siebie zaakceptować, nie umiem wznieść się do poziomu, tego jaki chciałbym być. Próbowałem, ale nie potrafię.
Tomek, moim zdaniem, to moze byc neurotyzm. Wielu ludzi zmaga sie z takimi trudnosciami jak Ty, ma to glownie zrodlo w braku milosci, akceptacji i emocjonalnego wsparcia w dziecinstwie.
Mozna popracowac nad swoja samoocena, z czasem ja poprawic, zaakceptowac siebie, takim jaki sie jest i mniej przejmowac sie opinia innych.
To jest dlugi proces, ale nie wyglada to beznadziejnie i jest to realne.
Na pewno nie jestes skazany na samotnosc.
Zycze Ci powodzenia.
ósemka napisał/a:Tomek, jeśli oczekujesz jakieś rady to określ na czym polega Twój problem, masz lęki i kompleksy, niską samooceną, nerwicę, depresją czy jesteś po prostu egoistą. Jeśli to ostatnie to taki patologiczny emocjonalny egocentryk, zagłębiony w swoim wnętrzu, nie jest w stanie obdarzyć nikogo uczuciami, nie rozumie uczuć innych, nie jest w stanie ich rozpoznać, dlatego inni są dla niego zagadką. Nie rozumie zawiązywania więzi uczuciowych (nie tylko miłości, ale i przyjacielskich), stąd często się dziwi, że jacyś ludzie mogą się przyjaźnić.
Wiesz, moim największym problemem jest to, że nie lubię siebie, czasami wręcz nienawidzę. Z tej podstawy, wyrasta też egocentryzm przejawiający się tym, że jestem non stop skupiony na sobie (wieczne myślenie, że się nie dorasta do swojego ideału i niepokój płynący z tego, że to zobaczą inni i jeszcze bardziej siebie za to potępię). Nie umiem siebie zaakceptować, nie umiem wznieść się do poziomu, tego jaki chciałbym być. Próbowałem, ale nie potrafię.
Wiesz, nie oczekuję porady. Cóż mogłabyś mi poradzić? Zaakceptuj siebie, pokochaj siebie? Nie potrafię, nigdy nie umiałem. Wiem także, że nie akceptując siebie, nie mam co liczyć na akceptację ze strony innych. I nie liczę. Wiem, że muszę radzić sobie w życiu sam i że wchodząc w relacje - będą skazane z góry na porażkę.
nie będę się starał dawać gotowych odpowiedzi ![]()
tak jak mówiłem, czytałem twoje pierwsze posty, to co piszesz po prostu jest dla mnie, rozwinięciem jednego ze zdań, które mówiło o rodzinie, o tym jak się usamodzielniłeś, nie pozwalasz sobie w kaszę dmuchać, itd itp
pomyśl od czego uciekłeś, jaką przybrałeś formę obrony, w czym Ci ta rola przeszkadza, dlaczego blokuje doświadczanie, przez jak długi czas byłeś zblokowany
może się okazać że większość doświadczeń twojego życia, była "nie rozwojowa", na marne nie pójdzie bo potencjał jednak miała, jakiś
idąc dalej zastanów się dlaczego masz nie chęć do siebie ![]()
esencją dla mnie, jest to że w jedną stronę ego Cię napędzało, jednak z ego to jest tak, że w pewnym momencie dochodzi się do momentu, że stoisz w miejscu że ego by zjadło ego
a tego się nie da, tu jest przysłowiowa "śmierć"
gdzie nie gdzie używa się słowa inicjacja, ośmieliłbym się nawet stwierdzić że jesteś w ciągłej inicjacji, której boisz się dopełnić
rozkminianie o zasadności wiązania się z kimś, wiele mi mówi, jak i strzępki historii twej
nie trzeba być terapeutą, żeby czytać między wierszami
witam w bractwie DDA/DDD ![]()
może problemem jest to że nie leczysz tego co trzeba, mówiąc wprost skutki a nie przyczynę
głowa do góry teraz już będzie z górki, o ile pozwolisz sobie na zjazd nie kontrolowany z tej górki ![]()
