Hej,pewnie malo kto to przeczyta, ale chociaz wyrzuce to z siebie.. chcialabym poznac Wasze opinie, oraz rady, poniewaz jestem lekko zagubiona w sytuacji ,w jakiej sie znalazlam. Mam 19 lat i powinnam cieszyc sie zyciem, jak kazda normalna nastolatka. Wlasnie, powinnam ,jednak nie potrafie. W 1 kl liceum bylam slaba- psychicznie i fizycznie. Fizyczne oslabienie sprawilo, ze przewlekle chorowanie zaczelo odciskac mocne pietno na mojej psychice, przestalam dostrzegac radosc w czymkolwiek, jesli cos powodowalo usmiech na mojej twarzy-byla to maska, lub chwilowa ulga, ktora znikala z szara codziennoscia. Chorowanie zaczelo mi utrudniac zycie juz wczesniej, ale z roku na rok bylo coraz ciezej (meczylam sie, bylam dlugo niezdiagnozowana) ,zamknelam sie w sobie, zaczelam buntowac, objadalam, (bylam otyla 67-68 kg)Jedzenie zaczelam traktowac jako lek na depresje, a wlasnie ono powinno byc lekiem, ale na moja chorobe. Nadeszla 2 kl liceum, juz w wakacje staralam sie pracowac nad psychika z calkiem niezlym skutkiem. Wczesniej nienawidzilam siebie, ludzie mnie nie rozumieli, a poczatek 2 kl rozpoczal cos nowego. Nabralam wiary, ze sie uda, ze wyjde na prosta. Przestalam sie objadac-ale nie calkiem. Klopoty zdrowotne przybieraly na sile, zrobiono mi bardziej inwazyjne badania pod narkoza. Cos wyszlo- wreszcie jakis trop. Ogarnela mnie radosc, ze mam szanse na wyleczenie, teraz juz przeciez wiadomo co leczyc (silne, przewlekle zapalenie zoladka, jelit, migreny z aura, kamica nerkowa, szereg alergii- jestem na diecie bg i bezmlecznej, ostatnio doszly klopoty z tarczyca i hormonami, jeszcze nie wiem co ,nie mam ochoty o tym myslec) ,wiec.. Rzeczywistosc pokazala nieco inaczej, mimo wszystko zaczelam sie doceniac, przestalam uderzac w siebie, nienawidzac za to, ze choruje, ze zapalenie zoladka i jelit (wymioty, biegunki, bole, czy polowiczne tracenie wzroku i paralize podczas migren) nie pozwalaly mi zyc calkiem normalnie. Kiedys uwazalam, ze nie zasluguje na nikogo szczegolnie na mojego chlopaka. Gdzies w sobie czulam, ze jego rodzice chcieliby dla niego kogos lepszego, zdrowszego- mialam sie za klopot i utrapienie. Zawsze bylam wrazliwa, czesto plakalam. Choroba zniszczyla mi niektore plany i marzenia..Przed 3 kl liceum obralam sobie za cel 2 rzeczy, pokazac ,ze nie potrzebuje pomocy nikogo i ukonczyc szkole z dobrymi ocenami ,co z moim zdrowiem bylo sporym utrudnieniem. 3 kl zaczelam przerazona, jak to bedzie z frekwencja (wczesniej lekarze, szpitale sprawily ,ze bylo slabo), ale pozostalam nieugieta. Pogodzilam sie z chorobami, przyjmowalam leki, jak kazal lekarz ,uznalam ,ze zaczne cieszyc sie zyciem mimo tego. Dzis powiem- udalo mi sie to.Ale jakim kosztem? Kosztem zdrowia. Tak usilnie pragnelam ,by bliskie mi osoby (moja rodzina, rodzina mojego chlopaka) byly ze mnie dumne, ze zapomnialam o sobie. Staralam sie zyc normalnie, choc nie raz wpadajac w zaostrzenie-musialam brac silniejsze leki, by byc w szkole, miec dobre