Witam. Mam 19 lat. W poprzednie wakacje przeżyłam najgorsze piekło jakie kiedykolwiek mogłam sobie wyobrazić..
Przybliżę sytuację.
Miałam chłopaka którego bardzo kochałam, a przyjaźniłam się z takim jednym, nazwijmy go "ten". Ten mój przyjaciel pewnego dnia został wyrzucony z domu.. nie miał gdzie się podziać, co ze sobą zrobić... Więc przyjęłam go, początkowo w zamiarach na pare dni, do siebie do pokoju. Spaliśmy osobno, wszystko było wporządku.. do pewnego dnia.
(Okropnie ciężko jest mi o tym pisać, lecz dobrze, że w takiej formie to tutaj przedstawiam, bo gdybym opowiadała o tym na żywo to przez łzy ciężko mnie zrozumieć.)
Zgwałcił mnie. Byłam przerażona tym, bałam się komukolwiek powiedzieć, bo mnie szantażował, tak mną manipulował, że bałam się nawet z domu wyjść. Następnego dnia zerwałam z moim ukochanym chłopakiem, bo nie potrafiłam mu patrzeć w oczy
Wstydziłam się, a przecież nic złego nie zrobiłam..
Wtedy się zaczęło. TEN zaczął traktować mnie jak własność.. Kazał mi zdobywać pieniądze (po podliczeniu wszystkiego, od lipca do października straciłam przez niego okolo. 3 000 zł.) na jego papierosy, zachcianki typu nowy telefon co dwa tygodnie, na piwo. TOTALNE PIERDOŁY..
Codziennie mnie gwałcił, bił potwornie, wyzywał. Poniżał mnie.
Obrażał się na mnie o nic, lub czasem nawet o rzeczy które on źle robił i kazał mi błagać na kolanach o przebaczenie.
Dwa razy wylądowałam przez niego w szpitalu. Przy jednym pobycie powodem był atak hiperwentylacji. Skąd się wzieła? Była 3 w nocy, a ten idiota rozebrał mnie wśród jakiś pól i gonił z nożem... A po tym wszystkim oskarżał mnie że to ja chciałam mu zrobić wtedy krzywde!
Nie mogłam sobie z tym poradzić.. wszyscy zaczęli się ode mnie odwracać, straciłam ukochanego, rodzina była wściekła, zapożyczyłam się u wielu osób, gdy zaczęła się szkoła to nie chodziłam...
Nic nie miało sensu więc próbowałam się kilkukrotnie zabić... niestety nie wyszło.
Szkoła się o tym dowiedziała i wysłali mnie do szpitala psychiatrycznego w którym byłam miesiąc..
Mija już 2 miesiące odkąd z niego wyszłam.. I jest ze mną coraz gorzej. Codzienne myśli samobójcze, boję się, że już zawsze będę sama, że nie dam rady. Ludzie ciągle ode mnie wymagają tak wiele, a ja nie mam nawet sił wstać rano z łóżka. Dla nich te wymagania to pikuś, a mnie sama myśl o nich przeraża. Czuję, że nic nie ma sensu, to wszystko co się we mnie dzieje tak bardzo boli, że czasami nie mogę po prostu usiedzieć w miejscu. Ciągle płacze gdy nikt nie patrzy, nawet w szkole.. Dobrze, że jestem wyśmienitą aktorką, bo po mnie nic nie widać..
Ja nienawidzę się żalić, dlatego nic nie mowie mojej pani pedagog, ani mamie ani nikomu. Mam wrażenie, że mi nie uwierzą, albo zbagatelizują. Myślę tak zapewne dlatego, że zawsze jak próbowałam coś powiedzieć, jak mi ciężko itp. to słyszałam "dasz sobie radę, wystarczy . . ." tak jakby to było najprostszą rzeczą na świecie. A dla mnie jest najtrudniejszą.
Nie potrafię już rozmawiać z ludźmi, tracę kontakt w ogóle ze światem. Chciałabym normalnie żyć, ale ten ból we mnie jest tak wielki, że nie widze już nic poza cierpieniem.. Nie ma już żadnych szans, tylko ból, rozpacz mnie czeka.
Proszę pomóżcie co mam ze sobą zrobić, bo powoli zaczynam realizować mój pran doskonałego samobójstwa...
Przepraszam, że tak rozlegle...