To historia jedna z wielu. Pewnie takich czytacie tysiące. Mój mąż po 15 latach małżeństwa zakochał się. Niestety nie we mnie. W koleżance z pracy. Najpierw długo się męczył z tym zakochaniem, nikomu o tym nie powiedział. To był koszmar.
Chciał się wyprowadzić. Nie wiedziałam czemu. Nie było nawet żadnej kłótni. Powiedział tylko, że mnie już nie kocha. Ale wytrzymałam. Koszmar zaczął się dopiero później. Pewnego dnia, pijany, nabrał odwagi i mi o tym powiedział. Przyznał, że się zakochał, choć ona o tym nie wie. Widać było, że mu spadł kamień z serca. Chciał, żebyśmy spróbowali powalczyć o to uczucie. I wtedy zaczął się mój koszmar, ponieważ przerzucił ten problem na mnie.
Teraz to ja się z tym męczę. Powiedział, że chce być ze mną (choć mnie nie kocha) i dziećmi i będzie się starał. Problem w tym że jego "starał się" znacznie różni się od mojego. Stwierdził, że chce żeby to wróciło do normy naturalnie, a nie na siłę i dlatego nie będzie nic robił na siłę, nie będzie udawał. Wobec tego wydaje mi się, że mi bardziej na tym związku zależy niż jemu. (Choć nie ukrywam - oboje się staramy). Szczerych rozmów już mieliśmy tyle, że niedobrze mi się robi na samą myśl, że znowu miałabym to rozdrapywać. Zapomnieć też nie umiem. Ostatnio usłyszałam, że jestem dla niego jak koleżanka może nawet przyjaciółka, ale... Jak z tym żyć? Wybaczyć czy walczyć? Proszę o prawdziwe rady, a nie głupie komentarze. Nie mam z kim pogadać...