Jakbym się dogadał? Np. że śpimy czasem razem, a czasem osobno - wtedy obie strony będą zaspokojone (chyba, że nie chciałaby w ogóle spać razem, ale jakoś w to wątpię bo bliskość drugiej osoby jest bardzo ważna jak się kogoś kocha i całkowity brak tej potrzeby to domena osób oziębłych).
131 2017-09-05 09:42:32 Ostatnio edytowany przez zatroskany internauta (2017-09-05 09:43:40)
132 2017-09-05 10:01:48 Ostatnio edytowany przez Beyondblackie (2017-09-05 10:03:47)
Nie mam do tego negatywnego podejścia jak do tatuażu, więc tutaj byłbym w stanie się dogadać (chyba, że byłaby to osoba z podejściem typu "białe małżeństwo", co nigdy spać z facetem nie zamierza - takiej bym od razu podziękował, w końcu nie mam zamiaru zostać księdzem)
A co ma piernik do wiatraka? Uprawiac seks to ja moge piec razy na dobe, w przeroznych pozycjach i w kazdym miejscu w domu
Nie musze do tego dzielic z moim facetem lozka.
W kwestii "ozieblosci" zas, to wiesz, mozna spac w tym samym wyrku kazda noc, a nawet sie nie dotykac czubkiem palca.
Wielokropek napisał/a:Przyszła mi do głowy (zapominana, nieznana, niezrozumiana - nie wiem, która opcja jest prawdziwa) stara zasada:
Żyj i daj żyć innym.Za dużo filozofii, za mało konkretów. Ładne powiedzenia może i mają swoją mądrość, ale to bardziej ładne słówka niż konkretne życiowe rady.
Tłumaczę... innym cytatem. ![]()
Egoizm nie polega na tym, że się żyje, jak chce, lecz na żądaniu od innych, by żyli tak, jak my chcemy.
Jakich i na jaki temat życiowych rad oczekujesz?
Nie oczekuję żadnych. A życiowe rady najcenniejsze są wtedy, gdy mamy konkretne sytuacje poparte doświadczeniem danej osoby. Cytaty i powiedzonka można sobie zostawić na ckliwe chwile przy herbatce i kominku na długie zimowe wieczory (wtedy całkiem fajnie ich posłuchać lub poczytać).
Jak pięknie się różnimy. ![]()
Ludzie już tak mają, że się od siebie różnią. I to jest piękne ![]()
Zatroskany, przetlumacze Ci z ludzkiego na Twoje: kompromis nie polega na naginaniu za wszelka cene drugiej strony do "mojszego". Czasem po prostu dobrze jest zaakceptowac, ze druga polowka ma inne upodobania.
Ludzie już tak mają, że się od siebie różnią. I to jest piękne
wybacz, zatroskany, ale wcale nie wierzę w to, ze Tobie się te różnice podobają
może u obcych ludzi
ale u partnerki już nie bardzo, bo w parze wszyscy muszą lubić to samo, robić to samo i pewnie nawet myśleć to samo ![]()
zatroskany internauta napisał/a:Ludzie już tak mają, że się od siebie różnią. I to jest piękne
wybacz, zatroskany, ale wcale nie wierzę w to, ze Tobie się te różnice podobają
może u obcych ludzi
ale u partnerki już nie bardzo, bo w parze wszyscy muszą lubić to samo, robić to samo i pewnie nawet myśleć to samo
Wybacz, ale nie oceniaj ludzi po kilku postach na forum (to wręcz objaw ignorancji). Chcesz kogoś poznać to porozmawiaj w 4 oczy - sprawdzona zasada.
Gdyby każdy myślał i robił to samo, życie byłoby nudne. A jeśli chodzi o związek to akurat dla mnie najatrakcyjniejsze są wspólne te same zainteresowania, bo wspólne pasje to wspólnie spędzany czas i wiele tematów do rozmowy non stop. A to, że ktoś inny preferuje osoby z innymi niż swoje zainteresowaniami - to jego prawo i preferencje.
Każdy ma prawo do własnego zdania ![]()
Wybacz, ale nie oceniaj ludzi po kilku postach na forum (to wręcz objaw ignorancji). Chcesz kogoś poznać to porozmawiaj w 4 oczy - sprawdzona zasada.
bla bla bla
rozmowa w cztery oczy nie daje żadnej gwarancji poznania kogokolwiek
poza tym czytam, co piszesz, jakich słów używasz - już Ci pietruszka zwróciła na to uwagę.
bardzo łatwo da się z tego odczytać wiele rzeczy o człowieku
Gdyby każdy myślał i robił to samo, życie byłoby nudne. A jeśli chodzi o związek to akurat dla mnie najatrakcyjniejsze są wspólne te same zainteresowania, bo wspólne pasje to wspólnie spędzany czas i wiele tematów do rozmowy non stop. A to, że ktoś inny preferuje osoby z innymi niż swoje zainteresowaniami - to jego prawo i preferencje.
Każdy ma prawo do własnego zdania
nie trzeba się interesować tym samym i mieć identyczne poglądy, żeby móc rozmawiać non stop.
jest wręcz przeciwnie: jeśli z kimś się zgadzasz w każdej kwestii, to o czym masz z nim rozmawiać, skoro macie takie same poglądy?
ani się pokłócić nie można, ani wymienić argumentami ![]()
141 2017-09-05 11:35:20 Ostatnio edytowany przez zatroskany internauta (2017-09-05 11:43:23)
bla bla bla
rozmowa w cztery oczy nie daje żadnej gwarancji poznania kogokolwiek
![]()
poza tym czytam, co piszesz, jakich słów używasz - już Ci pietruszka zwróciła na to uwagę.
bardzo łatwo da się z tego odczytać wiele rzeczy o człowieku
Człowiek to nie maszyna, którą odczytasz po kilku linijkach tekstu. Spędziłem mnóstwo czasu na wielu forach pisząc i czytając na temat rozmaitych historii i nigdy nie oddaje to drugiego człowieka dopóki się z nim nie spotkasz w 4 oczy, nie zobaczysz jakie oddaje emocje, argumenty. Suchy tekst nigdy nie zastąpi prawdziwej rozmowy niestety.
nie trzeba się interesować tym samym i mieć identyczne poglądy, żeby móc rozmawiać non stop.
jest wręcz przeciwnie: jeśli z kimś się zgadzasz w każdej kwestii, to o czym masz z nim rozmawiać, skoro macie takie same poglądy?
ani się pokłócić nie można, ani wymienić argumentami
Nie trzeba tym samym owszem, ale jeżeli są te same zainteresowania np. podróże to ciągle można coś wspólnie odkrywać, omawiać nowe rzeczy itp. Jeżeli natomiast każdy ma swoje, to wówczas z początku jest zainteresowanie w jakimś stopniu, a później każdy wraca do swojego. Wspólne hobby to idealny sposób na lepsze poznawanie siebie nawzajem, bo spędzamy wiele czasu właśnie wspólnie (np. we wspomnianych podróżach, czego nie robilibyśmy tak często, gdyby tylko 1 strona podróżowała).
I pamiętaj jeszcze o jednej bardzo ważnej rzeczy - internet daje anonimowość. Nigdy nie masz pewności czy osoba, z którą rozmawiasz faktycznie jest taka, za jaką się podaje. Można pisać piękne słówka, a w rzeczywistości być zwykłym marginesem społecznym. Można udawać praktycznie wszystko, dopóki nie musisz podawać prywatnych informacji lub nie rozmawiasz głosowo (chociaż tutaj też są modulatory), a zdjęcia można podsyłać dowolne. Dlatego internet to tylko malutki dodatek do poznania kogokolwiek na poważnie.
A co jezeli jedna strona lubi robic cos sama?
Misiek uwielbia np. zajmowanie sie ogrodkiem. Moze tam spedzac godziny pielac rabatki, sadzac kwiaty, przycinajac krzewy. Tak sie wlasnie relaksuje i nikt inny podczas tego ogrodnikowania nie jest mu potrzebny, a wrecz go rozprasza. To co, na sile mam mu sie w to hobby wtracac, byle bysmy tylko byli razem 24 godziny na dobe? Ja zas od czasu do czasu lubie sobie obejrzec placzliwy melodramat i nie bardzo lubie chlipac nad glupim filmidlem przy kims innym. To co, Misiek tez ma na sile ze mna siedziec, nudzic sie i podawac mi chusteczki?
Ty chyba wymagasz od swojej potencjalnej partnerki by byla Twoim klonem, a nie odrebna osoba.
143 2017-09-05 11:54:43 Ostatnio edytowany przez zatroskany internauta (2017-09-05 11:55:27)
A co jezeli jedna strona lubi robic cos sama?
Misiek uwielbia np. zajmowanie sie ogrodkiem. Moze tam spedzac godziny pielac rabatki, sadzac kwiaty, przycinajac krzewy. Tak sie wlasnie relaksuje i nikt inny podczas tego ogrodnikowania nie jest mu potrzebny, a wrecz go rozprasza. To co, na sile mam mu sie w to hobby wtracac, byle bysmy tylko byli razem 24 godziny na dobe? Ja zas od czasu do czasu lubie sobie obejrzec placzliwy melodramat i nie bardzo lubie chlipac nad glupim filmidlem przy kims innym. To co, Misiek tez ma na sile ze mna siedziec, nudzic sie i podawac mi chusteczki?
Ty chyba wymagasz od swojej potencjalnej partnerki by byla Twoim klonem, a nie odrebna osoba.
Niczego nie można od partnera wymagać bo jest z nami z własnej nieprzymuszonej woli. Niemniej jak wspomniałem wspólne hobby pomaga i zbliża ludzi bo każdy ma swoje opinie na ten temat, pomysły i to rodzi kolejne tematy do rozmów. Jeżeli każdy ma swoje to tego nie ma. Nie znaczy to jednak, że nie ma osób, którym to nie przeszkadza. Są "razem, a jednak osobno" tak jak u Ciebie. I jeśli Ci to nie przeszkadza to dobrze dla Ciebie.
