Cześć,
W styczniu rozstałem się z dziewczyną, byliśmy razem ok. pół roku, oboje jesteśmy w okolicach trzydziestki.
Przez większość tego krótkiego czasu było bardzo fajnie, z dużą ilością czułości i bliskości.
Spędzaliśmy czas spokojnie, trochę w domu, trochę zwiedzania, rozmowy. Coś zaczęło się psuć w grudniu - czułem podświadomie, że jakoś się ode mnie oddaliła, nawet bez jednego, konkretnego wydarzenia (przynajmniej nic o tym nie wiem, ani nie czuję, żeby takie było).
Rozstanie wyszło z jej strony, stwierdziła, że zależy jej na karierze i rozwoju, a ze mną ta strefa komfortu choć przyjemna, to jest za duża i za wygodna, zbyt rozleniwiajaca.
No i tutaj nastąpiło niespodziewane tąpnięcie - zaczęło mi jej brakować zdecydowanie bardziej, niż się spodziewałem. Im dłużej analizowałem te sprawę, tym bardziej utwierdzałem się w przekonaniu, że poziom porozumienia i takiego poczucia bycia bratnią duszą był naprawdę wyjątkowy - nigdy wcześniej czegoś takiego nie czułem. Myślałem, że teksty o tym, że trzeba coś stracić, żeby to docenić to taki banał, ale nagle odczułem je na własnej skórze. Zdarzało mi się odrzucać i bywać odrzucanym, ale nigdy poziom tęsknoty do drugiej osoby nie był nawet zbliżony.
No i właśnie - strasznie korci mnie żeby napisać, tym bardziej, że na odchodne mówiła o potrzebie czasu na przemyślenia - rozstaliśmy się totalnie w zgodzie i bez żadnych złych emocji.
Wiem, że powinienem olać, ale po raz pierwszy jestem w sytuacji, gdy te wątpliwości są serio duże. Poczucie godności krzyczy, żeby uszanować decyzję i zachować mile wspomnienia, ale głos w głowie często je zagłusza...