Mam 28 lat. W przeszłości miewałam okresy dołowania się, raczej nie bez powodu, ale zawsze jakoś się sama podnosiłam z tego, co mi upadało. Na co dzień większość ludzi uważało mnie za osobę, którą nie łatwo wyprowadzić z równowagi. Ale kiedy to się komuś udawało, to zdarzało mi się tracić kontrolę nad emocjami (emocjami, nie czynami, podkreślam).
Ostatnie pół roku to kiepski dla mnie emocjonalnie czas. Najpierw problemy w pracy, potem w związku. Nie mogłam załapać kontaktu z moim chłopakiem. On jest człowiekiem wybuchowym, emocjonalnym, upartym... ale nie zawsze potrafi to przyznać. Ja też nie jestem "łatwa w obsłudze".Pracował po 11 godzin dziennie, miał problemy ze zdrowiem, dużo narzekał na swoją pracę. Większość obowiązków domowych wzięłam na siebie, chociaż też mam pracę fizyczną, ale dawałam radę. W którymś momencie on postanowił postawić na rozwój... tzn. zapisał się na kurs angielskiego, zmienił pracę na mniej płatną, ale dającą mu więcej czasu, zaczął ode mnie wymagać zmian: lepszego ubierania się, nie używania kolokwialnych słów, większego porządku w domu, lepszego nastroju, jednocześnie pewnej rezygnacji z przyjemności, żeby gdzieś wyjść czy pojechać (bo wszystkie pieniądze trzeba odkładać na naukę). Poszłam w międzyczasie na studia, na których też nie idzie mi najlepiej, chciałam sprostać jego oczekiwaniom, ale w pewnym momencie usłyszałam, że nasz związek nie ma przyszłości, że on myśli o tym intensywnie od pół roku i doszedł do wniosku, że mimo, że mnie kocha i długo nie będzie potrafił przestać, to jest prawie zdecydowany odejść. Miesiąc przed tym też mieliśmy poważną kłótnię ale bez takiej deklaracji, pogodziliśmy się z jego inicjatywy. Dlatego też, kiedy niedługo przed świętami usłyszałam to od niego, załamałam się, od dłuższego czasu już żyłam nieco wegetatywnie, ale to było już za dużo. Zaczęło się od ataków płaczu, potem już było tylko gorzej, czułam, że coś runęło. Z dnia na dzień zaczęły mnie dopadać myśli, jakby wszystko co złe przez całe życie stało się wczoraj. Na wigilię nie poszłam do rodziny, całe święta przeleżałam w łóżku. Po 3 tygodniach takiego stanu doszłam do wniosku, że nie jestem w stanie poradzić sobie sama. On miał na święta jechać do siebie, ale wprost błagałam go, żeby tego nie robił, bo bałam się zostać sama w domu. Wiem, że brzmi to jak najgorszy szantaż emocjonalny, ale na prawdę przestałam sobie ufać. Postanowił mi pomóc, ale nie do końca wiem, o co tak na prawdę chodzi. Raz jest spokojny i próbuje ze mną rozmawiać,a raz wypomina, że wszystko zniszczyłam... Ze mną też jest tak, że jednego dnia potrafię się czymś zająć, a kolejny to seria ataków płaczu i złości, totalnego braku wiary w cokolwiek. Zapisałam się na wizytę do psychiatry, ale dopiero z miesiąc znalazłam najbliższy termin... boję się pomyśleć co do tej pory moze się stać. Ja na prawdę nie panuję nad płaczem i strachem, jakie się we mnie zbierają. Najgorzej jest rano, kiedy się budzę... potem jest spokojniej ale za to mm świadomość, że to co czułam wcześniej nie jest do końca normalne. Nachodzą mnie myśli o przyszłości i... wpadam w płacz, bo widzę białą kartę, czuję pustkę, jedną wielką pustkę, z którą nie potrafię sobie poradzić. O tym problemie wie tylko chłopak, conieco siostra i tata, ale nie znają szczegółów. Nie mam bliskich przyjaciół w zasięgu ręki, bo właściwie wszelkie bliskie kontakty straciłam, kiedy związałam się z nim. Znajomym nie potrafię się zwierzyć z tego co czuję. Staram się zająć codzienność czymkolwiek, ale nie czuję w tym wszystkim najmniejszego sensu. Zaczynam coś robić i poddaję się. Brak mi sił, czuję się jak wrak człowieka. Bolą mnie plecy, głowa, raz nie jestem w stanie nic przełknąć, innym razem objadam się wszystkim, co wpadnie mi w ręce. Nigdy nie czułam czegoś takiego... boję się o to, co będzie za godzinę, za dzień, za tydzień...
