https://www.youtube.com/watch?v=uTJqYeVcoPM
Chciałbym teraz opisać kilka moich prywatnych refleksji, na tematy egzystencjalne. Pobudziła mnie do tego sesja hipnotyczna, jaką "uprosił" młody 25-letni chłopak, na jednym z hipnoterapeutów, prosząc o wprowadzenie go w stan hipnozy (hipnoterapeuta początkowo odmawiał, gdyż z reguły nie bada się osób przed 30 rokiem życia, zważywszy na zbyt małe pokłady wewnętrznych doświadczeń oraz...blokadę, którą w większości przypadków nakładają na takie osoby ich Przewodnicy. "Pobudzenie" - zaczyna się z reguły po dwudziestym roku życia i stopniowo, bezwiednie się rozwija. Zbyt szybkie zerwanie tego plonu, nie jest więc wskazane dla samej zainteresowanej tym tematem osoby). Chłopak w swym liście, tłumaczył iż już od dawna odnosi wrażenie, że wie o różnych sprawach i posiada umiejętności wykraczające poza to, co można by przypisać możliwościom jego młodego ciała. Odbyli więc sesję i okazało się że ów chłopak należy w "Świecie Dusz", do jednej z wielu (choć dotąd przeze mnie jeszcze nie omawianej), specjalizacji "Etyków". Wrócę jeszcze do tego tematu i postaram się opisać inne duchowe specjalizacje, które maja do wyboru dusze (z reguły większość z Nas wybiera po prostu specjalizację - Przewodników (zwanych inaczej, z ziemska - "Aniołami Stróżami"), gdyż widząc jak pracują ich właśni Opiekunowie, jest on najbliższy ich pojmowaniu, ale takich gotowych specjalizacji dla duszy jest bardzo wiele).
Teraz zaś (czytając relację owego chłopaka), chciałbym krótko zastanowić się nad sobą samym. Zauważyłem w sobie dość dziwne "zjawiska", które częściowo same się wykluczają (działając niczym zderzenie przeciwieństw). Takich zjawisk/przeciwieństw w moim przypadku jest dość sporo. Można by chociaż wymienić moje od dziecka zainteresowanie sprawami politycznymi, militarnymi i społecznymi różnych krajów i kontynentów i traktowanie tego w kategorii pewnego imperatywu, do którego pragnę dążyć. Podziwiam i w pewien sposób naśladuję działania ludzi "silnych", czyli takich, których decyzje pozwoliły stworzyć wiele dobrego dla tych, którymi władali...ale oczywiście generowali też dużą ilość negatywnych energii (wojny, powstania, cierpienie tych, których mieli chronić itd.). Wiem że w "Świecie Dusz", istnieje specjalizacja Dusz Łagodzących, których zadania sprowadzają się do harmonizowania zakłóconej ziemskiej energii (czyli innymi słowy łagodzenia destrukcyjnych następstw naturalnych sił fizycznych, lub tych utworzonych przez człowieka - generujących olbrzymie ilości negatywnej energii. Mogą to czynić jedynie wśród tych przywódców, których umysł jest "otwarty", a nie tych "zamkniętych na jakiekolwiek argumenty" - głownie są to wszelkiego typu psychopatyczni dyktatorzy, zapatrzeni we własną nieomylność, typu Hitler lub Stalin). Dusze o tej specjalizacji są "Posłańcami Nadziei", gdyż pokłady negatywnej energii (np. strachu), tworzone w ludzkim umyśle w ciągu życia (a szczególnie w chwili bezpośredniego zagrożenia życia), rozpraszają energetycznie, "nawadniając" suche dotąd pole umysłu - energetyczną "wodą" przynoszącą Nadzieję.