Zatroskany, alez my mamy wspolne hobby i tematy ![]()
Oboje interesujemy sie polityka i rynkiem nieruchomosci- mozemy godzinami gadac. Lubimy tez razem ogladac horrory i odwiedzac rozne nowe, nieznane miejsca. Jednak jako dorosli ludzie, a nie sjamskie bliznieta, nie jestesmy zrosnieci biodrem ani nie mamy sklonowanych mozgow
Mamy rozne opinie i rozne hobby, co jest zupelnie normalne na tym swiecie, w przeciwienstwie do Twojej alternatywnej rzeczywistosci, w ktorej ludzie lacza sie w pary tylko wtedy o ile maja 100% kompatybilnosc.
Zatroskany, alez my mamy wspolne hobby i tematy
Oboje interesujemy sie polityka i rynkiem nieruchomosci- mozemy godzinami gadac. Lubimy tez razem ogladac horrory i odwiedzac rozne nowe, nieznane miejsca. Jednak jako dorosli ludzie, a nie sjamskie bliznieta, nie jestesmy zrosnieci biodrem ani nie mamy sklonowanych mozgow
Mamy rozne opinie i rozne hobby, co jest zupelnie normalne na tym swiecie, w przeciwienstwie do Twojej alternatywnej rzeczywistosci, w ktorej ludzie lacza sie w pary tylko wtedy o ile maja 100% kompatybilnosc.
Współczuję Ci zatem poglądu na świat skoro dojechałaś już nawet do syjamskich bliźniaków. Nie ma to jak wyolbrzymiająca wszystko do granic możliwości kobieta ![]()
146 2017-09-05 12:24:52 Ostatnio edytowany przez SonyXperia (2017-09-05 12:29:12)
Kompromis w związku...
Na czym powinien on Waszym zdaniem polegać? Czy człowiek powinien dostosowywać się do partnera? Czy może jednak w ogóle się nie zmieniać i nie iść na żadne kompromisy?
Przykład:
Kobieta ma marzenia związane z podróżowaniem po świecie, zakupem jakiegoś przedmiotu (np biżuterii, która od zawsze jej się podobała), chce sobie zrobić tatuaż, marzy o wyjeździe na jakiś koncert.
Jej potencjalny partner jest osobą, która nie ma nic przeciwko podróżowaniu po świecie (aczkolwiek nie ciągnie go do tego tak bardzo), ale np. brzydzą go tatuaże (tak jak ludzi brzydzą węże, pająki, smar samochodowy na rękach itp.). Jest to wrodzone i od wielu lat o tym mówi wprost. Dla niego kobieta z tatuażem traci całkowicie na atrakcyjności.Czy waszym zdaniem w takim przypadku kobieta powinna zrezygnować z tego marzenia, wiedząc że będzie to krzywdziło partnera i będzie się z tym męczył? Czy może powinna poszukać takiego, który zaakceptuje wszystko w niej?
Według mnie sztuka kompromisu w związku być powinna. Oczywiste jest to, że nie można się zmieniać w całości dla 2 osoby, ale zrezygnowanie z 1 czy 2 marzeń to nie jest koniec świata skoro wiemy, że osoba, którą kochamy będzie się z tym źle czuła.
Co o tym sądzicie?
P.S. sytuacja jest czysto teoretyczna i nie ma związku ze mną (tak na wypadek jakby ktoś zaczął przypisywać to do mnie
).
Z góry dzięki za odpowiedzi.
W przytoczonym przykładzie mylisz kompromis w związku z chęcią podporządkowania sobie jednej osoby przez drugą. Akceptacja partnera nigdy nie jest całkowita. Akceptacja polega na pogodzeniu się z czymś, tolerowaniu czegoś, czego nie jesteśmy w stanie zmienić, w odniesiu do partnera akceptacja drugiej osoby zawsze ma miejsce za jego zalety a mimo wad, czyli np. chcę Cię mimo tego obrzydliwego tatuażu. I nie ma to nic wspólnego ze sztuką kompromisu w związku, która dla mnie polega na wzajemnych ustępstwach w sprawach wspólnie ich dotyczących. A zatem mogę zaakceptować partnera, który bedzie wagabundą i czekać na niego przez pół roku kiedy wróci ze swoich wojaży, ale kompromisem będzie kiedy ten wagabunda kochający np. góry wyjedzie ze mną na wakacje nad morze
Kompromisem dla mnie byłoby kupienie np. przestronnego apartamentu w sytuacji, w której ja chciałabym mieszkać w domu i mieć dużo przestrzeni a partner wolałby mieszkać w budynku wielomiekszaniowym, itp. sprawy.
Pytanie kluczowe: na jak daleko posunięty kompromis jesteśmy w stanie pójść.
A zatem mogę zaakceptować partnera, który bedzie wagabundą i czekać na niego przez pół roku kiedy wróci ze swoich wojaży, ale kompromisem będzie kiedy ten wagabunda kochający np. góry wyjedzie ze mną na wakacje nad morze
Dla mnie to jest raczej warunek, a nie kompromis. On kocha góry, ona morze. I jeżeli ja pojadę z nim w góry to on później ze mną nad morze - warunek nie kompromis. Kompromisem byłoby pojechanie w miejsce, którego żadna ze stron nie preferuje albo zostanie w domu ![]()
Współczuję Ci zatem poglądu na świat skoro dojechałaś już nawet do syjamskich bliźniaków. Nie ma to jak wyolbrzymiająca wszystko do granic możliwości kobieta
W zasadzie, Twoj problem jest taki, ze za wszelka cene chcesz sobie potencjalna partnerke podporzadkowac. Bo ma byc po "Twojszemu". Nie jestes w stanie zaakceptowac drugiej osoby taka jaka ona naturalnie jest.
zatroskany internauta napisał/a:Współczuję Ci zatem poglądu na świat skoro dojechałaś już nawet do syjamskich bliźniaków. Nie ma to jak wyolbrzymiająca wszystko do granic możliwości kobieta
W zasadzie, Twoj problem jest taki, ze za wszelka cene chcesz sobie potencjalna partnerke podporzadkowac. Bo ma byc po "Twojszemu". Nie jestes w stanie zaakceptowac drugiej osoby taka jaka ona naturalnie jest.
W zasadzie problem jest taki, że nie umiesz czytać ze zrozumieniem ![]()
Ja czytac umiem zupelnie dobrze. To Ty piszesz przez cztery strony ile rzeczy nie jestes w stanie tolerowac i jak potencjalna kobieta musialaby robic gimnastyczne wygibasy, by Tobie odpowiadalo. Bo Twoja wizja zwiazku to: spimy razem, hobby razem, opinie razem, poglady razem i wara od jakichkolwiek roznic.
Kompromisem byłoby pojechanie w miejsce, którego żadna ze stron nie preferuje albo zostanie w domu
i to jest własnie sedno kompromisów i dlatego też szczerze ich nie cierpię
zamiast pojechać samemu i cieszyć się tym wyjazdem, naładować akumulatory i potem podzielić się tą energią z partnerem, to każde musi zrobić coś wbrew woli - albo zostać w domu (woleli by wyjechać), albo pojechać w miejsce, które nie sprawi im takiej przyjemności jak wyjazd w ich ulubione miejsca
jaki w tym jest sens??
Beyondblackie napisał/a:zatroskany internauta napisał/a:Współczuję Ci zatem poglądu na świat skoro dojechałaś już nawet do syjamskich bliźniaków. Nie ma to jak wyolbrzymiająca wszystko do granic możliwości kobieta
W zasadzie, Twoj problem jest taki, ze za wszelka cene chcesz sobie potencjalna partnerke podporzadkowac. Bo ma byc po "Twojszemu". Nie jestes w stanie zaakceptowac drugiej osoby taka jaka ona naturalnie jest.
W zasadzie problem jest taki, że nie umiesz czytać ze zrozumieniem
W zasadzie to sie zgadzam z Beyond.... z kazdym postem twoja wizja udanego zwiazku przeradza sie w jakas karykature, zeby nie powiedziec koszmar...
Ja czytac umiem zupelnie dobrze. To Ty piszesz przez cztery strony ile rzeczy nie jestes w stanie tolerowac i jak potencjalna kobieta musialaby robic gimnastyczne wygibasy, by Tobie odpowiadalo. Bo Twoja wizja zwiazku to: spimy razem, hobby razem, opinie razem, poglady razem i wara od jakichkolwiek roznic.
Niestety czytać ze zrozumieniem nie umiesz. Nigdzie nie napisałem, że należy wmuszać komuś swoje hobby, albo szukać klona. Napisałem wręcz, że ludzie się różnią i przynajmniej nie jest nudno. A to, że fajnie jest mieć osobę o tych samych zainteresowaniach oznacza od razu, że to klon albo bliźniak syjamski? ![]()
154 2017-09-05 13:11:13 Ostatnio edytowany przez Wielokropek (2017-09-05 13:12:19)
(...) Dla mnie to jest raczej warunek, a nie kompromis. On kocha góry, ona morze. I jeżeli ja pojadę z nim w góry to on później ze mną nad morze - warunek nie kompromis. Kompromisem byłoby pojechanie w miejsce, którego żadna ze stron nie preferuje albo zostanie w domu
Jeśli, jak w podanym przykładzie osoby będą kurczowo trzymać się swych stanowisk (jedno - wyjazd nad morze, drugie - wyjazd w góry), to mniejsza lub większa przepychanka gotowa i związany z tym absmak w gębie. Gdy jednak zamiast szukać kompromisów, wymagać ustępstw, szermować 'powinnościami', handlować (teraz moje, później Twoje), skoncentrujemy się na rozwiązaniu problemu bez stosowania przemocy (tak, wiem, niektórzy uważają, że w przytaczanych przykładach nie ma przemocy psychicznej), to zadamy sobie pytania zaczynające się od słowa 'dlaczego?': "Dlaczego chcesz jechać w góry/dlaczego chcesz jechać nad morze?". Jeśli (tak, wiem, sporo tych 'jeśli') poszukamy powodów, potrzeb, to znalezienie rozwiązań będzie prostsze. A rozwiązaniem tych rozterek wyjazdowych (ale nie tylko, bo ta metoda jest uniwersalna) będzie odpowiedź na pytanie "Co możemy zrobić, by nasze potrzeby, Twoje i moje, były zaspokojone?" Być może (
) rozwiązaniem będzie wyjazd np. do Chorwacji, gdzie góry i morze są obok siebie.