oceny, frekwencje. Walczylam ze soba, przed kazdymi egzaminami semestralnymi (tryb wieczorowy liceum) panikowalam, uczylam sie bardzo duzo, by wypasc jak najlepiej. Stres pogarszal objawy-wiadomo wieksze biegunki ,bole, zawroty, oslabienia Przestalam sluchac organizmu, ktory nie dawal sobie juz rady, nikt o tym nie wiedzial, tzn wiedzieli ale hmm tak jakby zyli obok tej wiedzy. Niektorzy sie nie domyslali, poniewaz zaczelam cieszyc sie drobnymi rzeczami, bylam czesto usmiechnieta, mimo weryfikacji znajomych jakiej dokonala za mnie moja choroba ,ze rzadziej wychodze z domu itp. Nie chcialam pokazywac, ze chorowanie czyni mnie slaba, na tyle ile mozliwe ograniczylam mowienie o tym, jak sie czuje (zamieszkalam z rodzina chlopaka, kiedys z mama nie mialam dobrych relacji, moj tata zginal ,gdy bylam w 2 kl gimnazjum) ,nie wiedzialam momentami co mi jest- dochodzilo do sytuacji ,ze kolezanka z lekcji wyprowadzala mnie z klasy ,bo prawie mdlalam. na szczescie bylo to juz blisko konca roku. Ignorowalam to, bo musze zadowolic innych, musze pokazac sobie, ze jestem silna. Swiat nie chce przeciez ludzi slabych. Byl okres, ze choroby sie uciszyly- wtedy poczulam jak cudownie zyc. Przed sesjami koncowymi znow weszlam w zaostrzenie, niektorzy moga jedynie sobie wyobrazac jaka walke toczylam, by po prostu isc do szkoly. Musze przyznac, ze ten rok byl niesamowity, ludzie, ktorzy pojawili sie obok mnie takze. Tematy chorob nikomu nie sa mile, ale ten co nie zyl w ograniczeniach spowodowanych choroba moze sie jeedynie domyslac, nie pojmie wwalki oraz bolu jaki odczuwamy. Udalo sie. Oceny mam dobre, ze swiadectwa jestem bardzo zadowolona, co lepsze-taka presje kladlam by byc w szkole, ze uzyskalam tez nagrode za frekwencje 98% ,co przy moim stanie zdrowia jest cudem. Jestem dumna. Ale jakim kosztem..odkladalam badania, bo nauka, bo szkola wazniejsza, teraz musze robic cala ich serie. Pokazalam ,ze udalo mi sie osiagnac to ,co zamierzylam.Ale czy to kogos obchodzi? Nie. Nadszedl czas matur- zdrowie i moja babcia nie pozwolilo mi na nie isc. Mimo ,ze pani dyrektor namawiala mnie, i liczyla, ze sie uda, ze pan z polskiego bardzo zalowal, gdy sie nie pojawilam. I teraz cala sprawa- caly rok sie staralam, oceny dobre, frekwencja swietna..ale to, ze nie dalam rady isc na mature przekreslilo mnie w oczach rodzicow chlopaka
Tlumaczylam dlaczego nie dalam rady, mowilam ,ze ja nie rezygnuje przeciez, ze mam cel, chce isc na studia i na nie pojde, ale musze doprowadzic zdrowie do porzadku..nic nie pomaga. Po dluzszej rozmowie uslyszalam od jego mamy,ze ja zawiodlam- zabolalo mnie bardzo. Plakalam caly wieczor, nie spalam prawie cala noc, czuje sie jak smiec, mialam ochote sie wyprowadzic, bo juz nie czuje sie 'chciana' tutaj, chlopak staral sie mnie wspierac, ale ja jestem rozbita, znow w ciagu jednego wieczora przeszlam wszystkie stany emocjonalne z 1 kl, czulam do siebie nienawisc, to co budowalam caly rok ,runelo. Babcia mowila mi ,ze dla niej moje zdrowie jest