Wydaje mi się, że to chłopak wprawia Cię w taki stan.. Wymaga od Ciebie ciągle więcej i więcej. Jeżeli chce zmieniać coś w swoim życiu to niech zmienia ale niech nie zmusza i Ciebie do tego żebyś przewróciła swoje życie do góry nogami, bo on ma takie widzi-mi-sie. Karze Ci używać innych słów, inaczej się ubierać - a gdzie tu jest Twoje zdanie? Chce żebyś miała lepszy nastrój, a sam Ci go psuje.. Gdzie tu logika? Na razie wygląda to tak jakby on był panem, szantażuje Cię emocjonalnie, straszy odejściem. Co za facet - współczuję
Zrób coś dla siebie - coś co Tobie sprawi przyjemność. Nie patrz na to czy jemu się to spodoba czy nie - masz uszczęśliwić siebie, nie jego.
Ja jeszcze 2 miesiące temu chodziłam na basen, rower i inne rzeczy, które sprawiały mi przyjemność. Ale przez te wszystkie sprawy, pracę i niepowodzenia po prostu pękłam. Tu nie tylko o niego chodzi, to bardziej skomplikowany problem. Bo złamało mnie nie to, czego on ode mnie chce, ile to, w jaki sposób to robi, bo robi to dokładnie tak samo, jak zawsze robiła to moja mama. A z nią kiedyś miałam niełatwe relacje, bo podobnie miała charakter ponad stan emocjonalny. A u mojego chłopaka okazało się z czasem, że ma podobnie... słowa których używa nie są delikatne. Ale zawsze to tłumaczyłam tym, co wyniósł z domu, a miał nielekko. Kiedyś próbowałam namówić go na wizytę u psychologa albo coś takiego, ale to też się dobrze nie skończyło. Wcześniej starał się dla mnie, ale dzisiaj mam wrażenie, że ja już swoje dla niego zrobiłam i teraz potrzebuje albo kogoś, kto będzie bezwzględnie uległy, albo kogoś, kto nie będzie brał do siebie wszystkich słów i nerwów... Tylko - w tym wieku to może dziwnie zabrzmi - ja nigdy wcześniej nikogo nie miałam, nigdy też z nikim się nie rozstawałam. Zawsze bałam się bliskości, bo bałam się, że wszystko runie i tak, bo nie nadaję się do budowania relacji z ludźmi. Teraz po prostu wróciły do mnie stany sprzed lat, kiedy zawsze czułam się gorsza od innych, zawsze mimo starań byłam, jakby to ująć, tuż poza podium...
To nie pierwszy raz, kiedy jest mi ciężko, trochę przeszłam, ale pierwszy raz, kiedy nie potrafię sobie poradzić i nie czuję najmniejszej motywacji. I nie trwa to tydzień czy dwa, ale trochę dłużej i z każdym dniem czuję się coraz gorzej... czas jakby nie leczył ran i nie dawał dystansu...
Skoro Twój obecny stan ma swe przyczyny w dzieciństwie, w sposobie traktowania Ciebie przez mamę, może rozważ własną terapię u psychoterapeuty? Sam czas nie jest rzeczą wystarczającą do wprowadzenia zmian, powoduje tylko chwilowe uspokojenie, a gdy spotyka Cię sytuacja podobna, to wszystkie uczucia wracają zwielokrotnione. Daj sobie szansę.
Właśnie po po ostatnich nerwach i stresach stwierdziłam, że to chyba jedyne wyjście. Tylko tak jak pisałam - najwcześniejszą wizytę u specjalisty znalazłam dopiero pod koniec stycznia, i to bez przekonania, bo tam gdzie po opiniach szukałam, to dopiero po połowie lutego. Zarejestrowałam się i tu i tu, bo to co teraz czuję, jest nie do wytrzymania... wszystko mnie stresuje, denerwuje, powoduje płacz i po prostu każdy kolejny dzień to przeprawa
wszystko "muszę", nic nie przychodzi mi z chęcią, a o jakichkolwiek pozytywnych uczuciach już nie wspomnę...