Ich praca jest bardzo odpowiedzialna, gdyż tyczy się całego kanonu ludzkich doświadczeń i przeżyć (w tym również katastrof naturalnych). Energia którą wówczas uwalniają (np. podczas wybuchu Wezuwiusza który w 79 r. zniszczył Pompeje, Herkulanum i Metapontum), ma spowodować zasianie ziarenek Energii Twórczej, która spowoduje pojawienie się korzystnych zjawisk, nawet po największej katastrofie. "Posłańcy Nadziei", nie ingerują w ludzką Wolną Wolę, lecz jedynie podpowiadają korzystne wyjścia z danej sytuacji, są oczywiście umysły zamknięte (szaleńcy lub sfanatyzowani przywódcy religijni i świeccy), którzy pozostają głusi na te argumenty. Tak więc moje zainteresowanie sprawami wojska, polityki i dyplomacji, czyli innymi słowy siły, przebiegłości i sprytu, co sprowadza się do ciągłego działania i walki w obronie własnych przekonań, często koliduje z wewnętrznym moim pragnieniem spokoju i odpoczynku. Oraz, o czym rzadko wspominam...ogromnego żalu, jaki powoduje u mnie widok cierpiącej istoty (jakiejkolwiek istoty). Do tego stopnia, że gdy będąc dzieckiem i gdy wraz z kolegami nudziło nam się, często niektórzy z nich bardzo szybko znajdowali powód do zabicia nudy. Na przykład łapali jakiegoś psa, lub kota i przyczepiali mu do ogona jakieś klamerki z zawieszonymi puszkami, albo wiązali na sznurek, który powodował krwawe rany na zwierzęcych ciałach i prowadzili ich tak "na smyczy". Ja nie byłem wtedy w stanie w tym uczestniczyć, choć głupio mi było się do tego przyznać publicznie.
Jest jeszcze jedna sprawa, która stanowi część mnie samego odkąd pamiętam (od najwcześniejszych lat mego dzieciństwa) - to wrażliwość, której czasem próbowałem się pozbyć - lecz nie mogłem. Szukałem (dyskretnie), porady na różnych forach, nawet takich które zajmowały się sprawami duchowymi, gdzie prosiłem o radę jak się "tego pozbyć?", lub wyjaśnienie "dlaczego i po co to mam?". Odpowiedzi oczywiście były bardzo wymijające i nigdy mnie nie satysfakcjonowały. Choć dziś jestem już "starym koniem", który co nieco przeżył (wliczając w to doświadczenia z poprzednich wcieleń
- o których ździebko pamiętam), bo jak nazwać kogoś kto już dawno przekroczył 30-tkę? Nadal na widok ludzkiego cierpienia (i nie potrzeba mi nawet widoku, wystarczy myśl), oczy automatycznie mam pełne łez - zupełnie nie potrafię nad tym zapanować, przechodzi, gdy przestaję myśleć o ludzkim cierpieniu i krzywdzie. Zawsze się tego wstydziłem, gdyż obawiałem się że w szkole wezmą mnie za jakiegoś "lalusia", słabeusza itd. Zawsze gdy wyciszałem się, próbując ukryć swoje emocje (bo gdybym publicznie rozpłakał się w szkole, w otoczeniu innych chłopaków - zapewne miałbym nieźle przerąbane). Lecz i wówczas nie unikałem nieprzyjemnych komentarzy, które musiałem uciszać innymi metodami. Pamiętam jak kiedyś na lekcji w klasie, jeden z chłopaków co chwila szturchał mnie w ucho, lub popychał na przerwach. Nie wytrzymałem i podczas lekcji wyszliśmy na środek sali - wymierzyłem mu jeden jedyny cios, po którym upadł zakrwawiony na ziemię i...miałem spokój, a w następnej klasie nawet się zaprzyjaźniliśmy (choć wtedy dostaliśmy oboje jedynki ze sprawowania).
