Zacznę od początku. Od jakiejś podstawówki byłam lekko pulchna. W sumie mi to nie przeszkadzało, moim równieśnikom tez nie. Potem zaczął się etap dorastania, zaczęły się wyzwiska... W szkole oczywiście. W domu nie lepiej. Jak mówiłam mamie, że się ze mnie śmieją to od razu, że "a bo Ty nie masz kolezanek, nie umiesz się dogadać". Gdy nie umiałam zrobić zadania z matmy, ojciec zawsze na mnie krzyczal. Ja płakałam... zawsze. Potrafił mnie uderzyć. No ale nic. W domu bywaly ogółem kłótnie - potrafiłam dostać pasem, klapkiem, ręką. Za nic. Za to, że powiedziałam coś nie tak. A byłam mała, to skąd mogłam wiedzieć... Czy to dobre, czy złe. Jeśli byłam u babci, coś powiedziałam nie tak, to zawsze takie zmierzanie mnie wzrokiem i oczywiście u ojca obrażenie się na mnie (jak zawsze i nadal do tej pory jest obrażanie się o byle gówno...). Potem przyszło gimnazjum. Pierwszy rok... Masakra. Same wyzwiska w moją stronę... Mogli we mnie rzucać czymś na lekcji nawet... i zdażyło się. A ja? Ja jestem taka wrażliwa... Eh naprawdę delikatna, na wszystko, WSZYSTKO reaguje płaczem, bo właśnie to wina jest moich rodziców. Już za czasów podstawówki mówili mi "tego nie dawaj, tego nie pożyczaj, nie rozmawiaj z obcymi, nie pożyczaj bo nie odda" i przez to stałam się odludziem w klasie... Trochę w podstawowce, chociaz tam chodzi się 6 lat, więc zdążyłam się z nimi wszystkimi z klasy zżyć. Ale w gimnazjum po prostu byłam odludziem. Nie radziłam sobie. Nie dość, że byłam trochę pulchna to i nie miałam wsparcia. W domu na mnie krzyczeli jak czegoś nie umiałam... i że nie umiem sobie towarzystwa znaleźć... Płakałam co noc. Całą pierwszą klasę gimnazjum płakałam. Wszyscy się ze mnie śmiali... Za wygląd... oraz zachowanie jakie prezentowałam... czyli nie odzywałam się zabardzo, byłam skryta w sobie, tajemnicza. Z rodzicami nie dało się na ten temat rozmawiać, mama zaraz wpadała w furię, od razu nerwy. (ma nerwicę i szybko się denerwuje). Często dostawałam kary na komputer... (po co? nie wiem. co im to dało, też nie wiem) potrafili mi zabrać telefon, żebym nie nosiła do szkoły. O wszystko się bali. To trzymaj tutaj, tamto schowaj bo Ci ukradną. Teraz przyszło liceum. Chciałam od pierwszego wejścia, że tak powiem zrobić dobre wrażenie, żeby od razu się z klasą zgrać. Ale jak? Jak ciągle mi wszystkiego bronią... Ciągle. Wyjść z koleżanką do miasta załóżmy chcę. Za ile wrócisz? Z kim idziesz? Po co? Dlaczego? Zadzwoń jak wrócisz... Mnie to zaczyna denerwować. Mam 18 lat (właśnie za tydzień kończę) a zachowują się dla mnie jakbym była nierozumnym dzieckiem...
Mam chłopaka. Jesteśmy ze sobą już pół roku, może to nie długo, ale powiem Wam szczerze, że jest to mój jedyny chłopak, którego miałam i tak, wiążę z nim przyszłość. Oczywiście rodzice nie wiedzą, że mam CHŁOPAKA, tylko KOLEGĘ. Ojciec od razu zdenerwowany, jak się dowiedział, że chce do mnie przyjechać. (pierwszy raz przyjechał w listopadzie). Mój chłopak mieszka ode mnie 75 km. Odległość nie jest dla nas przeszkodą, kochamy się mimo wszystko. Można powiedzieć, że to on mnie zaczyna stawiać na nogi... Dzięki niemu ja zaczynam stawiać się rodzicom. Powoli... Ale zawsze coś. No a wracając. Przyjechał w listopadzie i tak śmiechem żartem do mojego taty, żeby puścił mnie raz tam do niego, zobaczę jak tam jest. A ojciec oczywiście NIE. I to tak stanowczo. Ten się pyta, no ale czemu? BO NIE. Eh... Ale ja i tak do niego jeżdzę. Busem. Staram się tyle ile mogę. Rodzice o tym oczywiście nie wiedzą, bo zrobiliby mi taki dym w domu... Zresztą cały czas robią. Ciągle kłótnie, bo teraz szkoła, chłopak później, bla bla. Boją się, że ja za przeproszeniem myślę dupą, a nie głową. Rozmawiałam raz z mama. Powiedzialam, ze jestem młoda, nie planuje póki co dzieci. Eh ale jej przetłumaczyć... Ciągle myślą to samo. Chce przyjechać do mnie mój chłopak to muszą być w domu bo PEWNIE ZAJDĘ W CIĄŻĘ JAK ICH NIE BĘDZIE!!! To chore... Jestem z Nim pół roku. Kocham Go. I on wie, ja wiem, że nie planujemy teraz dzieci, jak Boga kocham! Eh... Co ja mam robić... Zawsze tak sztywno są, może mama mniej, ale ojciec ZAWSZE, jak przyjedzie mój chłopak... Ojciec jest bardzo sztywny. Denerwuje się o wszystko... Krzyczy ciągle na mnie... Ja już nie mam siły, mi już psychika siada... Ostatnio przyszedł do domu po 22 z pracy i od razu pierwsze jego słowa: BYŁY DWIE W DOMU A JAK ZWYKLE NIE MA CO JEŚĆ!!!!!! A dodam, że lodówka pełna... On sobie nie odgrzeje. Zawsze robię to ja, albo moja mama... Tak przyzwyczajony od małego...