przejechałem na potrzebie akceptacji, ułomnej wersji podnoszenia swojej wartości, wiele w życiu
2 kierunki studiów, podyplomówki, wykorzystałem wszystko co dostałem w spadku po dzieciństwie
jednak studia techniczne, niczego oprócz racjonalizacji, logiki mi nie zafundowały
historia jest dłuższa
od pewnego czasu bardzo realna, wreszcie i przyjemna
powodzenia, nigdy się nie poddawaj, ale nie walcz ![]()
idąc dalej zastanów się dlaczego masz nie chęć do siebie
esencją dla mnie, jest to że w jedną stronę ego Cię napędzało, jednak z ego to jest tak, że w pewnym momencie dochodzi się do momentu, że stoisz w miejscu że ego by zjadło ego
a tego się nie da, tu jest przysłowiowa "śmierć"
gdzie nie gdzie używa się słowa inicjacja, ośmieliłbym się nawet stwierdzić że jesteś w ciągłej inicjacji, której boisz się dopełnić
Tego fragmentu nie rozumiem. Mógłbyś rozwinąć swoją myśl? Chodzi mi o ego i inicjację.
Amethis napisał/a:idąc dalej zastanów się dlaczego masz nie chęć do siebie
esencją dla mnie, jest to że w jedną stronę ego Cię napędzało, jednak z ego to jest tak, że w pewnym momencie dochodzi się do momentu, że stoisz w miejscu że ego by zjadło ego
a tego się nie da, tu jest przysłowiowa "śmierć"
gdzie nie gdzie używa się słowa inicjacja, ośmieliłbym się nawet stwierdzić że jesteś w ciągłej inicjacji, której boisz się dopełnićTego fragmentu nie rozumiem. Mógłbyś rozwinąć swoją myśl? Chodzi mi o ego i inicjację.
co to za terapia była, jaki tryb/forma, jeśli można?? ukończona czy przerwana ?? ![]()
co to za terapia była, jaki tryb/forma, jeśli można?? ukończona czy przerwana ??
Terapia ukończona. To się dokładnie nazywało Oddział dzienny leczenia zaburzeń nerwicowych. Była to terapia grupowa, trwała dziesięć tygodni, po sześć godzin dziennie - od poniedziałku do piątku. Mieliśmy tam głównie psychoterapię grupową, ale były też zajęcia z psychorysunku i psychodramy.
Czyli jeśli dobrze rozumiem twòj problem polega na tym że się nie akceptujesz. Jeśli mogę spytać, czego w sobie nienawidzisz, zachowania, wyglądu czy wszyskiego ? Potrafisz wymienić jakieś pozytywne cechy ktòre posiadasz ?
Wydaje mi się że 10 tygodni, to mało, stad zapewne niektóre Twoje pytania
Jednak ten czas zainwestowałes w siebie konkretnie, tylko to trochę jak pierwszy krok
W grupie miałeś szanse na skonfrontowanie się z innymi ludźmi z podobnymi problemami, utożsamic się
Warto by było tego potencjału nie zmarnować,
Może ci to na długo nie wystarczyć, w sensie umiejętnego opanowania narzędzi do radzenia sobie z swoimi problemami
Postaw sobie na wadze, 10 tygodni vs reszta wcześniejszego życia, sprawy które kojarzysz, a sprawy które wyparłes/nadal wypierasz skutecznie, dodaj do tego przekonania o życiu, związkach, relacjach, sposobach reagowania sobie ze stresem, których poniekąd sam się nauczyłeś/utrwaliłes
Jak masz możliwość na twoim miejscu kontynuowałbym proces, przynajmniej do poziomu określania/odczytywania co się z Tobą dzieje, skąd się to bierze, po co Ci to, tak ogólnie pisząc,
Uważaj na używki, w tej grupie jest bardzo łatwo znaleźć pseudo rozwiązanie "problemów"
Czyli jeśli dobrze rozumiem twòj problem polega na tym że się nie akceptujesz. Jeśli mogę spytać, czego w sobie nienawidzisz, zachowania, wyglądu czy wszyskiego ? Potrafisz wymienić jakieś pozytywne cechy ktòre posiadasz ?