To wszystko jest możliwe, gdy traktujemy TŻ (albo inną osobę) jak partnera, nie zaś osobę, która ma ulec paskudnej, bo w białych rękawiczkach, manipulacji.
Spotkanie osoby o totalnie takich samych pogladach, hobby i odchylach jest praktycznie rowne 0. Takze polecam powrot na ziemie.
156 2017-09-05 13:24:26 Ostatnio edytowany przez SonyXperia (2017-09-05 13:37:48)
SonyXperia napisał/a:A zatem mogę zaakceptować partnera, który bedzie wagabundą i czekać na niego przez pół roku kiedy wróci ze swoich wojaży, ale kompromisem będzie kiedy ten wagabunda kochający np. góry wyjedzie ze mną na wakacje nad morze
Dla mnie to jest raczej warunek, a nie kompromis. On kocha góry, ona morze. I jeżeli ja pojadę z nim w góry to on później ze mną nad morze - warunek nie kompromis. Kompromisem byłoby pojechanie w miejsce, którego żadna ze stron nie preferuje albo zostanie w domu
A może to zależy od tego, co czym dla kogo jest? ![]()
Dla mnie byłby to kompromis a nie warunek, bo nigdzie nie napisałam, że ma się to łączyć z wymuszaniem wzajemności
Bardziej bym to nazwała wzajemnymi ustępstwami, robię coś dla Ciebie, chociaż można to też ujmować w ramach "dobicia targu" ![]()
157 2017-09-05 13:42:17 Ostatnio edytowany przez santapietruszka (2017-09-05 13:43:13)
Chyba bym zwariowała, jakbym miała partnera, którego zainteresowania i poglądy są w 100% zgodne z moimi. A jakby do tego doszła jeszcze np. wspólna praca (albo choćby w tym samym zawodzie) i każdy wieczór miałby się obowiązkowo kończyć we wspólnym łóżku, to mam wrażenie, że po 3 dniach wymiotowałabym tym partnerem. Z nudy. Bo o czym z takim rozmawiać, jak się zna odpowiedź na każde pytanie? I jak za nim zatęsknić?
To jest np. punkt, w którym ja nigdy na kompromis nie pójdę
Choćby to był sam Vin Diesel, to ma być inny ode mnie ![]()
A może to zależy od tego, co czym dla kogo jest?
Dla mnie byłby to kompromis a nie warunek, bo nigdzie nie napisałam, że ma się to łączyć z wymuszaniem wzajemnościBardziej bym to nazwała wzajemnymi ustępstwami, robię coś dla Ciebie, chociaż można to też ujmować w ramach "dobicia targu"
Dla mnie kompromis to też ustępstwo. Słowo kompromis i wymuszanie często są ze sobą utożsamiane. Ciężko tak szczerze zdefiniować kiedy kończy się dobrowolne ustępstwo bez przymusu, a kiedy zaczyna się już wymuszanie. W sumie małżeństwo to jest "dobicie targu". Każdy coś daje, każdy coś otrzymuje (zazwyczaj).
Nie zagłębiałam się w poprzednie posty, bo za dużo tego się zrobiło, ale po prostu napiszę swoją opinię na ten temat.
Wg mnie każdy z nas ma jakieś kryteria i "wymagania" co do wymarzonego partnera. Niestety życie jest takie, że czasem boleśnie weryfikuje te wymagania- np. trudno jest spotkać osobę, która spełnia wszystkie albo choć część tych wymagań. Jednak trzeba pamiętać, że naprawdę nie ma 2 takich samych ludzi (a piszę to jako osoba, która ma brata bliźniaka
jesteśmy w wielu sprawach podobni, mamy wręcz identyczne poglądy na wiele kwestii itd., a jednak dość duże różnice w zainteresowaniach. Powiedziałabym wręcz, że dokładnie jak odbicia lustrzane. To widzicie, nawet bliźniacy nie są 100% identyczni, więc czego wymagać od obcych ludzi z inną pulą genową
. Ale jakoś nie przeszkadza nam to mieć świetnego kontaktu ze sobą, wręcz czytać w myślach i współodczuwać). Nigdy się w 100% z innymi nie będziemy się zgadzać, bo może być multum podobieństw, a tu się nagle okaże, że ktoś lubi pływać, a druga osoba biegać. I czy wtedy to jest powód do zakończenia znajomości?
Otóż nie, bo wszystko zależy od podejścia ludzi. Czy będą "wrogo" nastawieni do tych różnych upodobań, czy będą jednak otwarci. Wg mnie w każdym poznanym człowieku można znaleźć inspirację do czegoś nowego. Każda spotkana osoba w moim życiu (mówię tu o dłuższych znajomościach i nie tylko związkowych) wpłynęła na mnie jakoś, ukształtowała. Gdyby nie kilka osób, nie odkryłabym swoich pasji. A jednocześnie nie uświadomiłabym sobie dobitnie czego nie lubię. My przecież poprzez innych poznajemy siebie.
I fajnie jest, jeśli w związku jest się otwartym na zainteresowania innych, wzajemnie się motywuje- wtedy można uczyć się czegoś, ubogacać (czy to intelektualnie, czy psychicznie), stawać się lepszym człowiekiem. A o to chyba chodzi, źle jest, gdy ktoś nam podcina skrzydła i nie jest zainteresowany chociaż próbą poznania czegoś (np. jakiegoś zainteresowania, czy czynności, którą jedna osoba chce zrobić), tylko z góry zakłada, że nie chce, że na pewno tego nie polubi, że to nie dla niego. Dlatego dla mnie kompromis jest pewnego rodzaju otwarciem się na drugiego człowieka- nie znam czegoś, to chociaż spróbuję poznać, dam się zaciągnąć na jakiś film, a nie będę z góry zakładać, że on na pewno będzie zły, bo np. nie lubię komedii czy coś (tylko po obejrzeniu filmu to ocenię). Albo że lubię góry, a ktoś inny morze, to nie będę się zapierać nogami i rękami, tylko spróbuję zrozumieć, czemu partner lubi to morze- może będzie umiał "pokazać" mi je w ten sposób, że też polubię(często ludzie mają inne spojrzenie na coś i dzięki temu sami możemy coś innego w czymś "znanym" zauważyć). A jeśli nie? To wtedy szanuję to, można mieć inne zainteresowania wspólne, a w jeden weekend jechać w góry, a w inny nad morze. Nie lubię, jak np. moja przyjaciółka, która nie lubi chodzić po górach(stwierdziła to po 1 wycieczce w góry w gimnazjum i już więcej nie próbowała), tylko woli wyjazdy do miast, nie idzie nigdy na ustępstwo i nigdy nie zgodziła się na wyjazd z nami w góry, zawsze musi być tam, gdzie ona chce. Ale ok, dalej ją lubię, nie odrzucę jej przecież przez to, pojadę tam, gdzie ona chce(skoro tak bardzo jej na tym zależy), bo to sprawia jej radość, a poza tym może sama odkryję w tym miejscu coś ciekawego. A w góry? Pojadę sama lub z kimś innym ![]()
Ja lubię biegać, a ktoś inny pływać? To ja na godzinę pójdę pobiegać, a chłopak na godzinę popływać, w czym problem? Niezdrowo jest robić wszystko wspólnie.
Oczywiście są czasem zbyt duże różnice np. w poglądach, wierze, spojrzeniu na świat, oczekiwaniach, które po prostu są nie do przeskoczenia. I to są kwestie na tyle ważne i na tyle wpływające na życie (na różne decyzje, sposób postępowania itd.) że w tych kwestiach nie ma co iść na ustępstwo. Np. kobieta marząca o ślubie i dzieciach spotyka faceta, który nie chcę brać ślubu i mieć dzieci. Ok, mogliby jakiś czas udawać, że tamtego tematu nie ma i dogadywać się dobrze, ale jednak w końcu ten problem wyszedłby na wierzch. I za 2-3 lata ona chciałaby ślubu, dzieci, on by się zapierał. I kto ma "ustąpić"? zrezygnować nagle ze swoich przekonań, z siebie? W takiej kwestii żaden kompromis nie byłby możliwy, bo nawet jeśli facet zgodziłby się na dzieci, to brak ślubu by uwierał, a on i tak czułby, że "dużo się poświęcił". A ona? Jakby zgodziła się na brak dzieci i ślubu, to w końcu by żałowała. Pojawiłyby się konflikty zewnętrzne, bo byłyby już w nich konflikty wewnętrzne, poczucie zatracenia siebie i robienia czegoś wbrew sobie. W tego typu kwestiach kompromis nie przejdzie, więc dobrze poważne tematy rozgadywać dość szybko i nie liczyć na to, że może ktoś za x lat zmieni zdanie.
A kompromis w życiu codziennym, w kwestiach czasem różnych upodobań (ale niezbyt dużej wagi), jest możliwy przy dobrej woli i otwarciu się na drugiego człowieka.
160 2017-09-05 13:51:34 Ostatnio edytowany przez summerka88 (2017-09-05 13:52:33)
SonyXperia napisał/a:A może to zależy od tego, co czym dla kogo jest?
Dla mnie byłby to kompromis a nie warunek, bo nigdzie nie napisałam, że ma się to łączyć z wymuszaniem wzajemnościBardziej bym to nazwała wzajemnymi ustępstwami, robię coś dla Ciebie, chociaż można to też ujmować w ramach "dobicia targu"
Dla mnie kompromis to też ustępstwo. Słowo kompromis i wymuszanie często są ze sobą utożsamiane. Ciężko tak szczerze zdefiniować kiedy kończy się dobrowolne ustępstwo bez przymusu, a kiedy zaczyna się już wymuszanie. W sumie małżeństwo to jest "dobicie targu". Każdy coś daje, każdy coś otrzymuje (zazwyczaj).