wazniejsze niz papierek matury, ze to tylko rok, ogarne zdrowie powaznie, ktore zaniedbalam ,bo szkola, bo cos tam, ale zaczelam zalowac- moglam sie najesc najsilniejszych lekow i isc na ta mature tak jak szlam do szkoly. Tylko wtedy musialabym duzo dluzej je brac niz zwykle, a sa leki ktorych nie moge przekraczac. Z chlopakiem podjelismy decyzje- wyprowadzamy sie, jesli sie uda, nawet jutro (i tak mielismy to w planach ,ale przyspieszamy, poniewaz ja juz nie czuje sie tu dobrze, mieszkalam tutaj ponad pol roku i bylo wszystko ok, myslalam ,ze zaakceptowano mnie z choroba, to dobrzy ludzie, jednak maja wymagania, ktorych ja chyba nie spelniam ,chyba nie jestem wystarczajaco dobra dla ich syna.. mam rente rodzinna, moj chlopak pracuje- szukam jednoczesnie szkoly policealnej ,bo dalej sie musze uczyc, ale na ta chwile z moim zdrowiem zaocznie. nie rezygnuje przeciez, a czuje sie calkiem przekreslona..przestalam jesc, nie moge nic przelknac od wczoraj. Pic tez. nie moge nic w siebie wmusic i caly czas mam do siebie wyrzuty ,ze nie jestem zbyt dobra, bo nie dalam rady isc na ta mature..czemu ona ma wyznaczac to ,jaka osoba jestem? Powoli nie wytrzymuje psychicznie, mysle, czy nie lepiej byloby dac mojemu chlopakowi wolnosc, niech znajdzie kogos lepszego, kogos kto bedzie na niego zaslugiwal i kogo jego rodzina bedzie uwielbiac, poniewaz bedzie studiowac, bedzie zdrowa..Moze powinnam byc sama. Co mam robic? jak sie podniesc? i jak zyc z ta swiadomoscia ,ze zawiodlam? ![]()
Hej,pewnie malo kto to przeczyta, ale chociaz wyrzuce to z siebie.. chcialabym poznac Wasze opinie, oraz rady, poniewaz jestem lekko zagubiona w sytuacji ,w jakiej sie znalazlam. Mam 19 lat i powinnam cieszyc sie zyciem, jak kazda normalna nastolatka. Wlasnie, powinnam ,jednak nie potrafie. W 1 kl liceum bylam slaba- psychicznie i fizycznie. Fizyczne oslabienie sprawilo, ze przewlekle chorowanie zaczelo odciskac mocne pietno na mojej psychice, przestalam dostrzegac radosc w czymkolwiek, jesli cos powodowalo usmiech na mojej twarzy-byla to maska, lub chwilowa ulga, ktora znikala z szara codziennoscia. Chorowanie zaczelo mi utrudniac zycie juz wczesniej, ale z roku na rok bylo coraz ciezej (meczylam sie, bylam dlugo niezdiagnozowana) ,zamknelam sie w sobie, zaczelam buntowac, objadalam, (bylam otyla 67-68 kg)Jedzenie zaczelam traktowac jako lek na depresje, a wlasnie ono powinno byc lekiem, ale na moja chorobe. Nadeszla 2 kl liceum, juz w wakacje staralam sie pracowac nad psychika z calkiem niezlym skutkiem. Wczesniej nienawidzilam siebie, ludzie mnie nie rozumieli, a poczatek 2 kl rozpoczal cos nowego. Nabralam wiary, ze sie uda, ze wyjde na prosta. Przestalam sie objadac-ale nie calkiem. Klopoty zdrowotne przybieraly na sile, zrobiono mi bardziej inwazyjne badania pod narkoza. Cos wyszlo- wreszcie jakis trop. Ogarnela mnie radosc, ze mam szanse na wyleczenie, teraz juz przeciez wiadomo co leczyc (silne, przewlekle zapalenie zoladka, jelit, migreny z aura, kamica