netkobietyWszystkie działy
Prawdziwe historieWiara · Wybory

Od dziecka chciała być zakonnicą. Złożyła śluby, a życie poprowadziło ją inną drogą

Złożyła śluby i obiecała sobie, że wróci za klasztorny mur. Tydzień później weszła na pasy – i jej życie potoczyło się zupełnie inaczej.

7 min czytaniainspirowane historiami z forum

Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!


Forum Kobiet

Od dziecka chciała być zakonnicą. Złożyła śluby, a życie poprowadziło ją inną drogą

Historia inspirowana opowieściami z forum netkobiety.pl i fabularyzowana.

Adoracja dobiegała końca. Od dłuższej chwili Teresa nie mogła odpędzić jednej natrętnej myśli: wyjdź wcześniej, w domu czeka praca.

Nie wyszła. Uznała, że to pokusa, a pokusom się nie ustępuje. Uklękła jeszcze raz, przeżegnała się powoli i dopiero z ostatnimi wiernymi wyszła w chłodne popołudnie. Doszła do najbliższych pasów. Postawiła stopę na jezdni.

Potem był tylko pisk opon, uderzenie, które wyrwało jej ziemię spod nóg, i cisza.

Dziewczynka, która chciała do klasztoru

Odkąd pamiętała, na pytanie „kim zostaniesz?” odpowiadała jednym słowem: zakonnicą. Nie umiała wytłumaczyć dlaczego. Po prostu to wiedziała – tak jak się wie, że rano wzejdzie słońce.

Mama prowadziła ją za rękę do kościoła, ojciec wzruszał ramionami i obiecywał, że zacznie chodzić na emeryturze. W ósmej klasie siostra Bernarda zaczęła uczyć ją religii – i dla Teresy jej słowo stało się święte. Kółko różańcowe, rekolekcje w domu formacyjnym, śpiew młodych sióstr na korytarzu. Za każdym razem, gdy autobus odjeżdżał spod furty, serce pękało jej na pół.

Za młoda, mówiono. Zgromadzenie przyjmowało dopiero pełnoletnie dziewczęta.

W domu czekały pieluchy do prasowania, młodsze rodzeństwo, nauka do drugiej w nocy i pobudka przed szóstą. Całe wakacje szukała zakonu, który przyjmie dziewczynę w jej wieku. I znalazła. Siostry przyjęły ją pod warunkiem, że skończy szkołę.

Rodziców nie pytała o zgodę. Postawiła ich przed faktem dokonanym. Mama pomogła jej spakować ubrania i podręczniki, a potem odwiozła ją pod klasztorną bramę.

Jestem w domu – pomyślała Teresa, kiedy brama zamknęła się za nią z cichym szczękiem.

Nie wiedziała jeszcze, jak krótko potrwa to „w domu”.

Nastolatka z walizką przed bramą klasztoru

Brama, która zamknęła się z drugiej strony

Dwa i pół roku. Dzwonek na modlitwę, nowe liceum, kłótnie z innymi nowicjuszkami pod okiem zbyt łagodnej opiekunki. A potem telefon z domu: mama poważnie zachorowała.

Dla sióstr to był alarm. Bały się, że choroba może kiedyś dosięgnąć i Teresę. Lekarz tłumaczył jej, że to nie jest dziedziczne – zaniosła te słowa przełożonym jak dowód w sądzie. Pozostały nieugięte. Pozwolono jej tylko zdać maturę, a potem musiała odejść.

Czuła się skrzywdzona. Ale serce, uparte jak w dzieciństwie, wciąż powtarzało: twoje miejsce jest za murem.

Miesiąc u fotografa skończył się rozczarowaniem – płacił grosze i wykorzystywał jej naiwność. Potem przez dziesięć miesięcy była opiekunką osób starszych i niepełnosprawnych w domu prowadzonym przez zakonnice. Czuła się tam jak ryba w wodzie – ironia losu, skoro wcześniej uciekła od pracy przy chorych.

A potem spakowała torbę i pojechała prosto do klasztoru klauzurowego.