A dla mnie kompromis do współpraca. Tym się różni współpraca od ustępstw, ze w pierwszym przypadku troszczę się o partnera i dbam o jego dobro, a w drugim po prostu odpuszczam coś, co jest dla mnie istotne.
Zatroskany internauto, mam wrażenie, że masz problem z wyjściem że swojego wnętrza, aby spróbować zrozumieć punkt widzenia innych osób. Brakuje ci umiejętności tworzenia w swoim umyśle reprezentacji tego, jak na świat i w tym przypadku kompromis patrzą inni ludzie. Przeraża mnie taki brak elastyczności w myśleniu. Czego ty w ogóle tutaj szukasz? Potwierdzenia swoich racji, czy rzeczywiście poznania innej perspektywy?
161 2017-09-05 13:53:24 Ostatnio edytowany przez SonyXperia (2017-09-05 13:54:10)
SonyXperia napisał/a:A może to zależy od tego, co czym dla kogo jest?
Dla mnie byłby to kompromis a nie warunek, bo nigdzie nie napisałam, że ma się to łączyć z wymuszaniem wzajemnościBardziej bym to nazwała wzajemnymi ustępstwami, robię coś dla Ciebie, chociaż można to też ujmować w ramach "dobicia targu"
Dla mnie kompromis to też ustępstwo. Słowo kompromis i wymuszanie często są ze sobą utożsamiane.
Zgadza się.
Ciężko tak szczerze zdefiniować kiedy kończy się dobrowolne ustępstwo bez przymusu, a kiedy zaczyna się już wymuszanie. [...]
W moim odczuciu wtedy, kiedy druga osoba w związku nie dostaje niczego na czym jej też zależy.
Summerka, dokladnie.
Bo inaczej jest jak sie razem dogadamy, spedzamy roznie czas, a inaczej jak partner nas osacza i szantazuje (szantazowac mozna tez w bialych rekawiczkach).
SonyXperia napisał/a:A zatem mogę zaakceptować partnera, który bedzie wagabundą i czekać na niego przez pół roku kiedy wróci ze swoich wojaży, ale kompromisem będzie kiedy ten wagabunda kochający np. góry wyjedzie ze mną na wakacje nad morze
Kompromisem byłoby pojechanie w miejsce, którego żadna ze stron nie preferuje albo zostanie w domu
Czyli dwie niezadowolone osoby? Świetny kompromis, nie ma co? "Bądźmy oboje niezadowoleni, byle razem".
Czyli dwie niezadowolone osoby? Świetny kompromis, nie ma co? "Bądźmy oboje niezadowoleni, byle razem".
Dlatego uważam, że kompromis jest kiepskim sposobem rozwiązywania konfliktu.
Czyli wychodzi na to, że w sytuacji konfliktowej najlepiej jak każdy zrobi jak mu pasuje i temat z głowy.
166 2017-09-05 16:29:40 Ostatnio edytowany przez Wielokropek (2017-09-05 16:35:01)
Czyli wychodzi na to, że w sytuacji konfliktowej najlepiej jak każdy zrobi jak mu pasuje i temat z głowy.
Kpisz? Czytasz wybiórczo czy bez zrozumienia?
Już na pierwszej i kolejnych stronach napisałam o wspólnych ustaleniach, a dzisiaj pokazałam, w jaki sposób takie znalezienie rozwiązania, które satysfakcjonuje obie osoby, przebiega.
Zatroskany, wszystko rozbija sie o jedna rzecz: szanowanie drugiej osoby.
Wytlumacze lopatologicznie, bo inaczej sie tu nie da. Misiek jest balaganiarzem jakich malo. Facet jest w stanie zrobic bajzel w piec minut. Ja jestem osoba lubiaca porzadek, ktora odkurza codziennie, prasuje posciel i uklada poduszki pod linijke. Jakos jednak jestesmy w stanie funkcjonowac od ponad 6 lat. Dlaczego? Bo ja rozumiem, ze balagan jest czescia osobowosci Misia i nie tak wazna dla mnie jak jego uczciwosc, milosc, szczodrosc, inteligencja i totalna za*ebistosc. Kocham go, wiec takie bzdety sa bez znaczenia. On zas toleruje moje wieczne sprzatanie, robienie list, okazjonalne weganskie gotowanie i wybory dekoracji wnetrz. Dlaczego? Bo mnie kocha, i takie duperele go nie ruszaja.
Wydaje mi sie, ze Ty nigdy nie byles w powaznym zwiazku.
Kompromis jest potrzebny ale musi dotyczyć obojga partnerów. Kiedy słyszę, musimy osiągnąć jakiś kompromis, ja mogę to i niezmienie tego, a ty spróbuj mnie zrozumieć i dostosuj się jakoś, no to gdzie tu kompromis? I jeszcze ci taki powie, że on zawsze szuka rozwiązania, które satysfakcjonuje obie strony. Facecie dużo mówią o kompromisach ale w istotnych sprawach nie są w stanie iść na kompromis. Dla nich kompromis to pozwolenie drugiej stronie na to, co im pasuje.
Mysle ze tak jak wiele z Was pisalam to wszystko zalezy od dwojga ludzi. Jedni beda potrafili cos dla drugiej osoby zrobic inni nie a zadne z nich nie bedzie gorsze, bo mysle ze nie trzeba zawsze sie poswiecac by okazac milosc. No i w najwazniejszych kwestiach powinnismy sie akceptowac a nie zastanawiac co jeszcze w sobie wzajemnie zmienic.
Co do kompromisow to w sumie nikt nie potrafi i tak zawsze na niego pojsc. Kazdy jest tez czasem egoista np moj facet chcial jechac tam a ja w inne miejsce ja postawilam na swoim. On niezadowolony ale potem zachwycony i juz tez chce tam jezdzic w tym przypadku w gory. No ale ja i tak wiem ze nie ma co byc taka uparta i potem tez juz jechalam bardziej gdzie chce moj chlopak i tez bylo fajnie. Ogolnie tam gdzie sie da to staramy sie by wyszlo tak ze oboje jestesmy zadowoleni. No ale bywa tez tak ze moj facet mowi Ty wybierz itp albo wybierz sama obojetne mi i ja go wtedy zachecam by cos wymyslil bo poza wyjatkami gdzie upartosc wziela gore to jego zdanie jest dla mnie wazne. Popracowalam nad swoim charakterem po prostu.
Przeczytałam już wszystkie posty, tak się zastanawiam i myślę, że czegoś nie wzięliście pod uwagę.
Czym innym są marzenia "duże", które były dla nas bardzo ważne jeszcze przed poznaniem partnera, a czym innym "nowe". Jeżeli coś jest dla mnie ważne z pewnych względów od zawsze, to nie wiem, czy zauważyliście, ale mówi się o tym już na początku znajomości, bardzo szybko, a to dlatego, że z chęcią mówimy o rzeczach dla siebie ważnych (marzeniach, planach, pasjach). I wtedy łatwo można zdecydować, czy ta osoba na pewno nam odpowiada. A jeżeli o czymś nie mówię i to długo, jeśli dany pomysł niespodziewanie pojawia się w mojej głowie np. po 2-3 latach związku. To w tym przypadku może być pewne zaskoczenie partnera i przypuszczenie, że ta rzecz nie była jednak dla mnie ważna od zawsze, że to jest jakaś nowa myśl, która napłynęła nie wiem, po przeczytaniu gazety czy obejrzeniu reklamy
albo dlatego, że inni tak robią
śmieję się tu, ale często podświadomie takie czynniki nami kierują i często różne przypadkowe wydarzenia mogą mieć wpływ na naszą nagłą i chwilową zmianę decyzji. I co, wtedy partner zna nas przecież dobrze, ale nie mówiło się o takich planach wcześniej, bo się tego czegoś wcześniej nie lubiło. Nie można więc zarzucać, że partner jest ignorantem. I czy wtedy ten nowy pomysł ma być zrealizowany mimo wszystko? Kosztem długiego związku i ze świadomością, że realizacja tego planu zrani partnera? Myślę, że w takiej sytuacji można mieć świadomość konsekwencji i łatwo zrezygnować z planów, które tak naprawdę nigdy nie były ważne, bo gdyby były marzeniem życia albo dziwną skłonnością, to partner dowiedziałby się o tym dużo wcześniej. Nic, co pojawia się nagle i nieoczekiwanie, nie jest aż tak ważne. Mogę mieć różne hobby i nagle znaleźć sobie nowe. Może będzie to hobby, może jedynie chwilowa moda. Ale to coś nie będzie dla mnie jeszcze na tyle ważne, żeby nie umieć zrezygnować z tego w odpowiednim momencie, jeśli mam świadomość, że to zrani partnera, przecież nie chce się takiej osoby świadomie ranić.
Krzywdzące i niesprawiedliwe wg mnie byłoby to jedynie wtedy, gdyby partner już od początku związku wiedział o jakimś dużym marzeniu danej osoby, początkowo przytakiwał i zmieniał temat na inny, a za jakiś czas (rok, dwa, trzy), gdy dana osoba chciałaby spełnić to marzenie, to nagle zacząłby wymagać od niej, żeby tego nie robiła.
Weźmy za przykład rzeczy nabyte: jeżeli ktoś nie lubi papierosów i będzie zwalczał ten nałóg u partnera (nabyty już w czasie związku), to ja myślę, że dobrze robi, bo pomijając wszelkie inne względy, jest to po prostu szkodliwe dla zdrowia. To tak, jakby ktoś pił nałogowo (przecież rozpić można się w każdej chwili, nawet po kilku latach bycia w związku), a partnerka takiej osoby POWINNA to akceptować, mimo że nie pochwala takiego zachowania, bo przecież to jego ciało, jego życie, jego wybory i jego marzenia o piciu. Jest to nowy "wymysł" partnera(bo jeśli wie się o tym wcześniej, to fakt, nikt nie każe nam się wiązać). Czy ma on prawo wymagać od niej, żeby to akceptowała, bo inaczej nastaje na jego wolę, niezależność i rozstaną się z "jej" winy? Jakoś picie uznaje się za złe, niedopuszczalne i normalne dla społeczeństwa jest to, że takiego gościa powinno wysłać się na leczenie. I przecież w takich sytuacjach często walczy się o związek, o rodzinę, idąc na terapię itd. To czemu tak nie uważa się już, gdy ktoś np. zacznie palić? (to przecież bardzo szkodliwe). Albo nagle robić różne dziwne rzeczy, często w świadomości partnera szkodliwe? Zastanawialiście się nad tym?