nerkowa, szereg alergii- jestem na diecie bg i bezmlecznej, ostatnio doszly klopoty z tarczyca i hormonami, jeszcze nie wiem co ,nie mam ochoty o tym myslec) ,wiec.. Rzeczywistosc pokazala nieco inaczej, mimo wszystko zaczelam sie doceniac, przestalam uderzac w siebie, nienawidzac za to, ze choruje, ze zapalenie zoladka i jelit (wymioty, biegunki, bole, czy polowiczne tracenie wzroku i paralize podczas migren) nie pozwalaly mi zyc calkiem normalnie. Kiedys uwazalam, ze nie zasluguje na nikogo szczegolnie na mojego chlopaka. Gdzies w sobie czulam, ze jego rodzice chcieliby dla niego kogos lepszego, zdrowszego- mialam sie za klopot i utrapienie. Zawsze bylam wrazliwa, czesto plakalam. Choroba zniszczyla mi niektore plany i marzenia..Przed 3 kl liceum obralam sobie za cel 2 rzeczy, pokazac ,ze nie potrzebuje pomocy nikogo i ukonczyc szkole z dobrymi ocenami ,co z moim zdrowiem bylo sporym utrudnieniem. 3 kl zaczelam przerazona, jak to bedzie z frekwencja (wczesniej lekarze, szpitale sprawily ,ze bylo slabo), ale pozostalam nieugieta. Pogodzilam sie z chorobami, przyjmowalam leki, jak kazal lekarz ,uznalam ,ze zaczne cieszyc sie zyciem mimo tego. Dzis powiem- udalo mi sie to.Ale jakim kosztem? Kosztem zdrowia. Tak usilnie pragnelam ,by bliskie mi osoby (moja rodzina, rodzina mojego chlopaka) byly ze mnie dumne, ze zapomnialam o sobie. Staralam sie zyc normalnie, choc nie raz wpadajac w zaostrzenie-musialam brac silniejsze leki, by byc w szkole, miec dobre oceny, frekwencje. Walczylam ze soba, przed kazdymi egzaminami semestralnymi (tryb wieczorowy liceum) panikowalam, uczylam sie bardzo duzo, by wypasc jak najlepiej. Stres pogarszal objawy-wiadomo wieksze biegunki ,bole, zawroty, oslabienia Przestalam sluchac organizmu, ktory nie dawal sobie juz rady, nikt o tym nie wiedzial, tzn wiedzieli ale hmm tak jakby zyli obok tej wiedzy. Niektorzy sie nie domyslali, poniewaz zaczelam cieszyc sie drobnymi rzeczami, bylam czesto usmiechnieta, mimo weryfikacji znajomych jakiej dokonala za mnie moja choroba ,ze rzadziej wychodze z domu itp. Nie chcialam pokazywac, ze chorowanie czyni mnie slaba, na tyle ile mozliwe ograniczylam mowienie o tym, jak sie czuje (zamieszkalam z rodzina chlopaka, kiedys z mama nie mialam dobrych relacji, moj tata zginal ,gdy bylam w 2 kl gimnazjum) ,nie wiedzialam momentami co mi jest- dochodzilo do sytuacji ,ze kolezanka z lekcji wyprowadzala mnie z klasy ,bo prawie mdlalam. na szczescie bylo to juz blisko konca roku. Ignorowalam to, bo musze zadowolic innych, musze pokazac sobie, ze jestem silna. Swiat nie chce przeciez ludzi slabych. Byl okres, ze choroby sie uciszyly- wtedy poczulam jak cudownie zyc. Przed sesjami koncowymi znow weszlam w zaostrzenie, niektorzy moga jedynie sobie wyobrazac jaka walke toczylam, by po prostu isc do szkoly. Musze przyznac, ze ten rok byl niesamowity, ludzie, ktorzy pojawili sie obok mnie takze. Tematy chorob nikomu nie sa mile, ale ten co nie zyl w ograniczeniach spowodowanych