Dostałam się na medycynę, były to moje wymarzone studia, czułam,że chcę pomagać ludziom, w czasie liceum harowałam jak wół sama(żadnych korków, dodatkowych lekcji), napisałam bardzo dobrze maturę i dostałam się na uczelnie, która była jednak bardzo oddalona od mojego domu. Już pierwszego dnia, gdy przyjechałam, dostaliśmy kupę materiału do przerobienia, byłam przerażona, nie mogłam skupić się na pojedynczym zdaniu, zaczęłam wymiotować, kręciło mi się w głowie, bardzo bałam się asystentów, ludzie w grupie byli strasznie drętwi i niemili, nie miałam z kim porozmawiać, odezwać się. do tego to wielkie miasto,szum, pośpiech, gonitwa z czasem, nie mogłam tego wytrzymać. nie mogłam spać, jeść. Zasypiałam dopiero nad ranem a budzą się nie mogłam uwierzyć,że naprawdę tam jestem. Kręciło mi się w glowie, ciągle płakałam do telefonu. Po tygodniu coś we mnie pękło, miałam myśli samobójcze, choć wiedziałam, że nie mogę zrezygnować, zawiodłabym wtedy wszystkich, ale jednak zadzwoniłam i błagałam,żeby mnie stamtąd zabrali, że dłużej nie wytrzymam.
Teraz jestem w domu, byłam u psychiatry, ciągle na środkach uspokajających, nic mi się nie chce, będę miała cały rok w plecy, nie jestem w stanie teraz myśleć o tym co będzie jutro, za tydzień, za miesiąc. Nie mam przed sobą przyszłości, bo już na pewno nie wybiorę studiów medycznych, tego jestem pewna.Nie wiem, co zrobię, jak wytłumaczę się znajomym, rodzinie. Głupia, żałosna dziewczyna, która nie potrafi się usamodzielnić, zbyt tępa na studiowanie, nie wiem czy w ogóle do czegoś się nadaje. Boję się szyderstwa ze strony innych.
Jedynymi osobami, które podtrzymują mnie przy zdrowych zmysłach są mama, siostra i 2 przyjaciółki. Poza tym nie mam nikogo.
Jak mam sobie poradzić, jak żyć, kiedy straciłam cele i marzenia??