A gdzie te autentyczne, praktykujące katoliczki?
Megi87, ja religii też bym nie zmieniła, jestem i zawsze byłam chrześcijanką, ale w ramach samej religii chrześcijańskiej są różne wyznania i to w którym ja zostałam wychowana było dla mnie nie do końca do zaakceptowania, dlatego zmieniłam wyznanie (nie religię). W wyznaniu Rzymsko - Katolickim dla mnie problem polegał na tym, że musiałam być posłuszna Magisterium Kościoła nawet jeśli się z nim kompletnie nie zgadzałam. W tym wyznaniu nie ma miejsca na głos własnego sumienia, bo Magisterium Kościoła bardzo skrupulatnie i dokładnie określa co wierny może a czego nie może robić we wszystkich możliwych aspektach życia. W Kościołach protestanckich wierny może się posiłkować jakimś stanowiskiem Kościoła np. w sprawie in vitro czy antykoncepcji, ale musi mieć na uwadze, że ci którzy to stanowisko wydawali też są omylni i to on sam podejmuje taką czy inna decyzję i za nią odpowiada. Jedynym nieomylnym źródłem jest Biblia, dlatego taki nacisk u Protestantów na Jej czytanie. Ta osobista odpowiedzialność, ale także nacisk na bezpośredni kontakt z Bogiem (bez pośredników) jest dla mnie szczególnie pociągający w protestantyzmie. Nie ceremonie, gesty, procesje, klepanie "zdrowasiek", strojenie obrazków czy kapliczek ale osobista modlitwa i Słowo Boże.
Oczywiście można "olać" nauczanie Kościoła, ale po co w takim razie taka fikcja?: "jestem Katolikiem, ale nie wierzę w nieomylność Papierza, nie ufam nauczaniu Kościoła bo wiem swoje". A potem jak taka osoba chce np. ślubu kościelnego i idzie do spowiedzi to powinna się wyspowiadać np. z antykoncepcji z mocnym postanowieniem poprawy (inaczej spowiedź jest nieważna) i co wtedy? Kłamać? To po co w ogóle się spowiadać?
Nikt nikogo nie zmusza żeby przynależał do jakiegokolwiek Kościoła, można po prostu być chrześcijaninem w sercu i ufać Jezusowi, że nie będąc w żadnej wspólnocie też nas przyjmie do siebie. Moim zdaniem jest to lepsze niż udawanie, że jest się Katolikiem, jednocześnie odrzucając większość zasad i nauczania tego Kościoła tylko po to, żeby mieć "fajne" ceremonie kościelne. Kościół to nie teatr, to wspólnota, która ma swoje zasady.
Ja nie potrafiłam udawać, w pewnym momencie przestałam się spowiadać, bo nie chciałam kłamać, więc nie mogłam przyjmować Komunii, a ponieważ miałam zakodowane, że Msza bez Komunii jest niepełna, więc czułam się takim niepełnowartościowym katolikiem. Czułam, że Kościół Katolicki sam mnie od siebie odsuwa, bo nie potrafię sprostać jego wymaganiom, ale czułam, że Bóg mnie nie odsuwa, chce żebym poszukiwała drogi do Niego. Tą Droga jest dla mnie Chrystus w Słowie Bożym, w Wieczerzy Pańskiej którą mam w Kościele (Luterańskim). Cieszę się, że mogę (a nie muszę) z innymi ludźmi modlić się, śpiewać i słuchać Bożego Słowa. Tu chodzenie do Kościoła jest przywilejem a nie przymusem. Nikt mi nie mówi, że to obowiązek (słyszałam to wielokrotnie na katolickich Mszach), ja sama chcę, ale jak nie mogę to się nic nie stanie. Ksiądz też ma inny stosunek do wiernych, nie jest "uprzywilejowany" tylko autentycznie służy wiernym i to się czuje. Od mojego odejścia z KK czuję, że wreszcie wszystko jest na swoim miejscu, a to co robię - robię z pełnym przekonaniem że jest zgodne z tym, w co wierzę.