Tam zrobiło się cicho. Pobudka o piątej, modlitwa przed świtem, praca, cisza i tylko jedna godzina rozmów dziennie. Żadnego radia, telewizora, świata. A ona była szczęśliwa – pierwszy raz tak całkowicie.

Gdy zbliżały się jej pierwsze śluby, przyszła wiadomość: mama nie żyje.

Na pogrzebie patrzyła na trzy młodsze siostry w za dużych płaszczach i czuła, jak coś się w niej rozdziera. Powinnam tu być. Ale tam jest moje życie. Przełożone nie mogły zdecydować za nią. Poradziły, by złożyła śluby, a potem ewentualnie poprosiła o zwolnienie – wtedy, wracając, nie zaczynałaby formacji od nowa.

Złożyła je z drżącymi rękami. Miesiąc później wyszła za furtę z obietnicą, którą powtarzała sobie jak modlitwę: wrócę, gdy dziewczynki podrosną.

W domu żyła niemal jak w klasztorze. Codzienna msza, modlitwa, obowiązki, odrabianie lekcji z siostrami. I jedna prośba, szeptana co wieczór: Panie, uczyń mnie świętą. Daj mi nieść krzyż, jaki zechcesz.

Ta sielanka trwała tydzień. Do tamtej adoracji. Do tamtych pasów.

Młoda nowicjuszka modli się o świcie w kaplicy

Ręka na ramieniu

Obudziła się w szpitalu, unieruchomiona bólem i aparaturą, niezdolna nawet unieść głowy. Długo wierzyła, że to sen. Prawdę przyniósł obcy mężczyzna, który zatrzymał się w drzwiach sali i zbladł.

– To pani żyje? – wyszeptał. Był świadkiem wypadku. Widział, jak samochód pędzący z ogromną prędkością wyrzucił ją w powietrze. Wszyscy myśleli, że zginęła.

Kierowca, który mieszkał zaledwie dwa bloki dalej, odwiedził ją tylko raz, z bukietem w drżących dłoniach. Później usłyszała, że wyjechał za granicę.

Przed nią były miesiące w szpitalu i długie lata rehabilitacji. Odwiedzał ją kapelan, cichy ksiądz, o którym pielęgniarki szeptały różne rzeczy. Kładł dłoń tam, gdzie najbardziej bolało, i modlił się, a ona czuła ciepło. Kiedy po jednym z badań lekarz rozłożył ręce i powiedział, że nie rozumie, ale planowany zabieg nie będzie potrzebny – ksiądz tylko się uśmiechnął i wyszedł.

Był też ktoś jeszcze. Wiktor, pacjent z tego samego oddziału, dużo starszy od niej. Woził ją na wózku po korytarzu, potem do parku, przynosił drobiazgi, kiedy ojciec przestał przychodzić. Znał jej historię – na oddziale wszyscy wiedzieli o „zakonnicy, którą potrącił samochód”. Był przyjacielem. Tak sobie mówiła.

Kiedy nabrała sił, pojechali razem odwiedzić jej klasztorną rodzinę. Siostry przyjęły ich ciepło i przygotowały dwa osobne pokoje gościnne.

Tamtej nocy, pod dachem sióstr, Teresa długo nie mogła zasnąć. Pojęła, że przywiązanie do Wiktora zaczyna odbierać jej spokój i oddalać ją od życia, które kiedyś wybrała.

Rano, na modlitwie w kaplicy, nie potrafiła podnieść oczu na krzyż.

Mężczyzna pcha wózek z młodą kobietą po szpitalnym parku

Nie szukała miłości

Po powrocie do domu ich znajomość zamieniła się w romans. Wiktor był przy niej coraz częściej, a ona – pierwszy raz od wypadku – czuła się przy kimś bezpieczna. Rehabilitacja nie przywróciła jej pełnej sprawności. Ledwie zaczęła pracować, okazało się, że jest w ciąży.

Nocami śniło jej się, że zostawia dziecko i wraca za mur. Budziła się mokra od łez. Wszystko się zawaliło. Teraz muszę żyć dla dziecka. Wiktor odsuwał się z każdym tygodniem. Ze szpitala z córeczką odebrał ją ojciec. Później dotarło do niej, że dla Wiktora była tylko kolejną zdobyczą, którą się przechwalał.

