Sama nie wiem co tu robię, ale chyba nie mam już siły.
Pewien etap mojego życia był bardzo bolesny i przepełniony złymi chwilami. Wiem, że niczyje życie nie jest usłane różami, ale ja nie mogę się tego pozbyć. To, co się stało było bardzo dawno temu, ale to wciąż do mnie wraca. Wspomnienia cały czas są świeże i cały czas powtarzają się w mojej głowie. Nie umiem przez nie spać, płaczę całą noc i tylko modlę się żeby w końcu umrzeć i już więcej nie musieć tego znosić. Są miesiące kiedy jestem spokojna, zajmuję się szkołą, próbuję ułożyć sobie życie, a potem nagle myśli o wydarzeniach z przeszłości wracają i zamieniają mnie w żałosną parodię człowieka. Przez swoją przeszłość boję się kontaktów z ludźmi, chcę uciekać kiedy tylko ktoś próbuje się do mnie zbliżyć, boję się nawet odezwać albo pogadać z rodzicami, nie czuję, ze mogę komukolwiek zaufać, choć bardzo tego chcę, nie mam nawet siły żyć, i nie czuję, że kiedykolwiek będę 'normalna', a to nie jest nawet połowa tego z czym wegetuje, bo nie da sie tego nazwać życiem.
Znajomy ostatnio powiedział mi, żebym poczytała trochę o PTSD. Nigdy nie lubiłam samodiagnozowania, bo kiedy czyta się objawy, zawsze znajdzie się takie, które do nas pasują, ale to było bardzo blisko temu co się ze mną dzieje, oprócz faktu, że pierwsze z wydarzeń zaczęło się naprawdę bardzo dawno, bo w podstawówce. Czy myślicie, że to rzeczywiście PTSD? Może depresja albo jakieś inne zaburzenie? Albo może po prostu jestem idiotką rozgrzebującą przeszłość...
Sama już nie wiem co mam robić ani gdzie szukać pomocy.