choroba moze sie jeedynie domyslac, nie pojmie wwalki oraz bolu jaki odczuwamy. Udalo sie. Oceny mam dobre, ze swiadectwa jestem bardzo zadowolona, co lepsze-taka presje kladlam by byc w szkole, ze uzyskalam tez nagrode za frekwencje 98% ,co przy moim stanie zdrowia jest cudem. Jestem dumna. Ale jakim kosztem..odkladalam badania, bo nauka, bo szkola wazniejsza, teraz musze robic cala ich serie. Pokazalam ,ze udalo mi sie osiagnac to ,co zamierzylam.Ale czy to kogos obchodzi? Nie. Nadszedl czas matur- zdrowie i moja babcia nie pozwolilo mi na nie isc. Mimo ,ze pani dyrektor namawiala mnie, i liczyla, ze sie uda, ze pan z polskiego bardzo zalowal, gdy sie nie pojawilam. I teraz cala sprawa- caly rok sie staralam, oceny dobre, frekwencja swietna..ale to, ze nie dalam rady isc na mature przekreslilo mnie w oczach rodzicow chlopaka
Tlumaczylam dlaczego nie dalam rady, mowilam ,ze ja nie rezygnuje przeciez, ze mam cel, chce isc na studia i na nie pojde, ale musze doprowadzic zdrowie do porzadku..nic nie pomaga. Po dluzszej rozmowie uslyszalam od jego mamy,ze ja zawiodlam- zabolalo mnie bardzo. Plakalam caly wieczor, nie spalam prawie cala noc, czuje sie jak smiec, mialam ochote sie wyprowadzic, bo juz nie czuje sie 'chciana' tutaj, chlopak staral sie mnie wspierac, ale ja jestem rozbita, znow w ciagu jednego wieczora przeszlam wszystkie stany emocjonalne z 1 kl, czulam do siebie nienawisc, to co budowalam caly rok ,runelo. Babcia mowila mi ,ze dla niej moje zdrowie jest wazniejsze niz papierek matury, ze to tylko rok, ogarne zdrowie powaznie, ktore zaniedbalam ,bo szkola, bo cos tam, ale zaczelam zalowac- moglam sie najesc najsilniejszych lekow i isc na ta mature tak jak szlam do szkoly. Tylko wtedy musialabym duzo dluzej je brac niz zwykle, a sa leki ktorych nie moge przekraczac. Z chlopakiem podjelismy decyzje- wyprowadzamy sie, jesli sie uda, nawet jutro (i tak mielismy to w planach ,ale przyspieszamy, poniewaz ja juz nie czuje sie tu dobrze, mieszkalam tutaj ponad pol roku i bylo wszystko ok, myslalam ,ze zaakceptowano mnie z choroba, to dobrzy ludzie, jednak maja wymagania, ktorych ja chyba nie spelniam ,chyba nie jestem wystarczajaco dobra dla ich syna.. mam rente rodzinna, moj chlopak pracuje- szukam jednoczesnie szkoly policealnej ,bo dalej sie musze uczyc, ale na ta chwile z moim zdrowiem zaocznie. nie rezygnuje przeciez, a czuje sie calkiem przekreslona..przestalam jesc, nie moge nic przelknac od wczoraj. Pic tez. nie moge nic w siebie wmusic i caly czas mam do siebie wyrzuty ,ze nie jestem zbyt dobra, bo nie dalam rady isc na ta mature..czemu ona ma wyznaczac to ,jaka osoba jestem? Powoli nie wytrzymuje psychicznie, mysle, czy nie lepiej byloby dac mojemu chlopakowi wolnosc, niech znajdzie kogos lepszego, kogos kto bedzie na niego zaslugiwal i kogo jego rodzina bedzie uwielbiac, poniewaz bedzie studiowac, bedzie zdrowa..Moze powinnam byc sama. Co mam robic? jak sie podniesc? i jak zyc z ta swiadomoscia ,ze zawiodlam?