Wg mnie w tym problemie chodzi o różne postrzeganie szkodliwości czynu. Autor może uważać, że tatuaże w pewnym sensie szkodzą partnerce, bo wpływają źle na jej wygląd, a nie ma z nich pożytku. Wg niego ona będzie szkodziła sama sobie(i jemu też, bo się brzydzi i wie, że jej atrakcyjność by spadła), więc będzie chciał ją powstrzymać przed tym.
Santapietruszko pisałaś, że "związek nie polega na tym, że Twoja partnerka ma nosić taką biżuterię, jaka Tobie się podoba, tylko na tym, że partnerka podoba Ci się bez względu na to, jaką biżuterię ma na sobie." No ale pomyśl, dlaczego my, kobiety, zakładamy tę biżuterię? Po co? Żeby podobać się jakimś obcym facetom mijanym na ulicy czy partnerowi? Nie wiem, jak Ty, ale jak ktoś, na kim mi zależało, pochwalił mi coś, to ja te rzeczy częściej nosiłam. I wcale nie czułam, że zatracam tu siebie
ale cieszyło mnie, że podobam się w tym partnerowi. To jest chyba normalne, co nie? Jako singielka mogę mieć załóżmy 20 kompletów biżuterii i mogę nosić byle jaki byle kiedy. Pojawi się partner, bardzo pochwali mi 5 sztuk biżuterii, powie, że super w tym wyglądam, to na złość mam specjalnie zakładać inny komplet, bo moja opina jest tu najważniejsza lub kolegi z pracy? Trochę to mija się z celem.
To tak, jakby wiedzieć, że partner od zawsze lubi np. długie włosy i eleganckie ubranie, tak też wyglądać w momencie poznania, po czym nagle ściąć włosy na bardzo krótko i zacząć nosić glany. Można? No można, ale ja się pytam, po co? Przecież każdy chce wyglądać w oczach partnera jak najlepiej. Nie przypuszczałam, że takie coś przyjdzie mi tłumaczyć
Jasne, że powinno się kogoś kochać i akceptować również w piżamach, zaspanego o 5 rano, no ale jeśli się już szykuję, jeśli to jest dodatek do atrakcyjności, który i tak założę, to czemu przy okazji nie sprawić przyjemności partnerowi, a jednocześnie sobie radości, że coś mu się tak podoba? Po co to sobie odbierać?
Wracając do szkodliwości czynów: ja mogę uważać, że nagły (powtarzam: nagły, nowy) pomysł partnera, żeby skoczyć z bungee, wejść na Mount Everest itd. może być niebezpieczny oraz szkodliwy dla niego i z tego powodu będę próbować mu to wyperswadować. I co, czy w tym momencie wyjdę na osobę, która na siłę narzuca swoje poglądy? Czy moje wymogi, żeby partner zrezygnował z ryzykownego marzenia, które pojawiło się nagle, bo załóżmy że wcześniej takich zachowań nie przejawiał, będą postrzegane jako złe? Powinnam zgodzić się, a potem w razie wypadku wyrzucać sobie, że go nie powstrzymałam?
Poza tym dużo w tym względzie zależy od typu osobowości. Są osoby dość silnie zaznaczające swoją indywidualność i wolność, trochę egoistycznie myślące (nikogo tu nie obrażając, jedynacy często mają taką tendencję, że należało im się od zawsze wszystko, co chcieli i byli zawsze najważniejsi dla rodziców, nie musieli dzielić się ich uwagą, a każde nowe marzenie było spełniane natychmiast. Widzę to po moim starszym bracie, który 5 lat był jedynakiem. Miał i nadal ma problemy z ustępstwami, wiąże się to pewnie z tym, że ustępstwa przypominają mu odebraną uwagę i poczucie bycia najważniejszym od momentu, gdy urodziliśmy się my). Takie osoby często wolą się rozstać niż zrezygnować z jakieś rzeczy, bo są nieustępliwe z natury, a są takie, u których pójście na ustępstwo to coś normalnego (zwłaszcza jak ktoś się wychowywał z rodzeństwem od maleńkości to wie, że bez ustępstw nie udałoby się dożyć do wieku dorosłego
Bardzo często jest tak, że trzeba było czasem zrezygnować z czegoś na rzecz rodzeństwa, poświęcić się, ustąpić w kłótni, poczekać na coś dłużej. Ja np. przez to, że od zawsze miałam rodzeństwo, bo byłam tym młodszym dzieckiem, to nigdy nie dostawałam 100% uwagi, wszystkim musiałam się dzielić, często musiałam coś oddać, zrezygnować z jakiegoś marzenia, bo np. w danym momencie ważniejsze było, żeby kupić bratu buty i kurtkę, bo znów coś zniszczył, a pluszak to "widzimisię" bez którego mogę się obejść. Kto wychowywał się w wielodzietnych rodzinach, ten wie, jak to działa. Po części jest to dobra nauka "życia w stadzie"
). Po prostu dla osób od dziecka żyjących w dużej "grupie" ustępstwa będą czymś normalnym, wcale nie uwłaczającego. I dużo zależy od tego, jaką osobę akurat się pozna. Czy nauczoną trochę ustępować, czy nie.
[zatroskany internauta] Czyli robi co chce i ma w dupie opinię 2 osoby tak? To idąc tym tokiem rozumowania można sobie skoczyć w bok z kimś trzecim bo np takie mam marzenie i nic 2 osobie do tego. A jak się będzie czepiała, to powinienem powiedzieć, że nie będzie mnie ograniczać bo mam do tego prawo (w końcu "to moje ciało i robię co chcę").
[santapietruszka] Generalnie nic drugiej osobie do tego, czy Ty masz ochotę skoczyć w bok i czy to zrobisz. Tak, nic nikomu do tego. Jeśli kocham, to nie zdradzę. Sama z siebie. A nie dlatego, że druga osoba sobie tego nie życzy i mi zabroni.
Sorry Santapietruszka, ale tu się z Tobą nie zgodzę. Jak to "nic drugiej osobie do tego"? Myślę, że każdy, nawet jak jest singlem, ustala jakąś swoją moralność. I to nie ma nic wspólnego z miłością, ale po prostu z moralnością i szacunkiem do drugiej osoby. Tu trzeba patrzeć, jakie dana osoba miała do tego podejście, będąc singlem. Czy umiała uszanować siebie i innych, gdy nikogo nie kochała. Bo zobacz, pojawi się miłość, wszelkie zdrady będą nie do pomyślenia i to jest logiczne. Ale weź pod uwagę małżeństwo i relację długoterminową- jeśli po 20-30 latach małżeństwa największe uczucie się osłabia, relacja zmienia się bardziej w przyjacielską miłość, a z 3 faz miłości (namiętności, intymności i zaangażowania) pozostają już tylko zaangażowanie (czyli myśli, decyzje, uczucia.) i intymność (czyli wspólne dbanie o siebie, wzajemny szacunek, zrozumienie, wsparcie), to wtedy poczucie, że to "miłość" osłabia się, choć jest to po prostu już inna faza miłości (a to normalne, koleje każdego związku takie będą), często pojawiają się też kryzysy w związku, myśli, że to już nie miłość? I co i wtedy upoważnia Cię to do zdrady, bo "drugiej osobie nic do tego", a jak już "nie kochasz" to możesz zdradzić? No nie, bo jak sami darzymy kogoś szacunkiem i przestrzegamy pewnych zasad, to oczekujemy tego samego od drugiej osoby i to powinno być normalne. Ale to mówię, radzę patrzeć, jak dana osoba podchodzi do takich spraw będąc singlem, czyli jeszcze nie kochając, a już mając możliwość pokazania, czy darzy szacunkiem siebie i innych.
Kompromisy w takim codziennym życiu, w mniej ważnych i nieoczekiwanych sprawach są bardzo ważne (nie mówię tu o zmienianiu siebie, ale o rzeczach mniej ważnych, które nie wychodzą już na początku znajomości), bo inaczej to nie będzie związek, a ciągła walka ze sobą, udowadnianie, kto tym razem będzie silniejszy i się nie ugnie. A czy naprawdę o to chodzi w związku?
A teraz przykład z życia, sami powiedźcie, co sądzicie o tej sytuacji:
Moja przyjaciółka zawsze kochała miasto, chciała mieszkać w przyszłości w dużym mieście i pracować tu w policji, a najlepiej to w CBA, bo to od zawsze było jej marzeniem. Po czym poznała chłopaka, który po studiach wyjechał do siebie na wieś. I nie chce mieszkać w mieście, bo nie odnajduje się tu, bardzo się męczył podczas studiów. Co więcej, chce mieszkać w domu ze swoją mamą, czego przyjaciółka bardzo nie chce. I wiecie co, ona postanowiła przeprowadzić się w jego rejony, składać póki co papiery do zwykłej policji. A wiecie czemu? Bo przede wszystkim go kocha i dla niej to stało się ważniejsze, nie chce końca tego związku. Ustalone jest, że póki co, na początek tam będzie pracować, a kiedyś, jak dalej będzie chciała, to będzie aplikować do pracy marzeń(teraz i tak miałaby marne szanse). Ale w dalszym ciągu nierozwiązany jest problem mieszkania. Ona nie chce mieszkać z jego mamą i koniec. Rozmawia o tym ze mną często, radzi się. Ustaliłyśmy, że w takiej sytuacji najlepszy będzie "kompromis" obu stron, czyli ona przeprowadza się w jego rejony, on nie musi mieszkać w mieście, ale wspólnie wynajmą mieszkanie w takim mniejszym miasteczku, gdzie jest komisariat policji (praca dla niej), a z którego jest 20 minut drogi do jego rodzinnego domu. Jeszcze to nie nastąpiło, bo ona jeszcze się nie obroniła, ale czy to jest zły kompromis wg Was? Czy może ona powinna z nim zerwać, zostać w mieście i spełnić od razu marzenia o pracy? Ale czy dałoby to jej szczęście, skoro ona naprawdę go kocha i nie chce rozstania? Albo czy on powinien przeprowadzić się do miasta i się tu męczyć? Albo czy ona powinna przeprowadzić się na wieś do jego domu, czy powinna zgodzić się na wspólne mieszkanie z jego mamą wbrew sobie? Pytam Was tu serio o opinię, bo to prawdziwa sytuacja.
