Siedział na pieńku po starej śliwie, stojącym tuż przy wiejskiej drodze. Mamy nie było, wybrała się na spacer w stronę lasu.
Nie chciał z nią dalej iść, mimo że proponowała, a teraz żalował. Bardzo tęsknił, choć nie wiedział dlaczego. Mama powinna tędy niebawem wracać.
Martwa cisza, zapadający powoli mrok.
To dziwne, pomyślał. Nikogo nie widać, nikt nie przechodzi. Wokół ani żywej duszy. A przecież to główna droga.
Siedział i topił się w smutku, którego nie rozumiał.
Nie chciał iść z mamą, siedzieć tutaj też nie chciał.
Czuł się samotny.
Zobaczył ten samochód już z daleka, nie jeździło ich wtedy wiele po drogach.
Zwrócił uwagę jednak przede wszystkim dlatego, że na jego dachu lśniła piękna korona, świecąca w magiczny sposób. Widać było ją z daleka, to było coś niesamowitego. Jakby kawałek baśni, który zaczął się właśnie materializować.
Wyobraźnia eksplodowała, zaczął widzieć to, czego nie mógł jeszcze dojrzeć z daleka.
Fantastyczne postaci z bajek, zwierzęta i ludzie, piękne i kolorowe.
Feeria barw, od której zakręciło mu się w głowie, najpiękniejsze wyobrażenia o sięgnięciu namacalnie fantastycznego świata, który znał tylko z książek i bajek, a który właśnie nadjeżdżał w magiczny sposób.
Spodziewał się zobaczyć to wszystko na samochodzie i pomyślał, że w środku musi być jeszcze bardziej bajecznie.
Poczuł euforię, chciał wiedzieć gdzie jedzie ten pojazd, do czego prowadzi. Chciał za nim biec, chciał dostać więcej, bo skoro miał być taki piękny, miejsce do którego jechał obiecywało prawdziwą zabawę i radość.
Samochód zbliżał się coraz szybciej.
Wstał, wpatrując się w świetlistą koronę, podchodząc jak zahipnotyzowany coraz blizej do drogi. W stronę pędzącego pojazdu. Chcąc znaleźć się w świecie, który tyle obiecywał. Uciec ze swojego.
Auto przejechało tuż obok.
Czarny, wielki, pogrzebowy karawan ze świecącą koroną na dachu.
Dziecku pękło serce. Po raz pierwszy.
Pierwszy, który miał zapamiętać.