Witam, chciałabym prosić Was o komentarze (za które z góry dziękuję:)), bo spotkało mnie coś, czego nie mogę przetrawić.
Jestem czterdziestoletnią rozwódką i poznałam pana, lat 50, kawaler mieszkający z mamą. Nieee, nie jestem leniem utrzymywanym przez mamusię, wprost przeciwnie, to on utrzymuje mamę, siostry, ba, nawet ich dzieci. Początki znajomości bajkowe, ja nie chciałam związku, ale on bardzo nalegał, pragnął małżeństwa, dziecka, miałam być ponoć tą, na którą czekał całe życie.... idylla. Pierwszy raz w życiu poczułam się jak księżniczka, pomyślałam, że możemy spróbować i po 3 miesiącach zaproponowałam, żeby został u mnie na weekend. No i zaczęły się schody...... "Schody" mają 73 lata i sprawują rządy absolutne nad swoim synkiem. Nie było spotkania, żeby nie miał telefonu od mamusi, która stanowczo przypominała mu, że ma wrócić do domu!!!! No i wracał do niej bez sprzeciwu. Planował ze mną ślub (jeszcze miesiąc temu), wspólne życie, mówił o dojrzałym uczuciu, ale jednocześnie podkreślał, że mamusi nie może zostawić, bo mamusia jest najważniejsza. 3 tygodnie temu miał się do mnie wprowadzić, ale przestał się odzywać, ja też do niego nie dzwonię.
Jestem dojrzałą kobietą i lubię jasne sytuacje, ale tu zawisłam w próżni. Może macie jakieś doświadczenia w tej materii? Będę wdzięczna za opinie i wsparcie.