Moim zdaniem nie zawiodlas. Ale powiem brutalnie, musisz byc slaba i niestety...glupia skoro dajesz sobie wmowic cos od obcej ci osoby, pewnie egocentrycznie zapatrzonej w siebie, i od jednej sytuacji uzalezniasz ocene swoich WSPANIALYCH WIELOLETNICH WYSILKOW!!!!! Dziewczyno brawo! A mowi Ci to jeden z "autorytetow" (mozna roznie na to patrzec) tego forum wiec ... po prostu Twoje myslenie jest bledne, zupelnie nieprawidlowe. Nie mozesz sie uzalezniac tak od zdania innych, bo wiele takich sytuacji bedzie w zyciu. Co do matury to proste. Powinnas zdawac do skutku bo to furtka do studiow i lepszego, dajacego lepsze mozliwosci, wyksztalcenia. Co jeszcze mozna powiedziec? Badz dalej konsekwnetna i w leczeniu i osiaganiu celow. Szczerze to bardzo Cie PODZIWIAM. Malo jest takich ludzi, ktorzy skromnie (bo ukrywalas) nie obnosza sie swoja choroba i daza do celu. Coz tesciowa okazala sie dnem, i co do tego nie mam zadnych watpliwosci. Z taka osoba nie da sie utrzymywac zadnych stosunkow ani teraz ani w przyszlosci. Moja rada, dalej zyj jak zylas a przy swoim podejsciu, ale zmieniajac otoczenie (szkola, studia, organizacje - bo wiele mozna robic w zyciu) poznasz ludzi, ktorzy Cie docenia. Niestety ale potrzeba uczuc, wsparcia, docenienia jest dla nas wazna, wiec nalezy szukac takich ludzi, ktorzy nas ocenia pozytywnie zwlaszcza, kiedy sami wiemy ze robimy jak najlepiej. Natomiast unikac toksycznych ludzi, ktorzy umia tylko krytykowac a mentlanie niewiele soba reprezentuja bo nie maja wspolczucia, zrozumienia, altruizmu w stosunku do innych ludzi. Dziewczyno, naprawde brawo!!
![]()
Bez urazy - co za wredne, pozbawione empatii babsko z tej mamy Twojego chłopaka!
Wiesz, ja kiedyś zrobiłam inaczej niż Ty - ignorowałam swoje problemy ze zdrowiem, bo przecież jestem silna, dam radę, miałam pracę w tygodniu, studia w weekendy, zajęcia, egzaminy. Po drodze się przeziębiłam, zignorowałam to, dostałam zapalenia płuc, co też zignorowałam, bo przecież jestem silna, dam radę wszystko pozdawać. Efekt - i tak nie pozdawałam wszystkiego, za to zrobiły mi sie takie powikłania, że o mało co się nie przekręciłam. I nie czułam się z siebie dumna, tylko się czułam wyjątkowo durnie, bo jaki sens, dla głupiego egzaminu, który mogłabym zdać za rok, ryzykowac zdrowie? Żaden.
Jak sobie zdrowie zrujnujesz to żadna matura nie będzie miała znaczenia, a jak je podreperujesz, to matura nie ucieknie przecież, studia też.
Ja, gdybym była Twoją ciocią, kuzynką czy przyjaciółką, byłabym z Ciebie bardzo dumna i każdemu, kto by gadał takie głupoty jak mama Twojego chłopaka, dałabym w nos. O.
4 2015-05-11 08:00:41 Ostatnio edytowany przez nokiaaa (2015-05-11 08:01:16)
czytam i mam wrazenie ze ty nie masz sily oddychac i albo masz depresje albo.. no nie wiem co.
najpierw to ty sie witaminek napij i dobrze wyspij, a potem pomysl co zrobic.
to czy ktos ma mature to nie ma nic do gadania.gowno to jest wazne.
zobacz ile zdrowia maja energiczne fryzjerki po zawodowce? i chociaz królów Polski nie odróżnia to szczęsliwa każda i ładnie wygląda:)
miałam taka koleżankę, tez ją oceniłam, a ona po prostu sie poddała. gdy matemtyczka ją przepuściła, to nie puściła ja z geografii.nie potrafila przetłumaczyc 10słów na niemiecki.
nie wiem skąd ten marazm i brak wiary w siebie, brak odporności. ja bym zajęła sie własnym zdrowiem i wiarą w siebie. poszukaj pracy na miarę własnych mozliwosci, a reszta przyjdzie z czasem.
te choroby są stwierdzone? strasznie ich dużo jak na jedną osobę. byłąś kiedykolwiek u psychiatry?
