Wiesz,na pewno są tacy co lubią psie mięso.Ale ja takich nie znam 
Są i tacy Polacy co nie jedzą kiełbachy,kotletów i bigosu-np ja
Ale to nie świadczy o tym,że wszyscy Polacy tego nie jedzą 
Co do glutaminianu-wcale nie dziwi mnie,że tak powiedział o glutaminianie.Glutaminian to sól kwasu glutaminowego,który występuje w popularnej w Chinach roślinie- glonach kombu.U nas też można tego spróbować a najpopularniejsze są liście nori-używane do sushi.To kombu ma wiele właściwości zdrowotnych-leczy asmtę,obniża ciśnienie krwi,zapobiega udarom i obniża cholesterol i jeszcze pomaga w mnóstwie innych rzeczy, o których mam blade pojęcie.
Co do glutaminianu- u nas panuje syndrom chińskiej restauracji-jest to zespól odczuwalnych objawów przez klientów rzeczonych.
A tymczasem-nie ma to żadnego związku z samopoczuciem i ewentualnymi chorobami.
Pozwól,ze zacytuję fragment artykułu z GW z dnia 14.01.2016 z wynikami badań nad glutaminianem:
"Ponieważ zarzuty były poważne, a glutaminian sodu stosowany jest powszechnie, przeprowadzono wiele badań dotyczących jego faktycznego działania. Jedno z pierwszych, przeprowadzone jeszcze w 1969 roku dało faktycznie niepokojące wyniki. U myszy, którym podawano glutaminian pojawiły się uszkodzenia mózgu i niedorozwój. Niepokojące? Bardzo! A jakie medialne!
Tyle, że bliższa analiza badania pokazuje, że jest ono bezwartościowe i mylące. Badanym myszom podawano glutaminian sodu w postaci podskórnych zastrzyków. Ma się to nijak do sposobu, w jaki substancję spożywają ludzie - większość rozkładu glutaminianu zachodzi w jelicie. Dodatkowo dawki podawane myszom były gigantyczne i wielokrotnie przekraczały to, co normalnie może spożyć człowiek.
Jedyną wartością badania było więc zdobycie wiedzy, że wstrzykiwanie myszom dużych dawek substancji prowadzi do uszkodzeń układu nerwowego. Do ludzi i spożycia żywności ma się to nijak.
Komu (nie)szkodzi glutaminian?
Na szczęście z czasem wykonano kolejne, lepiej przygotowane badania. W 1993 roku przebadano 71 osób, którym podawano różne dawki glutaminianu sodu. Badanie było prowadzone według najwyższych standardów - podwójnie ślepa próba i podawanie placebo. Wyniki nie pokazały związku między podawaniem (lub nie) glutaminianu, a występowaniem znanych objawów.
W 1999 roku badano 100 pacjentów cierpiących na astmę - glutaminian miał nasilać jej objawy. 30 spośród badanych uważało, że substancja pogarsza ich stan, jednak w badaniu żaden z nich nie miał problemów po spożyciu glutaminianu.
Podobne efekty dały badania z 2000 roku. Tu zaproszono 130 osób, które skarżyły się na nadwrażliwość na glutaminian sodu i mówiły o pojawianiu się u nich syndromy chińskiej restauracji. I znowu okazało się, że ludzie nie są w stanie odróżnić, czy zjedli glutaminian sodu czy placebo.
Głośno było o badaniu rzekomo dowodzącym, że glutaminian sodu sprzyja otyłości. Jednak już pobieżne spojrzenie na procedurę badania pokazuje jej słabość. Opierało się ono na wywiadzie, na podstawie którego podzielono ludzi na trzy grupy w zależności od tego, ile zwykle spożywają glutaminianu. W grupie o najwyższym spożyciu najczęściej występowała otyłość. Trzeba jednak pamiętać, że takie badanie nie bardzo odróżnia faktycznie działanie danej substancji na organizm od innych czynników. Glutaminian sodu to częsty dodatek do żywności przetworzonej, która zwykle nie jest dietetyczna. Można więc równie dobrze przyjąć, że jedzący dużo glutaminianu odżywiali się niezdrowo i dlatego tyli.
Skąd więc syndrom chińskiej restauracji? Przede wszystkim to nie jest jednostka chorobowa, a lekarzom trudno uchwycić konkretne objawy. Ale nietrudno domyślić się, skąd mogą brać się osłabienie, kołatanie serca czy uderzenia gorąca. Po pierwsze chińskie (czy raczej - azjatyckie) potrawy są mocno i często ostro przyprawiane. Po drugie w restauracji ludzie często się przejadają. A po trzecie chętnie piją alkohol. Prawda, że objawy pasują jak ulał? A my mamy skłonność do zrzucania winy na okoliczności, które o nas nie zależą. O ile łatwiej założyć, że to wszystko wina „tej okropnej chemii”, niż przyznać, że się przejadło ostrym jedzeniem, a na dodatek wypiło o dwa piwa za dużo.
To jest naturalne
Trzeba też wiedzieć, że glutaminian sodu nie jest jakimś upiornym wytworem współczesnej chemii. Od setek lat ta substancja dodawana była do żywności na Dalekim Wschodzie w postaci wodorostu, listownicy japońskiej. To właśnie z niej japoński uczony kikunae Ikeda wyizolował czysty glutaminian sodu. Ta substancja obecna jest w wielu roślinach – jest go mnóstwo w pomidorach czy grzybach, które swój delikatny, wyrafinowany smak zawdzięczają właśnie temu składnikowi. Co ciekawe ludzkie mleko zawiera 10 razy więcej glutaminianu sodu od krowiego.
Wśród zarzutów wobec tej substancji pojawia się często taki, który wynika z nieznajomości fizjologii. Ponieważ glutaminian sodu jest jednym z neuroprzekaźników w układzie nerwowym, można spotkać twierdzenie, że jego spożywanie nadmiernie wzmaga przewodnictwo prowadząc do zbyt silnego pobudzenia. Tyle, że spożywany glutaminian nigdy nie trafia do mózgu i rdzenia kręgowego – zapobiega temu szereg mechanizmów, w tym bariera krew-mózg."
Dziś glutaminian sodu jest uznawany przez naukę za substancję nieszkodliwą oraz bezpieczną. W Unii europejskiej nosi oznaczenie e621. Jako dodatek do żywności poprawia ich walory dodając charakterystyczny dla siebie smak umami. Nadal jednak można spotkać w internecie mnóstwo stron poświęconych zdrowemu żywieniu, dietom, wychowaniu dzieci i ekologii, gdzie glutaminian sodu prezentowany jest jako niebezpieczna dla zdrowia i życia substancja.