(...) A teraz przykład z życia, sami powiedźcie, co sądzicie o tej sytuacji:
Moja przyjaciółka zawsze kochała miasto, chciała mieszkać w przyszłości w dużym mieście i pracować tu w policji, a najlepiej to w CBA, bo to od zawsze było jej marzeniem. Po czym poznała chłopaka, który po studiach wyjechał do siebie na wieś. I nie chce mieszkać w mieście, bo nie odnajduje się tu, bardzo się męczył podczas studiów. Co więcej, chce mieszkać w domu ze swoją mamą, czego przyjaciółka bardzo nie chce. I wiecie co, ona postanowiła przeprowadzić się w jego rejony, składać póki co papiery do zwykłej policji. A wiecie czemu? Bo przede wszystkim go kocha i dla niej to stało się ważniejsze, nie chce końca tego związku. Ustalone jest, że póki co, na początek tam będzie pracować, a kiedyś, jak dalej będzie chciała, to będzie aplikować do pracy marzeń(teraz i tak miałaby marne szanse). Ale w dalszym ciągu nierozwiązany jest problem mieszkania. Ona nie chce mieszkać z jego mamą i koniec. Rozmawia o tym ze mną często, radzi się. Ustaliłyśmy, że w takiej sytuacji najlepszy będzie "kompromis" obu stron, czyli ona przeprowadza się w jego rejony, on nie musi mieszkać w mieście, ale wspólnie wynajmą mieszkanie w takim mniejszym miasteczku, gdzie jest komisariat policji (praca dla niej), a z którego jest 20 minut drogi do jego rodzinnego domu. Jeszcze to nie nastąpiło, bo ona jeszcze się nie obroniła, ale czy to jest zły kompromis wg Was? Czy może ona powinna z nim zerwać, zostać w mieście i spełnić od razu marzenia o pracy? Ale czy dałoby to jej szczęście, skoro ona naprawdę go kocha i nie chce rozstania? Albo czy on powinien przeprowadzić się do miasta i się tu męczyć? Albo czy ona powinna przeprowadzić się na wieś do jego domu, czy powinna zgodzić się na wspólne mieszkanie z jego mamą wbrew sobie? Pytam Was tu serio o opinię, bo to prawdziwa sytuacja.
Zdania nie zmieniam, kompromis nie jest dobrym rozwiązaniem. W opisanym przypadku dodatkowego smaczku dodaje fakt, kto z kim zawarł kompromis: Ty z przyjaciółką ustaliłyście co dla niej i jej chłopaka jest lepsze.
Jak można rozwiązać problem, by nie było ofiar, napisałam wczoraj.
Zachęcam do przeczytania mądrych książek, np.:
* Ghazal M., Zjedz zupkę i bądź cicho
* Rosenberg Marshall B., Porozumienie bez przemocy
* Fisher R., Ury W., Dochodząc do tak. Negocjowanie bez poddawania się
* Ury W., Odchodząc od nie. Negocjowanie od konfrontacji do kooperacji
a ja powiem jedno: partner - "rzecz nabyta"
może być ten, a może być inny, może mi obiecywac miłość do smierci, a odejdzie po 10 latach
a swoje życie mam jedno
dlatego najpierw jestem "ja", a potem inni
(...) swoje życie mam jedno
dlatego najpierw jestem "ja", a potem inni
A fe! Tak wprost pisać o tym, ze jesteś dla siebie ważną osobą.
Wielokropek i _v_, ja wiem, że Wy zdania nie zmienicie i macie do tego prawo, napisałam tylko swój punkt widzenia i po części wyjaśnienie, co może powodować, że jedna osoba uważa, że nie pójdzie na ustępstwa, a dla kogoś innego to nie jest żaden problem i powód do kłótni. Wolność człowieka kończy się na wolności drugiego człowieka i to działa w obie strony. Nasza wolność i decyzję wpływają też na życie naszego partnera, choćby wydawało się, że tylko nas coś dotyczy. Po prostu trzeba o tym pamiętać i mądrze podejmować decyzje.
W opisanym przypadku dodatkowego smaczku dodaje fakt, kto z kim zawarł kompromis: Ty z przyjaciółką ustaliłyście co dla niej i jej chłopaka jest lepsze.
Jak można rozwiązać problem, by nie było ofiar, napisałam wczoraj.
Tak się składa, że pomysł był przyjaciółki, wcześniej wiedział o nim jej partner, bo rozmawiała o tym z nim, a mnie się potem pytała o opinię i wtedy wspólnie "ustaliłyśmy", że faktycznie, to będzie najlepsze rozwiązanie. Jej chłopak niby to akceptuje, też się z tym zgadza, ale widać, że coś kręci, bo im bliżej podejmowania decyzji o przeprowadzce, tym on jakoś nie może się do tego zabrać, coś kręci, odwleka. Pewnie będzie próbował ją jakoś przekabacić, żeby jednak zamieszkała w jego rodzinnym domu, a do pracy dojeżdżała razem z nim.
Wiem, że partner rzecz nabyta, a jej marzenie o pracy CBA jest naprawdę duże i to od wielu lat, a partnera ma od 2. Dlatego mówię jej, żeby z tego nie rezygnowała i stanęło na tym, że póki co będzie pracować w zwykłej policji, ale będzie starać się dążyć do tego, żeby kiedyś to zmienić. Ale co, jeśli ani on ani ona nie pójdą na ustępstwo z mieszkaniem? Mają się rozstać? Naprawdę widzę, że ona go kocha i że cierpi na myśl o ewentualnym rozstaniu, dużo jest w stanie poświęcić, żeby do tego nie dopuścić.
a ja powiem jedno: partner - "rzecz nabyta"
może być ten, a może być inny, może mi obiecywac miłość do smierci, a odejdzie po 10 latacha swoje życie mam jedno
dlatego najpierw jestem "ja", a potem inni
tym bardziej potrzebny jest kompromis, gdy spotkaja sie dwie tak myslace osoby. Inaczej związek to ciągła walka o wpływy, bo każdy będzie uwazal, ze on i jego potrzeby sa najwazniejsze. Zwiazek wlasnie na tym polega, ze nie ma juz najpierw ja, tylko najpierw my. Wzajemne ustepstwa to sa kompromisy. Gramy do wspólnej bramki. Ty, V, chyba nie do końca rozumiesz, czym jest zwiazek. Naprawdę nie ogarniam, czemu tak demonizujesz kompromis, który przecież jest nieodlacznym elementem wspolnego zycia a Ty i niektórzy, traktujecie go jako zamach na wasza wolność. Totalne nieporozumienie.. Możesz być silna i niezależna i chodzić na kompromisy, nic Ci nie ubedzie z tego powodu. Uważam, ze wręcz przeciwnie. Umiejętność zawierania kompromisu jest bardzo pozytywna cecha i świadczy o mądrości i dojrzałości człowieka. Mam nieodparte wrażenie, ze kompromis jest dla Ciebie tożsamy z konformizmem stad z taka mocą mu się przeciwstawiasz ![]()
176 2017-09-06 12:14:20 Ostatnio edytowany przez Wielokropek (2017-09-06 12:16:41)
Za prawo do posiadania swoich poglądów dziękuję. ![]()
Też jestem zwolenniczką używania rozumu i podejmowania mądrych decyzji.
(...) Jej chłopak niby to akceptuje, też się z tym zgadza, ale widać, że coś kręci, bo im bliżej podejmowania decyzji o przeprowadzce, tym on jakoś nie może się do tego zabrać, coś kręci, odwleka. (...)
Taki jest efekt kompromisu, nie wspólnych ustaleń, nie znalezienie rozwiązania satysfakcjonującego oboje. Dzięki za ten przykład, to kolejny dowód popierający moje zdanie.
(...) Pewnie będzie próbował ją jakoś przekabacić, żeby jednak zamieszkała w jego rodzinnym domu, a do pracy dojeżdżała razem z nim. (...)
To konsekwencja tegoż kompromisu, u podstaw myślenie o związku jako walce i podporządkowania sobie drugiej osoby.
(...) Ale co, jeśli ani on ani ona nie pójdą na ustępstwo z mieszkaniem? Mają się rozstać? Naprawdę widzę, że ona go kocha i że cierpi na myśl o ewentualnym rozstaniu, dużo jest w stanie poświęcić, żeby do tego nie dopuścić.
Jak nie rozwiążą problemu, to konflikt będzie narastał. Jeśli ona (albo on) się poświęci, to odbije się to na nim (albo na niej) za czas jakiś, przy pierwszej poważnej kłótni - zostanie wypomniane poświęcenie i brak wdzięczności, stąd prosta droga do szantażu emocjonalnego (być może, o czym napisano w niejednym wątku, ubranego w białe rękawiczki).
Te literówki. ![]()
177 2017-09-06 12:16:20 Ostatnio edytowany przez zatroskany internauta (2017-09-06 12:17:22)
Przeczytałam już wszystkie posty, tak się zastanawiam i myślę, że czegoś nie wzięliście pod uwagę.
Gratuluję cierpliwości ![]()
Wg mnie w tym problemie chodzi o różne postrzeganie szkodliwości czynu. Autor może uważać, że tatuaże w pewnym sensie szkodzą partnerce, bo wpływają źle na jej wygląd, a nie ma z nich pożytku. Wg niego ona będzie szkodziła sama sobie(i jemu też, bo się brzydzi i wie, że jej atrakcyjność by spadła), więc będzie chciał ją powstrzymać przed tym.