Dziekuje za wszystkie posty tutaj!
Podniosly mnie one na duchu, kiedy bylo trzeba i mimo, ze nie odpisalam od razu, sprawily, ze poczulam sie odrobine lepiej. Uznalam ,ze dam znac co aktualnie u mnie sie dzieje. Sytuacja sie zmienila z tego wzgledu, ze mieszkamy juz z chlopakiem na swoim- to powoduje, ze tez latwiej mi podchodzic z dystansem do kilku rzeczy, choc nie zawsze. Mama chlopaka przyznala w dniu wyprowadzki, ze matura nie jest najwazniejsza, ze najwazniejsze jest to, bysmy sie kochali i szanowali. Ciezko mi jednak ja rozszyfrowac i i tak momentami mam wrazenie, jakbym zawiodla z ta matura i juz przez to nie byla dobra kandydatka na przyszla zone jej syna...do paru osob juz mowilam, ze nawet jesli mi sie zdrowie nie poprawi za rok i tak pojde na mature, bo juz wiecej nie popelnie takiego bledu ,zeby nie isc.
maniek_z_maniek - Jestem slaba, to prawda- za bardzo sie przejmuje zdaniem innych osob o mnie, mimo ,ze gdzies tam wiem w podswiadomosci ,ze nie powinnam.Moze jestem rzeczywiscie glupia pod tym wzgledem, ze zdanie na swoj temat uzalezniam od jednej osoby. Wokol mnie jest wiele innych ,bliskich mi osob, ktore tak jak Ty twierdza, ze mnie podziwiaja,argumentujac to tym, ze same by sobie nie radzily z notorycznymi biegunkami i laczeniem szkoly jednoczesnie. Mam nadzieje, ze uda mi sie poprawic zdrowie, powtorze badania, poszukam jeszcze innych sposobow leczenia, moze w koncu cos znajde. Sytuacja z mama chlopaka obecnie czasami jest napieta- sa chwile, ze mam wrazenie, ze mnie lubi, a sa takie, gdzie czuje sie jakbym zupelnie nic nie znaczyla, byla bez wartosci...Czasami ,gdy maja do nas przyjsc na wizyte wpadam juz w paranoje, sprzatam dokladnie po kilka razy caly dom ,panicznie boje sie ,ze cos nie bedzie jej pasowac i uzna ,ze nie jestem odpowiednia dla jej syna, bo nie potrafie sie tym ,czy tamtym zajac. Fakt, nie jest mi teraz tez latwo. Bo nagle spadly na mnie wszystkie obowiazki domowe, wczesniej nie sadzilam ,ze nawet tyle pracy we wlasnym domu jest, ale mimo wszystko sobie chyba radze, najciezej jest w trakcie zaostrzen, chociaz nawet wtedy staram sie cokolwiek z siebie wykrzesac ,zeby obiad ugotowac ,ogarnac troche. Z rodzina chlopaka widzimy sie czesto. Czasami oni nas odwiedza, w niedziele na obiady rodzinne do nich jezdzimy. W przyszla sobote bedziemy u nich i niedziele rowniez. W czwartek tez mielismy byc, ale akurat umowilismy sie ,ze moja rodzina nas odwiedzi, wiec automatycznie sie obawiam ,ze jego mama bedzie zla (raz nas nie bylo na obiedzie i chyba uznala, ze to moja wina...), moja babcia twierdzi, ze teraz wszystko co zrobi moj chlopak zlego zalozmy- bedzie to moja wina, przynajmniej w oczach jego mamy. Zauwazam, ze chyba ma w tym troche racji, wiem ,ze nie moge miec takiej paranoi i zycia podporzadkowywac 'co powie jego mama, co by jego mama pomyslala, jego mama mnie nie lubi ,dlaczego' i starac sie ,by mnie lubila, bo wiem ,ze na sile nic nie przyjdzie, ale i tak chcialabym byc perfekcyjna. Wlasnie mimo tej choroby. A przez chorobe czuje sie gorsza.
