Byłam ostatnio na weselu w rodzinie. Szczerze mówiąc, wcale nie miałam wielkiej ochoty tam iść. Z częścią mojej rodziny jesteśmy od lat mocno skłóceni i niestety na różnych spotkaniach rodzinnych potrafią dziać się naprawdę nieprzyjemne rzeczy. Największy konflikt mam z moją przyrodnią siostrą i właściwie z całą jej rodziną. Od dawna się nie odzywamy i raczej unikamy.
Mimo wszystko zdecydowałam się pójść na to wesele, bo osoba, która brała ślub, jest dla mnie bardzo ważna i nie chciałam jej zawieść.
Niestety w trakcie przyjęcia wydarzyło się coś, co kompletnie wywróciło wszystko do góry nogami. Mój 6-letni syn nagle bardzo źle się poczuł. Najpierw zrobił się bardzo blady, mówił, że kręci mu się w głowie i że jest mu duszno. Pomyślałam, że może jest mu po prostu za gorąco, bo sala była pełna ludzi, a on wcześniej dużo biegał z innymi dziećmi i właściwie prawie nic nie zjadł, tylko trochę słodyczy i soków.
W pewnym momencie po prostu się zachwiał i osunął na podłogę. Stracił przytomność dosłownie na chwilę.
Dla mnie to był totalny szok i panika. Na szczęście ktoś krzyknął, żeby zrobić miejsce i wtedy podbiegła… moja przyrodnia siostra. I tutaj zaczyna się ta dziwna sytuacja.
Ona jest lekarzem, więc w tamtym momencie była właściwie jedyną osobą, która wiedziała co robić. Kucnęła przy nim, sprawdziła czy oddycha i zaczęła sprawdzać tętno – najpierw na nadgarstku, potem przy szyi. Kazała też rozpiąć mu koszulę przy szyi i powiedziała, żeby ktoś zadzwonił po pogotowie na wszelki wypadek.
Ułożyła go na boku i lekko uniosła mu nogi, żeby poprawić krążenie. Cały czas do niego mówiła spokojnym głosem, delikatnie klepała go po policzkach i głaskała po głowie, żeby sprawdzić czy reaguje.
W międzyczasie zaczęła mnie dopytywać o różne rzeczy. Pytała czy wcześniej mówił, że źle się czuje, czy coś jadł w ciągu dnia, czy na coś choruje albo bierze jakieś leki. Zapytała też czy kiedyś już zdarzyło mu się zemdleć i czy przypadkiem wcześniej nie uderzył się w głowę.
Po chwili syn otworzył oczy. Był trochę zdezorientowany i słaby, ale już ze mną rozmawiał. Dostał trochę wody i posiedział spokojnie na krześle. Ona powiedziała, że bardzo możliwe, że to było zwykłe zasłabnięcie – przez gorącą salę, zmęczenie, brak jedzenia i emocje.
Karetka została już wezwana, ale kiedy syn doszedł do siebie i wyglądał normalnie, dyspozytor po ponownym kontakcie powiedział, że jeśli dziecko jest przytomne, oddycha normalnie i nie ma innych objawów, to możemy go po prostu obserwować i w razie czego zgłosić się do lekarza lub na SOR. Więc zgłoszenie zostało anulowane.
Moja siostra też powiedziała, żebym go przez jakiś czas obserwowała i że jeśli pojawią się wymioty, silny ból głowy, senność albo znowu zasłabnie, to wtedy koniecznie pojechać z nim do szpitala.
I teraz dochodzę do mojego problemu.
Bo z jednej strony to nadal jest osoba, z którą jestem bardzo skonfliktowana i naprawdę nie chcę mieć z nią kontaktu. Z drugiej strony nie mogę zaprzeczyć, że w tej sytuacji pomogła mojemu dziecku i zachowała się bardzo profesjonalnie.
I mam teraz straszny miszmasz w głowie. Nie wiem, czy powinnam po prostu podziękować i tyle, czy może spróbować jakoś złagodzić nasz konflikt. A może nie mieszać jednego z drugim i potraktować to tylko jako sytuację medyczną?
Sama już nie wiem, co o tym myśleć i jak się zachować…
Co wy byście zrobiły na moim miejscu?