Jak już kiedyś wspominałam, mam słabość do zajętych facetów.
Mam tak od 7 lat, od liceum.
Na początku specjalnie chciałam żonatych, aby nie latali za mną jak koledzy. Chciałam się spotkać, "miło" spędzić czas i tyle. Bez jakichś miłości, stalkowania wiadomościami o randki...
Do tego zawsze kręciła mnie otoczka, że robimy coś jakby zakazanego, owianego tajemnicą. Z wolnym chłopakiem nie odczuwałam takiego napięcia seksualnego i emocji.
Nigdy jednak nie chciałam wiązać się z żonatymi i zajętymi, bo w sumie dla mnie to trochę kanalie i wiem, że mnie również by zdradzali. Chodziło bardziej, aby się spotykać z 3-6 miesięcy i koniec. Przez 7 lat miałam sporo takich "romansów"
Jednak aktualnie chciałabym zbudować normalny związek z wolnym facetem, ale mam problem z zaufaniem. Nie chodzi o kontrole, ale o to co jest w mojej głowie. Przez lata ani jeden zajęty lub żonaty facet mi nie odmówił, nigdy. Nawet jak mieli piękne żony, znali się ze swoimi partnerkami krótko, bez znaczenia. Nie odmawiał nigdy i nikt.
Z jednej strony wiem, że niektórzy faceci sami szukają kochanek i to jest słabe. Z drugiej strony wielu nie szuka i zapewne nigdy by jej nie miało, gdyby się przypadkiem nie trafiła okazja, a to okoliczność łagodząca dla faceta. Mimo wszystko jednak w obu przypadkach zachodzi zdrada, nawet jak ten drugi facet jest "lepszy" bo sam nie szuka.
No i teraz wiedząc, że faceci nie odmawiają, nie potrafię zaufać. W sensie nie kontroluje faceta, z którym jestem w związku, nie robię scen. Nawet może wyjechać sam na tydzień, zero problemu.
Chodzi tylko o to, co jest w mojej głowie. I to już trochę natrętne myśli. Jak się pozbyć tych myśli? Jaką technikę stosować?