Nie, nie widzę w sobie cech, które bym lubił. Nie lubię siebie ze względu na wygląd jak i swojej osobowości.
Tomek, być może u Ciebie jednym powodów jest to, że szukasz akceptacji w świecie zewnętrznym, czekasz aż inni Cię zaakceptują.
W ten sposób uzależniasz się od opinii innych ludzi, boisz się ich opinii co o Tobie pomyślą lub powiedzą, czujesz się trochę jak taka marionetka w rękach innych ludzi.
Taki brak samoakceptacji może być wynikiem poczucia winy i wstydu, które programowane są w nas od najmłodszych lat przez rodziców, społeczeństwo i kościół.
Będąc dzieckiem, każdy mówił Ci co masz robić i jak masz to robić. Jeżeli spełniałeś oczekiwania dorosłych to wtedy Cię akceptowali, jeżeli się buntowałeś nie akceptowali tego i wmawiali, że spowodowałeś jakąś sytuację i że to Twoja wina. Kiedy jako dziecko słyszałeś od rodziców ciągłe niezadowolenie z tego co robiłeś, doszedłeś do wniosku, że jesteś bezwartościowy i stworzyłeś automatycznie niską samoocenę. Zacząłeś wierzyć, że to wszystko jest Twoim błędem i zacząłeś odczuwać poczucie winy a to w konsekwencji spowodowało, że zacząłeś również wstydzić się tego co robiłeś oraz tego kim jesteś.
Również kościół ma swój wkład, bowiem od najmłodszych lat wpaja nam, że jesteśmy grzesznikami i że pójdziemy do piekła jeżeli nie będziemy stosować się do przykazań. Grzesznikami stajemy się w momencie, kiedy zostaną w nas zaszczepione pewne przekonania i uwarunkowania sprawiające, że będziemy się zachowywać i czuć jak grzesznicy. Kościół w pierwszej kolejności robi z nas grzeszników poprzez wpajanie takich wierzeń, a następnie przez resztę naszego życia próbuje wyzwolić nas z tego stanu.
Brak akceptacji siebie jest jednym z głównych aspektów ego. Tak długo jak siebie nie zaakceptujesz tak długo będziesz doświadczać bólu i cierpienia.
Jeżeli pozwalasz, aby ego rządziło twoim życiem, to nigdy nie będziesz w stanie siebie zaakceptować.
Zdecydowanie-NIE. I piszę to z własnego doświadczenia. Jeżeli ci bardzo zależy na takiej osobie, to daj jej samej dojść do etapu w którym zdecyduje się na terapię i (daj "Boże") wyjdzie z tego. A potem poczekaj jeszcze jakiś czas aż zaakceptuje sytuację - bo może się okazać, że to zupełnie inna osoba.
53 2016-09-09 21:31:35 Ostatnio edytowany przez tomekk_33 (2016-09-09 21:42:50)
Tomek, być może u Ciebie jednym powodów jest to, że szukasz akceptacji w świecie zewnętrznym, czekasz aż inni Cię zaakceptują.
W ten sposób uzależniasz się od opinii innych ludzi, boisz się ich opinii co o Tobie pomyślą lub powiedzą, czujesz się trochę jak taka marionetka w rękach innych ludzi.
Taki brak samoakceptacji może być wynikiem poczucia winy i wstydu, które programowane są w nas od najmłodszych lat przez rodziców, społeczeństwo i kościół.
