Drogie Netkobietki, chciałabym się podzielić z Wami moim stresującym problemem.
Kilka dni temu byłam świadkiem pewnego wydarzenia. Siedziałam sobie na zajęciach na uczelni. W dużej sali ok 100 osób, panowała cisza. Nagle usłyszałam okropny dźwięk, coś jakby długie, bardzo głośnie ziewnięcie (wiem, głupio brzmi). Był to męski głos i trwał kilka sekund. Zmroziło mnie dosłownie, każdy się rozglądał po sali. Myślałam, że jakiś głupek sobie żarty robi. Nagle patrze - kilka rzędów przede mną chłopak z otwartą buzią, wykrzywiony, przewraca się w ławce. Okazało się, że ma atak padaczki. To właśnie on wydał ten dźwięk. Co bardziej kumaci pomogli mu, wyciągnęli z ławki, położyli na ziemi, zadzwonili po pomoc.
Przez kilka minut trzęsły mi się ręce, serce strasznie waliło. Czekaliśmy na pogotowie. Przez ten czas nie mogłam się kompletnie skupić, pamiętam to jak przez mgłę. Wyszłam później z sali i trochę się ogarnęłam. Wieczorem poczytałam w necie o padaczce. Okazuje się, że podczas ataku zaciskają się różne organy w gardle i stąd ten nienaturalny, okropny dźwięk... do tej pory mam ciarki.
Od tamtej pory ciągle o tym myślę, przypomina mi się jak się wystraszyłam tego dźwięku, pamiętam te miny ludzi i ten cały stres. Podskakuje do góry na każdy głośniejszy dźwięk, czuje się nieswojo w ciemności, boję się zasnąć i siedzę do późna aż do słownie mi się oczy same zamykają....
Boję się tego, że jestem taką panikarą. Przecież nie znam nawet tego chłopaka. Czemu to tak przeżywam? Jak długo można to rozpamiętywać? Boję się, że kiedy coś stanie się osobie w moim otoczeniu to nie będę umiała pomóc
czy można pokonać taki strach i zacząć myśleć racjonalnie?