Vian- Dziekuje Ci bardzo za ten post! :* Mama chlopaka nie jest wredna, jest raczej wymagajaca. A ja obawiam sie, ze tym wymaganiom nie sprostam. Np ostatnio uslyszalam cos z prawem jazdy, zeby zrobic. Gdzie ja w tym momencie przy lekach nie moglabym i tak prowadzic samochodu, bo niektore leki powoduja sennosc, lekkie zawroty glowy i otepienie. Ale przez to sie czuje wlasnie gorsza, ze chcialabym zrobic prawko, wychodzic z domu ,kiedy chce i pracowac- a nawet tego w tej chwili nie moge. Masz racje- bez zdrowia nie ma nic..tez wlasnie czesto ta sile chcialam pokazac, a to tak naprawde slabosc..pokazac innym jaka jestem silna- bo silne osoby nie musza tego udowadniac ,bo wiedza, ze sa silne, na co je stac. Tez teraz mam moment ,ze chce pokazac, ze dam rade ze wszystkim. Dom, nauka ..ale to przytlacza. Moze lepiej czasami dac sobie na wstrzymanie. Oby bylo jak mowisz! ![]()
nokiaaa- Czasami sie czuje wlasnie tak jakbym nie miala sil oddychac. Depresje czy mam tego nie wiem- czesto na pewno mam chandre. Ostatnio w trakcie zaostrzenia choroby (biegunki ,ciagle bole brzucha dzien w dzien) wieczory przelezalam w lozku sluchajac muzyki i patrzac sie w sciany, chcialo mi sie wyc, ale nawet nie rozplakalam sie. Bywam radosna, ale nie mozna powiedziec ,ze jestem 100% szczesliwa. Rzeczywiscie ,fryzjerki po zawodowce wygladaja pieknie- przynajmniej te co znam. Chyba rzeczywiscie bede musiala zajac sie zdrowiem ,bo ciagle robiac ten sam blad- pokazujac innym ta rzekoma sile sie wykoncze w koncu. Tylko ciezko przecierpiec opinie innych...no nie ukrywajmy boli mnie to. Musze nad tym popracowac.
pannapanna- Tak ,wszystkie choroby ,ktore wypisalam mam stwierdzone. W szkole dlugo nauczyciele na slowa mi nie wierzyli, ze tak jest i ,ze choruje, sadzili ,ze to wymowka, i wiekszosc osob tak sadzi co tez mnie boli. Bo badz co badz ludzie widza mnie ladnie wymalowana, ubrana, usmiechnieta, gdy sile sie by wygladac zdrowo i nie dawac po sobie poznac ,ze jest zle. Gdy w 2 klasie bylam zagrozona wyrzuceniem ze szkoly przez frekwencje, szla moja mama razem ze mna i calym plikiem teczek ,gdzie byly wyniki moich badan i rozne wypisy ze szpitala, klinik. Dyrektorka pod koniec szkoly tez mi mowila, ze patrzac po mnie ciezko powiedziec, ze jestem tak schorowana. Dopiero te wyniki badan i wypisy pokazuja ,ze serio tak jest. Nie bylam u psychiatry nigdy i nie mam zamiaru faszerowac sie wieksza iloscia lekow niz to konieczne tym bardziej, ze widzialam co sie z moja znajoma dzialo po lekach od psychiatry. Zawsze ze swoimi problemami staralam sie walczyc sama- bo uwazam, ze jesli sobie sami nie pomozemy ,to nikt nam nie pomoze.