Na leczenie i prywatne wizyty u lekarzy mnie nie stać po prostu (nie to że żałuję, po prostu nie mam na tyle:( )
Wracam tu, bo jest coraz gorzej
Nie potrafię zmusić się do niczego, wstanie rano kiedy mam wolny dzień to koszmar po prostu. Mój chłopak postanowił zostać na razie w domu, twierdząc, że chce mi pomóc. Ale stara się na swój sposób, kiedy jestem spokojna. Kiedy zacznę płakać, kiedy się zdenerwuję albo zwrócę mu na coś uwagę, zmienia postawę na "jestem tu dla ciebie, z sentymentu, z poświęcenia...". I zaczynają się wypominki, które kończą się przeważnie tym, że moje stany to gra, że przeze mnie nie może spokojnie pracować, zająć się nauką ani niczym spokojnym i... musi pić. Idzie do sklepu, kupuje parę piw, gra na komputerze i twierdzi, że żaden inny chłopak by tu nie siedział i nie znosił tego, co ja sobie wymyśliłam:( A wtedy jest jeszcze gorzej...
Nie mówię, że jestem idealna. Też wypominam rzeczy, które go bolą, tylko kiedy on wpada w złość, boli go wszystko. Ale nie dobijam go kiedy widzę, że coś za dużo powiedziałam... w sumie to zdarzało nam się kłócić, ale nigdy mu się nie stawiałam... zawsze to ja czułam się winna, wszystko przechodziło, a potem było rewelacyjnie... do następnych awantur. Ale kiedy w kolejnej nie wytrzymałam, powiedziałam mu parę rzeczy i się zamknął, w sumie po tygodniu z jego inicjatywy było dobrze przez prę dni, ale... któregoś dnia wychodziłam rano z domu, mówił jak mnie kocha i było fajnie, ale wieczorem wróciłam i... nic już właściwie nie było, poza przypominaniem mi, jak mogłam wrócić do paru rzeczy, jak mogę mu wszystko rozwalać jak mogę mieć dołki.
Nie wiem już, co będzie dobre. Z jednej strony wolałabym żeby się wyprowadził... on miałby spokój, ja może bym się jakoś pozbierała, chociaż w tej chwili nie mam motywacji. Ale z drugiej... spędziliśmy ze sobą ponad 3 na prawdę fajne lata, jeszcze parę tygodni temu byliśmy szczęśliwi (aczkolwiek widzę, że tylko ja). Nie wyobrażam sobie, co będzie dalej... wiem, że nigdy już nie będzie tak jak było, mam wrażenie że od początku popełniałam mnóstwo możliwych błędów w tym związku... Tyle, że ja mam świadomość tego, co robiłam źle, a on... niby mówi, że też popełnił parę błędów, ale ogólnie twierdzi, że chciał dobrze i potrzebował tylko spokoju żeby sobie spokojnie żyć... ech, wczoraj po jednym z moich ataków wykrzyczał mi, że nie mam prawa tak robić, bo nie odszedł do żadnej innej dziewczyny, tylko ustanowił sobie w życiu inne priorytety a ja stanęłam w miejscu i go nie wspieram... tyle , że nigdy nie spytał czy ja chcę tego, co on nam w życiu zaplanował. Wolałabym chyba, zeby była jakaś inna dziewczyna... przynajmniej byłby konkretny powód, a nie słuchanie za każdym razem czego innego ![]()
Uciekaj z tego związku jak najdalej.Jest destrukcyjny i tak naprawdę nie daje Ci nic dobrego!
Wiem,że to łatwo się mówi ale sama byłam w związku który stał w miejscu i po pięciu latach powiedziałam dość!
Musisz iść do przodu.
Ja trzymam kciuki żeby się udało :-)
Nie umiem podjąć żadnej decyzji... raz jest dobrze, jest spokojnie i wydaje mi się, że dam sobie radę, a za chwilę wszystko upada i wpadam w te stany których się boję... potem znów wszystko wraca do normy i mam pełną świadomość tego, co się ze mną działo i nie umiem sobie tego wytłumaczyć... zastanawiam się czasem, czy to już choroba psychiczna czy coś innego? Wiele bym dała, żeby emocje nie grały we mnie takiej roli... bo czasem nawet spanie nic nie daje... śni się dalej to, co nie daje mi spokoju i krąży po głowie całymi dniami ![]()
Myślę,że powinnaś pójść z tym do psychologa lub psychiatry.
Tylko się nie obrażaj, bo to nie wstyd. W dzisiejszych czasach do psychiatry nie chodzą tylko osoby chore psychicznie.
Często są to ludzie z depresją.
Poszukaj przychodni gdzie jest psychiatra, myślę że pomoże Ci uporządkować myśli i pomoże zrozumieć co dzieję się w Twojej głowie.