A wiec jestem w szpitalu od 21 grudnia , termin mialam na 29 grudnia.Przyjechalam z podejrzeniem odplyniecia wod (wstalam rano i cala bielizna i spodnie mokre a to napewno nie byl mocz) ale na izbie przyjec uznali ze nie mozliwe ze mi wody odeszly bo w badaniu i usg wszystko ok, nie widac odplywania wod ale zostawiaja mnie na obserwacji, mialam wtedy 1 cm rozwarcia. nastepnego dnia kolejne badanie i rozwarcie juz na 2.5 cm i uznali ze mnie zostawia jeszcze bo rozwarcie sie powiekszylo ale wody na pewno nie odchodza.. to ja sb mysle ze sie nastepnego dnia wypisze jak nic nie bedzie bo to bylby wtedy dzien przed wigilia a kobiety chodza nawet tygodnie z takim rozwarciem . A wiec dzien przed wigilia mowie czy mnie w koncu wypisza jak nic sie nie dzieje a wody nie odchodza.. to nagle lekarz ze raczej mi wody sie sacza bo przy przyjeciu do szpitala na usg bylo malo wod przeciez.. ja w takim szoku ale mowie zostane bo nie bede ryzykowac zdrowiem dziecka . nastenego dnia (codziennie inny lekarz) pytam lekarki czy faktycznie w badaniu wyszlo ze wody sie sacza bo dzisiaj wigilia i jak nic nie jest to chce isc do domu .. to ona ,,tak tak pisze ze jest saczenie i malo wod w usg.. nie wolno do domu bo dziecko sie udusi , trzeba obserwowac'' to wiadomo ze zostalam.. zostalam do dnia dzisiejszego. ominely mnie cale swieta ślub moich rodzicow, sylwester, nie zobaczylam mojego kochanego siostrzenca ktorego nie widzialam od miesiecy bo mieszkaja na co dzien w holandii i po co? dzisiaj sie okazalo ze w mojej karcie nie ma zadnej wzmianki ze mi odchodza wody, ze na usg wszystkie wyniki ok.. ze nigdy mi wody nie odeszly... to chwileczke, lekarz mnie oklamal w takim wypadku ! ona przejrzala cala karte i nic kompletnie nie ma o zadnym odpynieciu wod ze ja tu po prostu prawie dwa tyg czekam tylko na porod.. malo tego pytam sie kiedy by mi wywolywali jak skurcze sie nie pojawia a oni ze 2 tyg po terminie.. to sobie mysle.. to ja tak o sb mam czekac na porod 3 tyg w szpitalu gdzie czas ktory juz minął moglam spedzic z chlopakiem i rodzina. Normalnie pol ranka przeplakalam, ale oni maja to chyba w dupie ze przez ich durne gadanie tyle mnie ominelo.. rozumiem jakby cos sie dzialo to wiadomo nie bede ryzykowac zdrowiem mojego dziecka.. ale wychodzi na to ze ja tu nie leże dla dziecka tylko dla ich statystyk ;/
Mnie nigdy nic takiego nie spotkało, ale wydaje mi się, że gdyby mieli pewność co do Twojego stanu to by Cię w szpitalu nie trzymali. Zapewne mieli wątpliwości i woleli mieć Cię na obserwacji. Rozumiem, że jest Ci przykro z takiego przebiegu wydarzeń, bo w końcu tyle wydarzeń, ale dziecko najważniejsze
A gdyby cie jednak wypuscili i stalo sie cos z dzieckiem (np uduszenie) to tez bylabys nie zadowolona przeciez? Lepiej dmuchac na zimne.
Witaj
Tak jest lepiej że jesteś w szpitalu...zawsze można coś podać jeśli zajdzie taka potrzeba.
\coś było na rzeczy , bo raczej nie trzymają od tak w szpitalach , dla nich to duży koszt.
Ważne jest dziecko i ty oczywiście,,,, będzie ok mam nadzieję czego Tobie życzę.