Będąc dzieckiem, każdy mówił Ci co masz robić i jak masz to robić. Jeżeli spełniałeś oczekiwania dorosłych to wtedy Cię akceptowali, jeżeli się buntowałeś nie akceptowali tego i wmawiali, że spowodowałeś jakąś sytuację i że to Twoja wina. Kiedy jako dziecko słyszałeś od rodziców ciągłe niezadowolenie z tego co robiłeś, doszedłeś do wniosku, że jesteś bezwartościowy i stworzyłeś automatycznie niską samoocenę. Zacząłeś wierzyć, że to wszystko jest Twoim błędem i zacząłeś odczuwać poczucie winy a to w konsekwencji spowodowało, że zacząłeś również wstydzić się tego co robiłeś oraz tego kim jesteś.
Również kościół ma swój wkład, bowiem od najmłodszych lat wpaja nam, że jesteśmy grzesznikami i że pójdziemy do piekła jeżeli nie będziemy stosować się do przykazań. Grzesznikami stajemy się w momencie, kiedy zostaną w nas zaszczepione pewne przekonania i uwarunkowania sprawiające, że będziemy się zachowywać i czuć jak grzesznicy. Kościół w pierwszej kolejności robi z nas grzeszników poprzez wpajanie takich wierzeń, a następnie przez resztę naszego życia próbuje wyzwolić nas z tego stanu.Brak akceptacji siebie jest jednym z głównych aspektów ego. Tak długo jak siebie nie zaakceptujesz tak długo będziesz doświadczać bólu i cierpienia.
Jeżeli pozwalasz, aby ego rządziło twoim życiem, to nigdy nie będziesz w stanie siebie zaakceptować.
Nie szukam akceptacji u innych ludzi. Nigdy o to nie zabiegałem, ani nie robiłem nic, żeby się komukolwiek przypodobać. To byłoby dla mnie upokarzające. Chociaż bardziej trafne byłoby powiedzenie, że opinie innych ludzi nie wywierają na mnie wielkiego wpływu. I zarówno te pozytywne i negatywne. Owszem, chciałbym być lubiany, akceptowany, czy nawet kochany (któż by nie chciał?) i pewnie podświadomie często dążę do tego, ale i tak na końcu w to nie wierzę, jestem sceptycznie do nich nastawiony, uważam że sam siebie znam i oceniam adekwatniej od innych. A co do kościoła, od zawsze była mi to instytucja całkowicie obca, tak jak wszelka wiara w "coś", "kogoś", nade mną. To nigdy nie była moja bajka. Co do rodziców, to owszem, moje relacje z nimi nigdy nie były dobre i mam świadomość, że w dużym stopniu one mnie ukształtowały. Ale nie mam do rodziców o to pretensji. Było, jak było, widocznie inaczej nie umieli się do mnie odnosić. Nie chcę wyjść ma kogoś kto użala się nad sobą, myślę, że już wiele powiedziałem, a dalej bym przynudzał. Wielkie dzięki za odpowiedzi.
Nie szukam akceptacji u innych ludzi. Nigdy o to nie zabiegałem, ani nie robiłem nic, żeby się komukolwiek przypodobać. To byłoby dla mnie upokarzające. Opinie innych ludzi na swój temat zawsze traktuję, co najmniej, z przymrużeniem oka (zwłaszcza, te pochlebne) i nie przywiązuję do nich wagi. A co do kościoła, od zawsze była mi to instytucja całkowicie obca, tak jak wszelka wiara w "coś", "kogoś", nade mną. To nigdy nie była moja bajka. Co do rodziców, to owszem, moje relacje z nimi nigdy nie były dobre i mam świadomość, że w dużym stopniu one mnie ukształtowały. Ale nie mam do rodziców o to pretensji. Było, jak było, widocznie inaczej nie umieli się do mnie odnosić. Nie chcę wyjść ma kogoś kto użala się nad sobą, myślę, że już wiele powiedziałem, a dalej bym przynudzał. Wielkie dzięki za odpowiedzi.