Powstrzymać nikogo się nie da i powinno się o tym powiedzieć na samym początku. Jeśli coś nam przeszkadza, druga osoba ma prawo o tym wiedzieć by w ogóle była możliwość próbowania czegokolwiek (wyraźne różnice na początku raczej sugerują zrezygnowanie i poszukanie sobie kogoś bardziej odpowiedniego). Tak samo odpada opcja "kiedyś się zastanowię, może nie zrobię" - jeśli komuś coś bardzo przeszkadza to nie ma miejsca na kompromis bo bycie w związku nie polega na męczeniu się ze sobą.
To tak, jakby wiedzieć, że partner od zawsze lubi np. długie włosy i eleganckie ubranie, tak też wyglądać w momencie poznania, po czym nagle ściąć włosy na bardzo krótko i zacząć nosić glany. Można? No można, ale ja się pytam, po co? Przecież każdy chce wyglądać w oczach partnera jak najlepiej. Nie przypuszczałam, że takie coś przyjdzie mi tłumaczyć
Jasne, że powinno się kogoś kochać i akceptować również w piżamach, zaspanego o 5 rano, no ale jeśli się już szykuję, jeśli to jest dodatek do atrakcyjności, który i tak założę, to czemu przy okazji nie sprawić przyjemności partnerowi, a jednocześnie sobie radości, że coś mu się tak podoba? Po co to sobie odbierać?
Każdy sam decyduje o swoim ciele, ale nie widzę również nic złego w tym, żeby sprawić radość partnerowi nosząc np jakąś biżuterię (z naszej przecież kolekcji), która się mu podoba. Tak samo jeśli chodzi o włosy - jeżeli się kogoś poznaje i ta osoba mówi, że nosi i lubi długie i partner to popiera bo mu się podoba to też nie jest nic złego w tym by takie nosić, chyba, że nagle zacznie się samemu źle z tym czuć (ale niby dlaczego? bo nagle inna moda? - mała dygresja - na modę zwracają uwagę jedynie osoby bez własnego zdania. Nosi się to, co sami akceptujemy i lubimy, a nie to, co ktoś każe bo jest trendy i otoczenie nosi).
[zatroskany internauta] Czyli robi co chce i ma w dupie opinię 2 osoby tak? To idąc tym tokiem rozumowania można sobie skoczyć w bok z kimś trzecim bo np takie mam marzenie i nic 2 osobie do tego. A jak się będzie czepiała, to powinienem powiedzieć, że nie będzie mnie ograniczać bo mam do tego prawo (w końcu "to moje ciało i robię co chcę").
[santapietruszka] Generalnie nic drugiej osobie do tego, czy Ty masz ochotę skoczyć w bok i czy to zrobisz. Tak, nic nikomu do tego. Jeśli kocham, to nie zdradzę. Sama z siebie. A nie dlatego, że druga osoba sobie tego nie życzy i mi zabroni.Sorry Santapietruszka, ale tu się z Tobą nie zgodzę. Jak to "nic drugiej osobie do tego"? Myślę, że każdy, nawet jak jest singlem, ustala jakąś swoją moralność. I to nie ma nic wspólnego z miłością, ale po prostu z moralnością i szacunkiem do drugiej osoby. Tu trzeba patrzeć, jakie dana osoba miała do tego podejście, będąc singlem. Czy umiała uszanować siebie i innych, gdy nikogo nie kochała. Bo zobacz, pojawi się miłość, wszelkie zdrady będą nie do pomyślenia i to jest logiczne. Ale weź pod uwagę małżeństwo i relację długoterminową- jeśli po 20-30 latach małżeństwa największe uczucie się osłabia, relacja zmienia się bardziej w przyjacielską miłość, a z 3 faz miłości (namiętności, intymności i zaangażowania) pozostają już tylko zaangażowanie (czyli myśli, decyzje, uczucia.) i intymność (czyli wspólne dbanie o siebie, wzajemny szacunek, zrozumienie, wsparcie), to wtedy poczucie, że to "miłość" osłabia się, choć jest to po prostu już inna faza miłości (a to normalne, koleje każdego związku takie będą), często pojawiają się też kryzysy w związku, myśli, że to już nie miłość? I co i wtedy upoważnia Cię to do zdrady, bo "drugiej osobie nic do tego", a jak już "nie kochasz" to możesz zdradzić? No nie, bo jak sami darzymy kogoś szacunkiem i przestrzegamy pewnych zasad, to oczekujemy tego samego od drugiej osoby i to powinno być normalne. Ale to mówię, radzę patrzeć, jak dana osoba podchodzi do takich spraw będąc singlem, czyli jeszcze nie kochając, a już mając możliwość pokazania, czy darzy szacunkiem siebie i innych.
Jak się kocha to się nie zdradza. Ale fakt jest taki, że właśnie są tacy indywidualiści, którzy wymagają przestrzegania pewnych zasad, ale jak już wymaga się tego od nich to można usłyszeć "zasady są po to żeby je łamać". I owszem jest to istotna kwestia, na którą powinien mieć wpływ partner.
Moja przyjaciółka zawsze kochała miasto, chciała mieszkać w przyszłości w dużym mieście i pracować tu w policji, a najlepiej to w CBA, bo to od zawsze było jej marzeniem. Po czym poznała chłopaka, który po studiach wyjechał do siebie na wieś. I nie chce mieszkać w mieście, bo nie odnajduje się tu, bardzo się męczył podczas studiów. Co więcej, chce mieszkać w domu ze swoją mamą, czego przyjaciółka bardzo nie chce. I wiecie co, ona postanowiła przeprowadzić się w jego rejony, składać póki co papiery do zwykłej policji. A wiecie czemu? Bo przede wszystkim go kocha i dla niej to stało się ważniejsze, nie chce końca tego związku. Ustalone jest, że póki co, na początek tam będzie pracować, a kiedyś, jak dalej będzie chciała, to będzie aplikować do pracy marzeń(teraz i tak miałaby marne szanse). Ale w dalszym ciągu nierozwiązany jest problem mieszkania. Ona nie chce mieszkać z jego mamą i koniec. Rozmawia o tym ze mną często, radzi się. Ustaliłyśmy, że w takiej sytuacji najlepszy będzie "kompromis" obu stron, czyli ona przeprowadza się w jego rejony, on nie musi mieszkać w mieście, ale wspólnie wynajmą mieszkanie w takim mniejszym miasteczku, gdzie jest komisariat policji (praca dla niej), a z którego jest 20 minut drogi do jego rodzinnego domu. Jeszcze to nie nastąpiło, bo ona jeszcze się nie obroniła, ale czy to jest zły kompromis wg Was? Czy może ona powinna z nim zerwać, zostać w mieście i spełnić od razu marzenia o pracy? Ale czy dałoby to jej szczęście, skoro ona naprawdę go kocha i nie chce rozstania? Albo czy on powinien przeprowadzić się do miasta i się tu męczyć? Albo czy ona powinna przeprowadzić się na wieś do jego domu, czy powinna zgodzić się na wspólne mieszkanie z jego mamą wbrew sobie? Pytam Was tu serio o opinię, bo to prawdziwa sytuacja.
Pewnie tutaj kompromisem byłoby mieszkanie gdzieś na obrzeżach z możliwością sprawnego dojazdu do pracy. Ale ewidentnie widać tu duże poświęcenie z jej strony dla związku. Oby on umiał to docenić.
178 2017-09-06 12:20:56 Ostatnio edytowany przez summerka88 (2017-09-06 12:21:50)
_v_ napisał/a:a ja powiem jedno: partner - "rzecz nabyta"
może być ten, a może być inny, może mi obiecywac miłość do smierci, a odejdzie po 10 latacha swoje życie mam jedno
dlatego najpierw jestem "ja", a potem innitym bardziej potrzebny jest kompromis, gdy spotkaja sie dwie tak myslace osoby. Inaczej związek to ciągła walka o wpływy, bo każdy będzie uwazal, ze on i jego potrzeby sa najwazniejsze. Zwiazek wlasnie na tym polega, ze nie ma juz najpierw ja, tylko najpierw my. Wzajemne ustepstwa to sa kompromisy. Gramy do wspólnej bramki. Ty, V, chyba nie do końca rozumiesz, czym jest zwiazek. Naprawdę nie ogarniam, czemu tak demonizujesz kompromis, który przecież jest nieodlacznym elementem wspolnego zycia a Ty i niektórzy, traktujecie go jako zamach na wasza wolność. Totalne nieporozumienie.. Możesz być silna i niezależna i chodzić na kompromisy, nic Ci nie ubedzie z tego powodu. Uważam, ze wręcz przeciwnie. Umiejętność zawierania kompromisu jest bardzo pozytywna cecha i świadczy o mądrości i dojrzałości człowieka. Mam nieodparte wrażenie, ze kompromis jest dla Ciebie tożsamy z konformizmem stad z taka mocą mu się przeciwstawiasz
Świetnie napisane, Adiaphora ![]()
Mi też się wydaje, że w rzeczywistości v nie ma miejsca na MY, jest tylko JA i TY i dopóki nie ma rozbieżnych marzeń, pragnień i oczekiwań to OK, ale gdy tylko pojawią się różnice, to walka staje się nieunikniona. Wydaje mi się, że v długo tkwiła w związkach, w których nie było jej "Ja" i teraz nadrabia zaległości i trochę czasu minie zanim przejdzie od niczym nieskrępowanej niezależności do zdrowej zależności, która jest domeną bycia w związku, relacji ![]()
już wyjaśniałam, czym jest kompromis
trzymajmy się definicji słów, a nie tego co nam się wydaje, że dane słowo znaczy
więc kompromis jest wtedy, kiedy każda ze stron musi z czegoś zrezygnować
nie ma wtedy satysfakcji ze zrobienia czegoś, nie ma przyjemności, bo nikt nie osiąga tego, czego chce
nie mówiąc już o tym, że większość ludzi podświadomie oczekuje poźniej rewanżu za swoje poświęcenie, a gdy go nie ma lub w ocenie danej osoby jest niewspółmierny do wykonanego poświecenia, to mają żale i pretensje (często nawet nieartykułowane, tylko tłumione w sobie - bo on/ona się nie domyślili, że warto by się zrewanżować)
a nawet jeśli nie wypominają tego partnerowi, bo mają na tyle taktu i wstydu, zeby nie robić tego wprost, to robią to po tym, gdy partner zakończy związek
wystarczy wziąć za przykład pierwszy z brzegu wątek o rozstaniu. zawsze jest tekst: a ja tyle zrobiłam/em dla niej/niego, zawsze byłem/am, zawsze wysłuchałem/am, pomagałem/am, a ona/on odchodzi.