Był grudzień 2012. No i mój chłopak miał studniówkę w lutym, to chciałam na nią pójść. Mówię im, a raczej pytam, czy bym mogła. Oczywiście odpowiedź zabrzmiała: nie. Jak zawsze. Ja już zdenerwowana, nie odzywałam się. Potem wkońcu doszło do awantury... przed świętami. Powiedziałam w płaczu... że na nic mi nie pozwalają, że wyjść nie mogę... nigdzie, a jak tak to zaraz wrócić... Mama krzyczała, denerwowała się, ojciec też, wyzwiska leciały, ja już siły nie miałam... wkońcu mnie uderzyła. W plecy, ale porządnie. Powiedziała, że jak mi nie pasuje to niech idę na święta do tych koleżanek co to tak się spotykać z nimi ciągle chcę. I żałuję, że nie poszłam...
Ciągle jest to samo, próbuję się stawiać ale wszystko obraca się przeciwko mnie... To boli... Od jakichś dwóch lat kuje mnie coś w okolicy serca. Byłam u lekarza bo szłam do klasy mat-inf więc musiałam mieć badania. Lekarka stweirdziła jakieś szumy, więc powiedziała żeby iść do rodzinnego. Ojciec na drugi jakby mu się zapaliło pod ogonem od razu do lekarza. Powiedziała, że mam za mało magnezu, dostalam leki. Szczerze? Gówno pomogły... Teraz jest tak samo, w sensie kuje mnie... Jak się zdenerwuję lub płaczę. Nie zawsze, ale często mnie to boli. A płakać potrafię codziennie nawet z ich powodu... Boli mnie też od jakiegoś czasu głowa. Mówię, żeby pójść do lekarza to matka "Ty to byś tylko po lekarzach chodziła!" eh no i jak mam pójść? Nie skończyłam 18 lat, więc nawet nie mam jak, bo mnie w przychodni przyjąć nie chcą. Ale na szczęście niedługo kończę, to pójdę... Sama...
Od zawsze była kłótnia o komputer. Potrafię siedzieć 2 godziny dziennie na komputerze a on do mnie, że jestem uzalezniona... Eh...
o wszystko, dosłownie wszystko się czepia...
Co ja mam robić... Mój chłopak mówi mi, żebym wkońcu się przełamała i uciekła stąd, bo wkońcu oni mnie zniszczą... Od środka... Dziewczyny w klasie się dziwią, że tak mi zabraniają wszystkiego... Teraz są juwenalia, koncerty wszelakie... Nie chcę iść, bo nie ma nikogo ciekawego, ale jakbym chciała to bym nie mogła pójść, bo o 18 max w domu... Ostatnio do mnie koleżanka, że poszłaby ze mną na piwo. Myślę, czemu nie? Przychodzę do domu, myślę zaraz będę dorosła to co mam ich okłamywać że idę na sok? Mówię, że taka sytuacja jest, a ojciec "a to idz pij pod tymi parasolami jak pijak!!!" Eh a żebym ja codziennie chodziła to ja rozumiem, ale ja nigdy nie byłam... Takie ograniczenia... Nad jezioro nawet z koleżankami pojechać nie mogę na 3 dni... Ciągle, że albo siedzę na kompie i nic nie robię... A jak chce wyjść to zaraz z kim po co dlaczego. Na noc do kolezanki nawet pójść nie mogę...
Pomóżcie, błagam... Gdyby nie mój chłopak to skończyłabym ze sobą, naprawdę... Nie raz przez moją głowę snuły się myśli samobójcze... Ale jestem, dla Niego. Co do psychologa szkolnego. Chciałam pójść, ale się trochę boję, że dowiedzą się o tym rodzice. .. Czy najlepszym wyjściem będzie ucieczka? Dodam też, że rozmowa z nimi nie wchodzi w grę. Bo jeśli ja chcę przedstawić swoje argumenty dosyć mocne to zaraz "nie dyskutuj, nie pyskuj"... A ja zawsze reaguje płaczem...