izolacja, brak zaufania, brak wiary w siebie, wypieranie
nie wierzysz w nic nad sobą, wierzyłeś??
subkultura o której pisałeś, wiem ze nie po drodze ![]()
[
izolacja, brak zaufania, brak wiary w siebie, wypieranie
nie wierzysz w nic nad sobą, wierzyłeś??subkultura o której pisałeś, wiem ze nie po drodze
Może jako dziecko wierzyłem, ale prędko mi to przeszło.
A subkultura? Hm, ja po prostu uwielbiałem tą muzykę, tą całą specyficzną otoczkę. Nie byłem taki jak reszta i to tym bardziej podkreślało moją odrębność.
Hm, ja po prostu uwielbiałem tą muzykę, tą całą specyficzną otoczkę. Nie byłem taki jak reszta i to tym bardziej podkreślało moją odrębność.
![]()
Co nie zabije a wzmocni ..
Przegryźć 2 ząbki czosnku podczas przeziębienia od razu lepiej ![]()
Tak sobie Tomek od wczoraj o Tobie myślę i doszłam do wniosku, że jednak swojej depresji akceptacją nie wyleczysz, dopóki jest ona pobudzana Twoimi kompleksami.
Nie wiem, nie znam Cię ale wiem, że wygląd zewnętrzny jest siłą rzeczy pierwszym i najczęstszym przedmiotem porównań i uwag. Co za tym idzie, staje się dla wielu z nas poważną przeszkodą w akceptacji samego siebie. Często jest najistotniejszym czynnikiem samooceny.
Większość z nas chciałaby zmienić przynajmniej jedną cechę swojego wyglądu. Chcielibyśmy być wyżsi lub niżsi, mieć gęstsze włosy lub mniejszy nos.
U mężczyzn jest to niski wzrost, rzadkie lub łysiejące włosy, duży nos, odstające uszy, zapadnięta klatka piersiowa i zaokrąglony brzuszek.
Nie wiem w jakim stopniu te ułomności fizyczne wpływają na Twoją samoakceptację i czy w ogóle, ale wiedz, że obsesyjna autoanaliza sprawi tylko, że będziesz najbardziej surowym sędzią dla siebie i wydasz na siebie wyrok wiecznego smutasa, który z powodu własnych kompleksów odbiera sobie szansę na bycie szczęśliwym.
Kompleksy wpędzają w niskie poczucie własnej wartości, psują samopoczucie i uniemożliwiają czerpanie radości z życia.
Człowiek taki zamyka się w sobie i nie wychodzi z inicjatywą z obawy przed ośmieszeniem a to uważam za bład.
Trzeba zmienić sposób myślenia. Każdy człowiek jest wyjątkowy, niepowtarzalny i w tym tkwi jego piękno.
Wiesz, Ósemko, masz rację, że mój wygląd (170 cm wzrostu, rude włosy i trochę nadwagi) - to nevatywnie wpływa na moją samoocenę. Rozumiem, że to może się wydawać głupie, żałosne itp, ale tak to właśnie jest w moim przypadku. Nieznoszę też swojego "wnętrza": marnej inteligencji, nieporadności w różnych sytuacjach, oraz tego, że jestem słaby, nie umi walczyć o swoje.
Wiesz co, Tomek myślałam, że jest gorzej. Co do Ciebie i Twojego wnętrza jutro napisze więcej.
Trzymaj się!
Wiesz co, Tomek myślałam, że jest gorzej. Co do Ciebie i Twojego wnętrza jutro napisze więcej.
Trzymaj się!
Boże, myślałaś, że będzie gorzej?! Dla mnie tak jest to dramat, a jak byłoby gorzej, to już byłaby tragedia, nie mniejsza od greckiej.
