Od połowy września pracuję w jednej firmie pozycjonerskiej. Na początku myślałam, że to fajna firma, blisko mnie, fajni ludzie. Że nie ma parcia. Jednak dość szybko okazało się, że jest parcie. Moja szefowa to niby spoko,młoda laska, trzydzieści lat, blondynka. Mąż dwójka dzieci...
Ale za kierownika sekcji dała taką Dominikę...matko boska, jak ona mnie wnerwiała. Byłam jej owcą do bicia. Czekała jedynie na moment by mi coś powiedzieć. A to nie śmiej się, ale masz być uśmiechnięta. Nie gadaj. Nie pomagaj innym. Etc ec. Właściwie samo oddychanie było zabronione. Stała nade mną, aż rzygałam na myśl, że mam iść do pracy.
Ale ją zwolnili.
Mimo to zaczęłam mieć dużo umów, więc oczekiwano ode mnie,że tak będzie dalej. Sama zaczęłam oczekiwać od siebie więcej.
Skończyło się na tym, że jak tydzien jeden mialam genialny, to nastepny poniedzialek to bylo zero. Totalne. Dostalam nerwicy zoladka.
Do tego co rusz w domu byly jakies akcje, rodzice sie klocili, ja z mama...teraz od kiedy wrocilam z Irlandii i mam problem ze zwiazkiem, podwojnie odbija sie na mnie wszystko. Przeszla mi tez ochota na to by wstawac i isc pracowac. Na mysl, ze mam tam siedziec do 16, nie miec umow, sluchac innych jak maja je raz za razem, sluchac szefowej ktora na mnie narzeka, bo nie spelniam jej oczekiwan...potem wrocic do domu i sluchac mojej mamy, ktora nie lubi mojego aktualnego chlopaka, ale boi sie ze wyjade do Irlandii, jest nieznosna...
Mam metlik w glowie i nie potrafie sie zebrac.
Dostalam okres tydzien przed czasem, caly organizm mi sie rozregulowal. Przytylam, bo z nerwow zaczelam jesc.
Czy odstawienie obowiazkow mi pomoze? Dzis nie poszlam do pracy przez okres. Jutro pojde. Ale nie mam motywacji do dzialan. Nie wiem co robic ze swoim zyciem.
Czuje sie jak na rozdrozu.:(
Wiecie ze jak mysle o Belfascie to od razu chce tam uciekac?
Jak mysle ze mam 24 lata, skonczone studia, to mimo ze nikt w domu tego nie chce, ja pragne wyjechac aby nabyc nowe doswiadczenia! Pragne cos zobaczyc, poduczyc sie jezyka, przezyc cos...nie tylko chwila, wycieczka na pare dni. Tam bylo cudownie. Tutaj..czuje jakbym stala w miejscu.
Nic mi tu w sumie nie brakuje, ale tak mysle, kiedy mam zaczac zyc? Czy musze moje zycie zaczynac od pracowania w telemarketingu, majac wyzsze wyksztalcenie, albo kombinujac jaka otworzyc firme by moc sie z niej utrzymac? Czy mam wyjechac po 30tce? Wtedy juz nic nie zroobie, nie wyjade...
Ogarnia mnie chyba paniczny lek przed tym ze czegos ze soba nie zrobie. Nieomal fizycznie czuje ten moj zastoj.
Sama zastanawiam sie co sie ze mna dzieje.