Już nie wiem gdzie szukać ratunku... Byłam ofiarą a stałam się sprawcą. Sprawcą tego całego piekła, którego doświadcza moje życie. Moje i dwóch najbliższych mi osób...
Proszę Was z całego serca o radę. Być moze nie przeżyłyście czegoś takiego, ale być moze mnie jakoś nakierujecie, skierujecie do odpowiednich drzwi. Sama już nie wiem jak to wszystko rozwiązać.
Opowiem Wam mniej lub więcej szczegółów - tyle byście wiedziały jak sytuacja wygląda.
Gdy cofam się pamięcią, nie pamiętam bym czuła miłosć moich rodziców. Byli raczej stanowczy, wymagający, oschli. Gdy urodził się brat - stał się oczkiem w głowie rodziców. Uwielbiany, chwalony, cudowny etc. Życie potoczyło się tak, że jako młoda osoba miłości szukałam u płci przeciwnej. Trafiłam w niewłaściwe ręcę, które mnie okłamywały, uderzyły... Ręce z których długo nie mogłam się uwolnić. Zaszłam w ciążę. Urodziłam syna. Mieszkałam z małym u rodziców, "tatuś" wolał życie lekkoducha. Moja mama do ukończenia moich magicznych urodzin, miała przyznaną sądownie opiekę nad małym. Wyglądało to tak, że prawie do końca mojego mieszkania z rodzicami, moja mama grała pierwsze skrzypce. Ona chciała przy małym wszystko robić, ona o wszystkim decydowała, nie pytała się mi o nic, pytała: "ciekawe kiedy wyprowadzisz się z domu bedziemy mieć więcej miejsca dla siebie". Zrobiła z siebie matkę a mnie zepchnęła do rangi sprzątaczki. Doszło do tego, że znajomi, rodzina o dziecko pytali się jej, a nie mi - jako mamie. Czułam się bardzo samotna, odrzucona, niepotrzebna. Potrzebowałam wsparcia, miłości a ni miałam nic.
Życie zaczęło się układać. Poznałam Jego. Szybko wyprowadziłam się z domu do niego. Chciałam uciec od rodziców i być z kimś kto pozwoli mi żyć normalnie. I tak było.
Starałam się odsunąć na pewną granicę moich rodziców. "Zabieg", który wykonuje większość usamodzielniających się pociech. Jednak matce zaczęło wadzić to, że wysuwam się jej z rąk i nie może decydować. Zaczęło sie...: wydzwanianie po 10-15 razy, 1-2 w tyg. niezapowiedziana wizyta (powiem wprost - przestałam jej otwierać drzwi), kłamstwa, oszczerstwa, wzbudzanie poczucia winy we mnie, krzyki, walenie do okien, drzwi etc. Była policja, tłumaczenia...
Poszła do PCPR - nagadała, że jesteśmy najgorsi a ona się tak martwi o wnuczkę (nie o mnie!), że On mnie truje, dziecko bije, ogranicza mnie... Musiałam się "spowiadać" w PCPR z czegoś co dla każdego było logiczne tylko nie dla mojej matki - z usamodzielnienia.
To nie jest tak, że jestem niewdzięczna. Jestem bardzo im wdzięczna za pomoc etc. Jednak nie pozwolę by ktoś właził mi w życie z butami i chciał mnie zdominować, zniszczyć. Całe życie bałam się matki, ona miała w domu ostatnie słowo, którego się niepodważało. Jestem zaszczuta, jestem kłębkiem nerwów, boje się o każdy następny dzień...
Matka dowiaduje się, gdzie moje dziecko chodzi do przedszkola, że jest zastrzeżone kto może odbierać, wg jej słów - kontaktuje się z ojcem dziecka (kiedyś jej największym wrogiem), który daje jej!!! alimenty, których mi nie płaci. Dzielnicowemu powiedziała, że im chodzi tylko o to by raz w tygodniu mogli wpaść na kawkę i zobaczyć małego...
Po tym co ona/ oni (rodzice) zrobili, nie wyobrażam sobie nawet być z nimi w jednym pomieszczeniu a co dopiero dać im moje dziecko... Najgorsze, że cała moja rodzina wierzy i słucha matki jak mantry. Ona ma dziwną zdolność przekonywania...
Moja matka powiedziałą znajomej - "ją mam w d****, ale dziecka nie odpuszczę"....
Ona może mieć schizofrenię - jak jej mama. Ona uważa, że jest najważniejsza, że jest mamą małego i to ona powinna być głową tego wszystkiego!
Błagam, poradźcie co mam robić. Mały nawet o dziadkach nie wspomina, nie pyta. Oni nie byli dla niego tak ważni jak oni sami myślą. Nie mogę ułożyć sobie NORMALNEGO życia!!!
Nie radźcie tylko kompromisu - kompromis dla mnie oznacza porażkę. Bo matka będzie wiedziała, że wygrała, że mnie zastraszyła = zmusiła bym robiła to co ona chce.
Proszę, napiszcie. Tutaj bądź jak ktoś chce pogadać to na maila. Będę wdzięczna.