Tomek, domyślam się, że w szkole nie było Ci łatwo gdyż dzieci mogą być naprawdę okrutne a osoby o rdzawym bądź rudawym odcieniu włosów uchodzą w szkole za dyżurny obiekt drwin. Do tego wszystkiego doszły problemy w domu i dramat gotowy.
Nie będę Ci pisała, że 170cm wzrostu to wystarczająco, że rude jest piękne a brzuszek dodaje uroku bo to rzecz gustu, każdemu bowiem podoba się co innego ale powiem Ci tak, że wyrosłeś już „z krótkich spodenek”, jesteś dorosłym człowiekiem i wiesz, że wygląd fizyczny jest ważny, ale nie najważniejszy w kontaktach z innymi.
Bycie atrakcyjnym może oznaczać ciekawe zainteresowania, nietypowe umiejętności czy zdolności lub cechy osobowości. Niekoniecznie musi to być wygląd zewnętrzny wpasowany w obecnie promowane kanony piękna.
Wracając do Twojego pytania czy osoby z niską samooceną mogą wchodzić w związki.
W związku kobieta oczekuje przede wszystkim poczucia bezpieczeństwa - w każdym wymiarze. Aby kobieta dobrze czuła się przy mężczyźnie musi czuć się bezpiecznie. Musi czuć, że ten mężczyzna jest silny. Naturalnie nie o muskuły tu chodzi tylko o jego rozsądek, zaradność, odpowiedzialność, umiejętność radzenia sobie ze swoim życiem.
Człowiek jest tak skonstruowany, że ocenia wygląd drugiego człowieka, ale po bliższym poznaniu wygląd ten schodzi na dalszy plan. Nie oznacza to, że dziewczynie wszystko jedno jak chłopak wygląda, nie. Ważne jest to czy o siebie dba. Uroda to rzecz natury, wygląd natomiast to inna kwestia i jeśli swoimi siłami można tu coś poprawić to należy. Czasem trzeba więc pójść do dermatologa czy schudnąć. Ale żadnych cudów kobieta nie wymaga a jej uroda nie ma tu nic do rzeczy.
Ważne też jest jak on traktuje sam siebie, czy jest przewrażliwiony na punkcie swoich kompleksów.
Dużo bardziej zaimponuje dziewczynie jeśli potrafi się śmiać i jeśli zachowuje się tak jakby one mu nie przeszkadzały. Wtedy pokazuje siłę i pewność siebie i żeby był największym brzydalem kobieta będzie z niego dumna i będzie się przy nim dobrze czuła. On bowiem udowodni jej, że potrafi zapanować nad sobą, swoimi wadami, jednym słowem, że jest silnym, mądrym mężczyzną, który oddziela rzeczy ważne od mniej istotnych.
Czytając Twoje wypowiedzi uważam, iż wszystko jest w porządku z Twoją inteligencją musisz tylko wyzwolić się z błędnych schematów myślenia.
Bo tego co napisałeś nie rozumiem.
…”Wiesz, ja chciałbym cieszyć się życiem sam, to jest mój cel. Bez miłości, akceptacji i seksu da się żyć. To nie jest najważniejsze. Przynajmniej dla mnie, to są kwestie drugorzędne”.
Ósemko, dziękuję Ci za odpowiedź.
