oj problem jest złożony i tak naprawde sama nie wiem co za mną nie tak, ale obecnie jestem nie do zniesienia dla innych i samej siebie. powidzcie czy to jakies zaburzenia, czy da sie z tego wyjsc czy po prostu taki okropny charakter.
w znacznej mierze to jaka teraz jestem warunkuje chyba sytuacja w jakiej obecnie jestem, a mianowicie od 3 lat zajmuej sie wychowaniem dwojki małych dzieci. dzieci urodzilam w niewielkim odstepie czasu, zajmuje sie nimi głównie sama, bo maz ma firme i pracuje do poźna. nie mam nikogo do pomocy, bo 1-moja rodzina cala sie ode mnie odwrocila, z przyczyn mysle i od nich zaleznych i po czesci przeze mnie, a tesciowie, mimo, iz blisko mieszkają nie pala sie do pomocy. juz jak opisuje tą sytuacje to mozecie zoabzcyc, ze przemaia przez mnie jakies poczucie krzywdy i niesprawiedliwosci. to wlasnie jest dom inujace ostatnio u mnie uczucie. czuje sie w te sytuacji pozostawiona sama sobie, ale przeciez jestem dorosla i nie powinnam z tego robic problemu. a jednak...zameczam meza o jego pozne powroty, robie mu okropne sceny, telefonuje i wrzeszcze na niego, ze przez niego jestem uziemiona, ze starcilam dobra prace przez ciąze...rodzina moja, to dluga historia, ale ogolenie tez kazdemu cos powiedzialam, w moim odczucia po prostu nie godzilam sie na fałsz panujacey w relacjach w mojeje rodzinie, ale...gdybym była cicho to pewnie dotad bym miala z nimi kontakt.
kurcze, widze, ze tylko motam, a nadal nie umiem wyasnic tego wszytskiego.
jestem złośliwa, ale jednoczesnie czuje sie zerem. wlasnie szukam pracy ale kompletnie sie nie widze w tym wyscigu o etat. mimo studiów i doswiadczenia czuje, ze nic nie umiem. nawet rozmowa z kims obcym mnie stresuje. nie umiem na zaden tema porozmawiac, wymienic opinii...
ogólnie mówiac roszczeniowosc na maxa, poczucie krzywdy i brak poczucia wlasnej wartosci. meczy mnie to okropnie i coraz bardziej rozwalam sobie życie. doradźc ie cos.