Do napisania tego postu skłonił mnie post Liwii, która opisuje swoje życie z nadopiekuńczą matką. Miałam toćka w toćkę tak samo, aż w końcu udało mi się przeprowadzić do domu, który dostałam w spadku. Dokładniej mówiąc, matka kolejny raz kazała mi się wynosić z JEJ domu (słowami, które nie nadają się do cytowania), co mnie zmotywowało, żeby faktycznie spakować najpotrzebniejsze rzeczy i przenieść się do pół wyremontowanego, ale własnego domu. Warunki co prawda partyzanckie jeszcze, ale odpoczywam psychicznie. Już po miesiącu widzę kolosalną różnicę w swoim zachowaniu. Stałam się spokojniejsza, częściej się uśmiecham, nie krzyczę... Potrafię z większym dystansem spojrzeć na pewne problemy, a co za tym idzie, szybciej sobie z nimi poradzić.
Ale oczywiście jest pewne "ale". Mój dom jest oddalony od domu mojej matki o jakieś 50 metrów. Boję się, żeby w przyszłości nie wdepnęła znów w moje życie. Piszę: w przyszłości, bo jak do tej pory matka nie odezwała się do mnie ani słowem. Na razie granica jest jasno wyznaczona i przyznam szczerze: jest mi z tym fantastycznie. Mogę nawet powiedzieć, że nie mam do niej już żalu. Mogę wybaczyć, ale nie zapomnę. Nie chcę jej dawać kolejnej "szansy" na to, żeby znów mnie traktowała jak niepełnosprawnego śmiecia, a jestem przekonana, że po naszym "pojednaniu" nie minie wiele czasu, a wtrąbi się znów w moje życie, a ja będę znów traktowana jak niepełnosprawny śmieć.
Mój mąż jednak jest innego zdania. Nie podoba mu się ta sytuacja (dodam, że moja matka go uwielbia, a on pomaga mojemu ojcu w drobnych naprawach itp.) i chce, żebyśmy się pogodziły.
Chciałabym poczytać Waszą opinię na ten temat. Co zrobiłybyście na moim miejscu?