Odnoszę takie wrażenie (bo tego nie pamiętam), że już od najmłodszych lat mego życia na tym świecie, ja byłem pewien - wiedziałem skąd jestem i jaki jest cel tego życia (a teraz kurka wodna tego już nie wiem, zbyt wiele doświadczeń które przeżyłem zakryło tamtą pamięć dziecka, grubym kocem niepewności). Pamiętam opowieści moich rodziców o mnie z mych pierwszych miesięcy i lat na tym świecie. Porównując mnie i moją młodszą siostrę, mama zawsze mówiła że byliśmy inni charakterologicznie - ona była bardzo żywa, energiczna i "hałaśliwa" (wciąż płakała i to płakała naprawdę głośno - pamiętam bo niejednokrotnie jako dziecko też bujałem ją do snu, zastanawiając się...czy przypadkiem nie wyrzucić jej wówczas przez okno
). Sama się rozbierała (i nieważne czy leżała w łóżeczku czy w wózku). Ogólnie rzecz biorąc była bardzo wrzaskliwa
. Ja zaś byłem inny. Gdy mama zabrała mnie do swojej przyjaciółki, żebym pobawił się z jej synkiem, to jak mnie posadziła w jednym miejscu...tak siedziałem! Patrząc się na dwie rozmawiające panie, w ogóle niezainteresowany byłem zabawą. Gdy tata zabrał mnie do samochodu i posadził z tyłu, to jak zabierał po drodze jakiegoś znajomego z żoną i ona wsiadła z tyłu, to...odkryła moją obecność dopiero po kilku, kilkunastu minutach jazdy - mówiąc: "Nie wiedziałam że to twój syn, wyglądał jak taka sztuczna laleczka". <_<
Rodzice (a szczególnie mama), myśleli że jestem na coś chory, a ja...nie próbowałem ich od tego odwodzić. Jakoś nie potrafiłem zaakceptować świata, który jest wokół mnie i nie chciałem w nim żyć (choć co pragnę zaznaczyć - nigdy nie miałem żadnych myśli samobójczych). Dziś także bardzo trudno mi zaakceptować otaczający Nas świat, ale...już się do niego przyzwyczaiłem. Zauważyłem jednak że coraz mniej rzeczy sprawia mi radość - ani zarabiane pieniądze, ani kupowane za nie najróżniejsze bibeloty (w czym szczególną mistrzynią jest Moja Pani), ani wiele rzeczy, których się podejmuję, nie sprawiają mi radości. Miewam czasem takie myśli - myśli o powrocie "Tam" gdzieś dalej. Po tych wszystkich "ziemskich epizodach", które tu odgrywamy. Cholera czuję się już zmęczony, chociaż mam dopiero 33 lata. Jak to możliwe? Jedyne jeszcze co mnie cieszy, co sprawia mi radość to bliskość innych ludzi (choć z natury jestem samotnikiem). Właśnie dlatego (by być bliżej znajomych, przyjaciół, lub po prostu innych osób nieznanych mi osób), zacząłem angażować się w przeróżne przedsięwzięcia (np. ćwiczyłem boks, karate, podnoszenie ciężarów - rzeźbiłem sylwetkę itd.). Oraz inne działania społeczne i quasi-polityczne (nie należę jednak i nigdy nie należałem do żadnej partii politycznej - wiem też, że nawet gdybym się do którejś zapisał, nie wytrzymałbym bym zbyt długo w tym bajorze).
Na koniec chciałbym tylko dodać, że pragnę przejść przez tę chwilę życia jak najlepiej, nie czyniąc przy tym zbyt wielu cierpień innym (jak na razie średnio mi się to udaje). Owa "chwila życia", jak określił ją pewien mężczyzna poddany hipnozie - traktowana jest przez dusze jako krótkie, chwilowe wyjście np. po mleko do pobliskiego sklepiku - by (zdobywszy już to mleko - czyli nowe doświadczenia), wrócić do Domu (są żartobliwe dusze w "Świecie Dusz", które żegnając się przed kolejnymi narodzinami ze swymi "Tam" przyjaciółmi, mawiają: "To do zobaczenia...po śmierci", lub "I tak nas nie będziesz początkowo pamiętał").
Pragnę więc przeżyć swoje "chwilowe wyjście do sklepiku", tak, by inni ludzie nie musieli zbytnio cierpieć z mojego powodu - i wreszcie:
...WRÓCIĆ DO DOMU!
"Liczmy skrupulatnie nasze niedole, a bez zastanowienia przyjmujmy spotykające nas błogosławieństwa"
Jak mówi stare chińskie przysłowie.
POWRÓT DO DOMU
https://www.youtube.com/watch?v=daivchYD-D0
POZDRAWIAM!