Dobrze trafiłaś z tą szkołą, bo faktycznie szkoła, zwłaszcza średnia i mieszkanie w internacie, to były dla mnie koszmarne lata. Nie dość, że byłem nieśmiały, to dodatkowo przez rude włosy dowalano mi i docinkami, przezwiskami, często czułem się upokorzony ogólnie. Było ciężko, ale przeżyłem, chociaż przypłaciłem to nerwicą (ataki paniki, kołatania serca, bóle głowy, skoki ciśnienia itp). Objawy somatyczne mam za sobą, pozostał u mnie "problem" z zaakceptowaniem siebie. Pal licho ten wygląd zewnętrzny (wyższy nie będę, włosy mam jakie mam i nigdy ich koloru nie zmienię, a nadwaga mi w niczym nie przeszkadza, bo jestem zdrowy, sprawny fizycznie i w niczym mnie nie ogranicza). Jednak jakiś uraz we mnie został, jakiś lęk przed ośmieszeniem, przed upokorzeniem, przed tym, że ludzie ujrzą jaki jestem marny naprawdę i mi to wytkną w twarz. To prawda, że pisałem, zapytywałem o to, czy możliwe są związki z ludźmi podobnymi do mnie, mającymi podobne lęki, obawy, ale z drugiej strony nie chcę swojego "problemu" sprowadzać wyłącznie do kwestii relacji z kobietami, bo to byłoby nieprawdziwe. Dla mnie relacje z kobietami są mało istotne, bo ja i tak nie wierzę, że zasługuję na miłość jakiejś tam kobiety. Nie dążę do tego, to nie jest moim celem. Moim celem jest to, żebym sam siebie zaakceptował, żebym był bardziej odważny, umiał bronić samego siebie i nie unikał konfrontacji z innymi, żeby mnie nie paraliżował przed tym lęk.
To prawda, że rodzice i szkoła mają duży wpływ na to, jak kształtuje się nasza osobowość i jak następnie te cechy wpływają na funkcjonowanie w dorosłym życiu. Trudne doświadczenia z dzieciństwa, mogły spowodować u Ciebie wykształcenie tendencji do zachowań unikowych i reagowania lękiem na trudności. Jednak nie oznacza to, że nie możesz tego zmienić. Wręcz przeciwnie - powinieneś aby poprawić swoją samoocenę i komfort życia.
Wiesz, większość ludzi nie lubi konfrontacji z innymi ludźmi. W wielu osobach potrzeba stawienia czoła problemowi rodzi przerażenie - mówią, że sprawia im to trudność. Znam też takich z pozoru odważnych i pewnych siebie a kiedy trzeba rozprawić się z jakąś sytuacją albo człowiekiem, uciekają, gdzie pieprz rośnie.
Ludzie uciekają przed różnymi rzeczami – zarówno przed tym, co dla nich nowe, jak i przed tym, co odmienne. Uciekają także od przeszłości. Problem uciekania od różnych rzeczy powoduje, że tkwisz w miejscu i nie robisz żadnego postępu.
Jeśli zostawiasz problemy samym sobie i uciekasz od nich, prawdopodobnie nie tylko nadal będą cię dręczyć, ale nawet staną się jeszcze poważniejsze.
Czasami dobrze jest zacząć od tych spraw, które są dla Ciebie najłatwiejsze i stopniowo zajmować się trudniejszymi. Zrób sobie listę takich spraw, które odkładasz, mogą to być różne sprawy począwszy np. od naprawy kranu po rozmowę z rodziną lub szefem (zakładam że masz pracę).
Jeśli początkowo problem wydaje się nieco przytłaczający, nie bądź zbyt dumny lub uparty, by poszukać pomocy, bowiem chroniczne unikanie pomocy oznacza zwykle chroniczne cierpienie. Wysiłek włożony w rozwiązanie problemu zwykle prowadzi do współpracy i zbliża ludzi.
Im częściej będziesz konfrontować się z ważnymi sprawami, tym łatwiej będzie Ci to przychodzić i tym skuteczniej będziesz to robić.
Tomek, zacznij działać pomimo paraliżującego lęku, tylko wtedy go pokonasz i nabierzesz pewności siebie.
Wiesz, Ósemko, to co napisałaś, to wszystko prawda, nie będę z niczym polemizował. Ale, kurcze, wiesz, jak trudno się przełamać, działaś pomimo lęku?! No nic, innej drogi nie ma, coraz dobitniej to sobie uświadamiam.
Dziękuję za zainteresowanie moimi postami.