Pozdrawiam noworocznie...
Dziewczynko czytam jakby o sobie. Miałam bardzo podobną sytuację.
Termin miałam na 7 października. Mój gin. powiedziała że jak nic się nie będzie działo to do szpitala mam się stawić tydzień po czyli 14 października. Niestety w nocy z 7 na 8 źle się poczułam.Dostałam b.wysokie ciśnienie,zastanawiałam się w domu co robić bo wiedziałam że mnie będą chcieli zostawić w szpitalu. Zadzwoniłam na oddział żeby się zapytać co robić-kazali przyjechać i przyjąć się już "na dole" w szpitalu na oddział. Kurczę cały czas miałam nadzieję że podadzą mi jakieś leki (sama nie brałam bo nie wiedziałam jakie mogę)i mnie puszczą a było całkiem inaczej. Byłam już spakowana "do porodu"a wiuęc wzięłam całe tobołki i stawiłam się o pół nocy na oddziale. Na drugi dzień ciśnienie mi już przeszło,zadowolona pytam lekarza czy mogę już wyjść bo jest wszystko ok. A on że nie bo ja jestem już po terminie (ale przecież to dopiero jeden dzień !!!). I tak każdego dnia prosiłam---jeden lekarz powiedział mi że ---ON NIE CHCE ZNALEŹĆ SIĘ NA PASKU NA TVN-NIE.
Oni się po prostu bali,mówili że po terminie się już nie wypisuje kobiet.
Zaznacze że ja w przeciwieństwie do ciebie nie miałam ani rozwarcia,ani odchodzących wód ---żadnego postępu porodu. Ten mój pobyt to był rekord na poródówce. Tak mówiły położne,dziewczyny przychodziły siedziały jeden góra trzy dni i rodziły,a ja nic. Porodówkę miałam za ścianą,wszystko słyszałam,każdy poród,a było ich b.dużo,patrzyłam na cały etep porodu u każdej z dziewczyn od skurczy czy wód po samego dzidziusia. Odwiedzałam potem każdą już na sali noworodkowej. Zaznaczę że nie miałam w swojej sali tv!!!! nie było odwiedzin (musiałam wychodzić na inny korytarz) to był koszmar.
Podsumowująć ----do szpitala trafiłam 8.10 (dzień po terminie),
-----urodziłam 20.10 (13 dni po terminie)
-----do domu wyszłam 24.10
Czyli razem byłam prawie trzy tyg w szpitalu. Lekarze boją się ciebie wypuścić żeby coś się nie stało. A wierz mi że rozwarcie do stanu takiego że możesz urodzić to dosłownie może być kilka minut. Myślę że będziesz już do samego porodu w tym szpitalu. No trudno,ja też musiałam to jakoś znieść. Skup się na dzidziusiu że to robisz dla niego. Zajmij się czymś miłym (czytanie książek,nauka języka) i wytrwaj.
Życzę powodzenia!!!
W ciąży siedem miesięcy leżałam w szpitalu.Nie przejmowałam się takimi pierdołami jak jakieś święta czy sylwester-przyszła rodzina i siedzieliśmy razem.Dla mnie ważne było by moje dziecko urodziło się zdrowe.
Rozumiem,że wiele ważnych rzeczy Cię ominęło ale kto wie czy dzięki temu będziesz mieć zdrowe dziecię.
Na drugi raz warto zorientować się i wybrać naprawdę dobry szpital,dobrego,kompetentnego lekarza prowadzącego ciążę i najlepiej chodzić do niego prywatnie.
Według mnie lepiej poleżeć w szpitalu niż gdyby miało stać sie cos złego. Bo powiedz, wtedy do kogo miałabys pretensje? Tyle się słyszy o zaniedbaniach lekarzy więc to, że Ciebie potrzymali w szpitalu to nic takiego. Wiele jeszcze wspólnych Swiat przed Wami :-)