Gdy mała skończyła pół roku, Teresa widziała go po raz ostatni.

Zasiłek, skromne alimenty, orzeczenie o niepełnosprawności – i lustro, w którym widziała kobietę „niepełnowartościową”. Samotna matka z niepełnosprawnością. Kto zechce kobietę z takim bagażem? Nie szukała miłości. Szukała ojca dla córki i dachu nad głową.

Odpisała na kilka anonsów matrymonialnych, uczciwie, bez upiększeń. Odpowiedział jeden mężczyzna – Stefan, mieszkający kilkaset kilometrów dalej, na wsi. Listy, potem spotkanie w tłumie pielgrzymów przed sanktuarium. Rozmowa się nie kleiła, ale córeczka śmiała się do niego, a on był dla niej troskliwy.

Pojechała z nim „na koniec świata”. Wymarzony dom okazał się budową w stanie surowym, a obok stała stara drewniana chałupa, w której mieszkał z matką i bratem. Stefan pisał, że ją kocha. Ona nie kochała – to było raczej zauroczenie i rachunek: nic lepszego mi się nie trafi.

Pół roku później stali przed ołtarzem. Rok później przywiozła ze szpitala syna do nowego domu.

Miała to, czego szukała. Dlaczego więc, patrząc nocą w sufit, czuła, że zamknęła się za nią kolejna brama?

Co radziły kobiety z forum

Gdy Teresa opisała swoje życie, odpowiedzi były skrajne. Jedne kobiety czytały z zapartym tchem i dziękowały jej za szczerość, inne nie kryły nieufności. Wiele z nich pytało wprost: czy małżeństwo bez miłości może dać szczęście?

To, że z mężem się zgadzasz, żeby nie było kłótni, i dużo dla niego robisz, to jeszcze nie znaczy, że go kochasz.

Była też kobieta, która sama znała życie za klauzurą i patrzyła na nią bez cienia potępienia.

Miłość została w zakonie. Po tym została pustka…

Najmocniej poruszył ją głos, który nie oceniał, tylko pytał – o cenę, jaką płaci za domowy spokój.

Czy wiesz, jakim kosztem zapewniasz dzieciom to minimum?

Teresa wiedziała. Przyznała, że mąż wie, że go nie kocha. Że każde jej „nie” kończyło się awanturą, więc nauczyła się milczeć – dla dzieci. Że przestała prosić Boga o świętość, bo przestraszyła się, że jej modlitwa ściąga cierpienie na najbliższych.

Co było dalej?

Minęło prawie osiemnaście lat. Teresa wciąż wstaje pierwsza, budzi dzieci, gotuje świeże obiady, pilnuje rachunków i wywiadówek. Wciąż nie ma przyjaciółek. I mówi spokojnie: nie żałuje, że nie jest w klasztorze. Ma wspaniałe dzieci i jest dumna z tego, jaką jest matką.

Pewnego jesiennego popołudnia, wracając z zakupów, przystanęła przed kościołem. Drzwi były uchylone, ze środka płynął zapach wosku. Nie weszła. Jeszcze nie. Postała chwilę na schodach z siatkami w dłoniach i posłuchała dzwonka.

Nie wiem, czy kiedyś odzyskam tamtą pewność – pomyślała. – Ale wiem, dla kogo dziś żyję.

Wiedziała już, dokąd zmierza. Kiedy dzieci staną na własnych nogach, może znajdzie cichy dom opieki z kaplicą – i choć namiastkę tego, o czym marzyła jako mała dziewczynka.

Do domu wracała wolniej niż zwykle. Pierwszy raz od lat nie bała się tej myśli.

Masz podobną historię? Opisz ją na forum.

Ona i on – zagłosuj

Czy można zbudować dobry dom bez miłości do partnera?

Jestem

Po oddaniu głosu zobaczysz, jak odpowiedziały kobiety, a jak mężczyźni.

Przeczytaj też

Wszystkie historie

Forum Kobiet


Mapa strony - Archiwum | O forum | Poradnik | Prawdziwe historie | Kontakt | Regulamin | Polityka Prywatności



© www.netkobiety.pl 2007-2026