Mam właśnie takie odczucie, jakbym zepsuła sobie życie. Mam 20 lat, jestem na Iroku studiów, gdzie mam chemie, a chemii na maturze nie zdawałam i cięzko mi się uczy do egzaminu, bo nie mam podstaw; to mnie dobija, ale to chyba najmniejszy z problemów...
Ostatnio czuje się coraz bardziej w konflikcie sama ze sobą. Byłam w prawie 3-letnim związku, chłopak ze mną zerwał raz, ale wrócił i go przyjęłam z powrotem. Było fajnie, jak się oboje staraliśmy. Ale nigdy nie byłam pewna czy go kocham, w ogóle nie byłam pewna czy kogokolwiek kocham... Odkąd byłam z nim powoli przestawałam czuć. Może to zbieg okoliczności, i zachorowałam na jakąś chorobę np. kandydozę? Nie wiem, ale moje odczucia były takie, że związek z nim mnie zepsuł. Zaczełam wiecej spać (z nim po lekcjach), utraciłam kontakt z naturą, kontakt z przyjaciółmi (miałam przyjaciółkę w internacie i dwóch przyjaciół w klasie), żeby z nim więcej spędzać czasu w internacie, a co do przyjaciela mojego to on był zazdrosny, więc też straciłam z nim kontakt. I od tego momentu chłopak był moim jedynym przyjacielem, dogadywaliśmy się super, jak łyse konie, czysty komfort. Ale on miał przyjaciół jakiś, mamę, tatę, dziadków i był rodzinny. Moja mama natomiast była w niemczech i dalej jest, ojca postrzegam jako nieudacznika z okropną żoną, który inwestuje bez przemyślenia i tylko na tym traci. Z bratem nigdy nie byłam blisko, siostra tez w niemczech. Pod koniec października ON znowu ze mną zerwał, bo nie mógł znieść 1. moich wyrzutów o jego nic-nie-robienie, 2.tego że on sam nic nie robi (był na zaocznych bo przegapił termin, ja na dziennych). Zerwał ze mną, bo "przemyślał", że tak bedzie lepiej. Okazało się, że jest gorzej. Ja ryczałam tydzień, nawyzywałam do przed matką, matka i tak go nie lubiła, i kazała mi zerwać kontakt. Jednak on był jedyną osobą w moim zyciu, która była mi bliska. Ja tak samo dla niego, więc wrócił a ja się zgodziłam. Nie jesteśmy oficjalnie ze sobą, bo nie chce żeby mama się dowiedziała. I mam przez to wyrzuty sumienia, wstyd mi być z nim, a jednocześnie on mi bardzo pomaga. Dalej nie jestem pewna swoich uczuć, boje się, że go tylko wykorzystuję, po to by kogoś mieć, by nie być sama... On rzucił studia i wrócił do siebie, możemy się widzieć tylko na weekendy, bo pracuje. Ja się wyprowadziłam z pokoju w którym mieszkaliśy, żeby nie być z kimś obcym, poza tym wspóllokatorki zostawiały syf i to mnie wkurzało. Wyprowadziłam się do jakiejś dziewczyny, ale jak już przeniosłam rzeczy ogarnełam, że to nie to... Śmierdzi tu, jest ciasno, ona jakaś taka nieprzyjemna ;/ to szukałam i znalazłam jedynkę. I dobija mnie to, że nie mam przyjaciół, nie mam ludzi z którymi mogłabym pogadać, a jednocześnie podpisuję umowę i wynajmuję jedynkę,w domu pełnym par jak się okazało. Z jednej strony myślę, że lepiej mi będzie samej w pokoju... z drugiej tęsknie za ludźmi, za internatem gdzie miałam fajne współlokatorki... Jest mi okropnie, bo nie mam przyjaciół, rodziny, wsparcia ze strony mamy... Jest tylko on, i to raz w tygodniu, nawet nie wiem czy będzie mógł u mnie nocować, czy współlokatorzy nie będą się czepiać. Boję się ogromnych rachunków za gaz itp, bo wolałabym mieć oszczędzone pieniądze - pracowałam w niemczech, żeby mieć na studia. Jest mi nie dobrze, boli mnie żołądek, mam spuchnięte oczy od ryczenia (nakłamałam tej dziewczynie, żeby nie mówić, ze po prostu nie chce tu mieszkac, to znalazłam wymówkę... odpowiednio do wymówki wymusiłam płacz, nie było ciężko, bo co chwila płakałam... i tak płakałam cały dzień, bo zaczełam myśleć nad moim zyciem, jak ja sobie siebie zepsułam na życzenie...) Nie mam znajomych, i nie mam ochoty mieć znajomych bo nie widze ludzi odpowiednich. Raz wyszłam, jak on ze mną zerwał i było fajnie. Ale jak wrócił, to głupio mi iśc na imprezę. Poza tym to jest powierzchowne i boję się, że ludzie mnie nie przyjmą. Wszyscy się już znają na roku, bawią się ze sobą, mają przyjaciół... a ja taki odludek, wiecznie zmęczony, smutny, introwertyczny... Pewnie odrzucam ich od siebie. W dodatku mam problemy z zasypianiem, ciągle mam szyję spiętą.. Tęsknie za czasami liceum, gdzie mama była w domu, miałam ten dom, do którego wracałam na weekendy, dojazd był dobry. A z mojego miasta uniwersyteckiego jest skomplikowany, i te koszta, i czas. No i nie mam gdzie jechać. Już mam dośc takiego życia, ale ten nie mam odwagi i wiary by wyjśc do ludzi i kogoś poznać. Chciałabym mieszkać z nim, ale nie wiem czy on jest odpowiedni, czy to nie jest wykorzystywanie, nie umiem określić swoich uczuć. Poza tym, najpierw musi się skończyć rok. Nie mam siły się uczyć, bo jestem w ogromnym stresie... Czekam na sobotę, żeby GO zobaczyć, przytulić się, wypłakać się i żeby się przeprowadzić na tę ciasną jedynkę. Nie lubię siebie za to jak potoczyło się moje zycie. Myślałam, że będe z nim szczęśliwa na studiach, razem, zaczniemy tworzyć rodzinę. A on [wulgaryzm] termin, zerwał ze mną... Zwaliło się to co mi dawało siłę. Nie wiem jak do tego wrócić. I mam opory do bycia w związku z nim z racji podejścia mojej mamy. Ona widzi w nim manipulanta i osobę bezwględną (interesuje sie astrologią), poniekąd tak jest, jednak mi bardzo pomaga, jest dla mnie wsparciem... Ale tak jak mówiłam, nie wiem co czuję wobec niego, bo nic nie czuję. Tylko smutek, ból, strach, lęk, udrękę, cieżkość na sercu, ciężkość w oddychaniu, ból oczu, spięcie w żołądku... Same złe energie. Niegdyś byłam osobą uduchowioną. Interesowałam sie energiami czakr, huną... Teraz nawet to mi nie pomaga. Boję się mojej przyszłości. Nie mam ubezpieczenia, mama zapomniała, będziemy coś w tej sprawie robić. Pójdę do lekarza, może mnie skieruje do psychologa. Może to kandydoza, i te "widzenie w czarnych barwach" mi przejdzie jak zacznę się leczyć na nią? Boję się, że mam choroby psychiczne: nerwicę, depresję, schizofrenię. Jak jestem z nim, jestem sobą, całkowicie swobodną sobą, nikt mnie takiej nie zna... Zachowuję się jak dziecko, mam głupawki, może to też schizofrenia? Wyszukuję co tylko się da, bo łatwiej jest zwalić na chorobę niż na siebie...
Chciałabym mieć jakąś przyjaciółkę, z którą mogłabym się spotykać i gadać. Ale poszłam na jedynkę, bo to żeby ON mógł nocować na weekend ;/ kaucja wpłacona, ale boję się rachunków i braku ludzi. Mogłam iść do akademika :( Odrzucam ludzi swoim złym nastrojem, zamknięciem w sobie... MAm za dużo problemów. Myslałam, że jestem silna psychicznie, ale jednak nie. Tylko ryczę, bo nie wiem jak zmienić siebie...
Przepraszam, ze tak długo, a nie zwięźle.
Nie przeklinaj. Proszę, zapoznaj się z regulaminem forum.
Moderatorka Anemonne