dlatego też nie mam zamiaru dopuszczać jakichkolwiek kompromisów do mojego zycia czy ewentualnego związku
never ever
zupełnie czym innym jest zaś współpraca, lub win-win
świetnie to opisała Wielokropek
kiedy to wszystkie strony osiągają to, czego pragną i nie mają poczucia straty lub braku
jest to sposób trudniejszy, bardziej pracochłonny i czasochłonny, żeby wypracować rozwiązanie takie, żeby żadna ze stron nie musiała z niczego rezygnować
i była w 100% zadowolona z wypracowanej kwestii
to zamierzam stosować w moim ewentualnym związku
choć tak jak pisałam już wielokrotnie związek generalnie nie jest mi do niczego potrzebny
nie daje mi tak naprawdę nic, czego nie mogłabym mieć bez związku
tym bardziej że wcale nie czuję potrzeby robienia rzeczy typowych dla związku (mieszkanie razem, spanie razem, robienie wszystkiego razem)
zawsze też mnie śmieszy, że wiele ludzi ma taki ograniczony pogląd, że musi być tylko zwiazek, albo brak związku
i że kazdy związku chce
albo ze chce związku, który jest identyczny jak u wszystkich innych, czyli mieszkanie razem, slub, dzieci, wspolne wakacje, starzenie się, wygasniecie namiętnosci itp itd.
a przecież możliwości jest multum, w koncu się zaczyna o tym mówić ![]()
a jezeli kiedykolwiek będę w związku, to z osobą, która bedzie miała podobne podejscie - wtedy żadne kompromisy nie będa mi do niczego potrzebne ![]()
bo ani ta osoba nie bedzie chciała zmieniać mnie, ani ja jej
i nie bedziemy wzajemnie zaspokajac swoich braków z dziecinstwa, a jedynie dawać sobie wzajemnie to, co każde z nas samo wypracowało w ciągu swojego zycia
bez oczekiwań, bez szantazy emocjonalnych, bez wymagania poswiecenia od drugiej strony, albo rewanzu za swoje poswiecenie
nie namawiam nikogo do pojscia moją drogą, ale też nie mam ochoty słuchać, że mi się zmieni, albo ze bede musiała cos tam, jak bede chciała byc w zwiazku
moze się zmieni
a moze nie
a musi to na Rusi
i jak napisała Wielokropek - to jest takie straszne, ze siebie stawiam na pierwszym miejscu
ale tak zamierzam czynić aż do śmierci - dla mnie najważniejsza jestem ja i moje dobro oraz moje szczęście
Kinga24 napisał/a:(...) Jej chłopak niby to akceptuje, też się z tym zgadza, ale widać, że coś kręci, bo im bliżej podejmowania decyzji o przeprowadzce, tym on jakoś nie może się do tego zabrać, coś kręci, odwleka. (...)
Taki jest efekt kompromisu, nie wspólnych ustaleń, nie znalezienie rozwiązania satysfakcjonującego oboje. Dzięki za ten przykład, to kolejny dowód popierający moje zdanie.
No dobrze, a jak ona wg Ciebie powinna postąpić? Jakie powinny być "wspólne ustalenia" w tym przypadku? Pytam, bo może ktoś widzi lepsze rozwiązanie. Ona chce iść na kompromis, sama poświęci to, że dawniej chciała mieszkać w mieście, zostawi tu chorą mamę, z której zdrowiem będzie coraz gorzej, bo choruje na chorobę genetyczną, poświęci (tymczasowo marzenia o CBA), by mieszkać bliżej niego (związek na odległość coraz bardziej im się rozpada). Ona zdaje sobie sprawę z tych ustępstw, ale i z tego, że dłużej taki związek na odległość nie pociągnie. A jednocześnie "wymaga" od niego też pewnych ustępstw- opuszczenia domu rodzinnego i zamieszkania z nią w tym miasteczku). A wymaga nie dlatego, żeby mu zrobić na złość, ale dlatego, że jak tylko ona poświęci wszystko, a on nic, to nawet gdyby związek trwał do śmierci, to i tak prędzej czy później ona będzie mieć do niego pretensje. Będzie czuć się pokrzywdzona, a w kłótniach wypominać mu to, że poświęciła wszystko, a on nic. A jeżeli oboje coś "poświęcą" na rzecz wspólnego, dobrego życia w zgodzie, to wg mnie bardziej będą zaangażowani w relację i bardziej będą o nią dbać (im więcej się daje z siebie, inwestuje w coś, cokolwiek, nie tylko w związek, tym bardziej nam na tym zależy. Co przychodzi łatwo, nie jest takie cenne), będą świadomi, że oboje coś włożyli w rozwój tego związku.
Jak nie rozwiążą problemu, to konflikt będzie narastał. Jeśli ona (albo on) się poświęci, to odbije się to na nim (albo na niej) za czas jakiś, przy pierwszej poważnej kłótni - zostanie wypomniane poświęcenie i brak wdzięczności, stąd prosta droga do szantażu emocjonalnego (być może, o czym napisano w niejednym wątku, ubranego w białe rękawiczki).
No właśnie, zgodzę się z tym. Czy nie będzie więc najlepiej, jeśli oboje coś poświęcą? A nie, że tylko jedna osoba?
Te literówki.
? Oświeć, bo nie zauważam. Jak jakieś są, to sorry, piszę szybko, bo nie mam za dużo czasu.
Powstrzymać nikogo się nie da i powinno się o tym powiedzieć na samym początku. Jeśli coś nam przeszkadza, druga osoba ma prawo o tym wiedzieć by w ogóle była możliwość próbowania czegokolwiek (wyraźne różnice na początku raczej sugerują zrezygnowanie i poszukanie sobie kogoś bardziej odpowiedniego). Tak samo odpada opcja "kiedyś się zastanowię, może nie zrobię" - jeśli komuś coś bardzo przeszkadza to nie ma miejsca na kompromis bo bycie w związku nie polega na męczeniu się ze sobą.
No tak, ale biorę tu pod uwagę sytuację, gdy ktoś wiedział o zastrzeżeniach, a mimo to po jakimś czasie postanowił zrobić ten tatuaż czy inną rzecz. Albo gdy wyszła z czasem rzecz mniej ważna, która nie była omawiana, a która dla jednego partnera jest nie do zaakceptowania, a dla drugiego w sumie nie aż tak bardzo ważna.
Co do włosów- mój starszy brat miał narzeczoną. Gdy ją poznał, ona miała długie włosy, takie mu się podobały i to jej mówił. Po prostu nie podobają mu się dziewczyny w krótkich. A ona co zrobiła? Obcięła je na krótko. Moda? Chęć zmian? Nie wiem, ale nie liczyła się z jego opinią. Mimo to, że wiedziała, że on tego nie chce. Okropnie w takich włosach wyglądała, on to jakoś znosił, choć było to kolejnym powodem do kłótni. Teraz już nie jest jego narzeczoną, rozstali się (nie przez włosy, ale ciągłe konflikty, które wynikały z tego, że ciągle stawiała na swoim). I co się dzieje od roku? Od roku ona gania za nim i błaga o drugą szansę. Włosy ma już długie. Nagle potulna i chcąca iść na ustępstwa. No ale jest za późno, bo on już jej nie chce. I dziewczyna doprowadziła do tego, co najwyraźniej chciała uzyskać.
Pewnie tutaj kompromisem byłoby mieszkanie gdzieś na obrzeżach z możliwością sprawnego dojazdu do pracy. Ale ewidentnie widać tu duże poświęcenie z jej strony dla związku. Oby on umiał to docenić.
No właśnie i taki jest plan, niby ustalony przez nich, też się z tym planem zgadzałam, a tu nagle okazuje się, że ten chłopak nie jest chyba gotowy na to ustępstwo, nawet na to jedno ze swojej strony, bo zwleka z decyzją, "nie chce o tym teraz rozmawiać" itd. I ona mi mówi, że czuje się okropnie, jakby mu nic nie zależało i jej nie kochał. No i nie dziwię się, że ma takie odczucia.
summerka88 i adiaphora no właśnie też się zgadzam z Wami, jak widać, nasz inny punkt widzenia wynika najwyraźniej z innej osobowości, innego charakteru. I tego nie da się przeskoczyć, jedynie przy poznawaniu drugiej osoby możemy ocenić, czy mamy podobne podejście i zdecydować wtedy, czy chce się z taką osobą wiązać. Decyzja jest utrudniona zauroczeniem, co później ma różne skutki w przyszłości
już wyjaśniałam, czym jest kompromis
trzymajmy się definicji słów, a nie tego co nam się wydaje, że dane słowo znaczywięc kompromis jest wtedy, kiedy każda ze stron musi z czegoś zrezygnować
nie ma wtedy satysfakcji ze zrobienia czegoś, nie ma przyjemności, bo nikt nie osiąga tego, czego chce
Kompromis jest również wtedy, gdy połączy się oczekiwania obu stron tak, by nie musiały z niczego rezygnować. Przykładowo: Ona chce jechać nad morze, on woli pozwiedzać stare budowle. Rozwiązanie - kompromis - jadą nad morze, po drodze odwiedzając miasto ze starymi budowlami.
Gdzie tutaj masz rezygnację z czegokolwiek? ![]()
182 2017-09-06 13:03:05 Ostatnio edytowany przez summerka88 (2017-09-06 13:08:32)
_v_ napisał/a:już wyjaśniałam, czym jest kompromis
trzymajmy się definicji słów, a nie tego co nam się wydaje, że dane słowo znaczywięc kompromis jest wtedy, kiedy każda ze stron musi z czegoś zrezygnować
nie ma wtedy satysfakcji ze zrobienia czegoś, nie ma przyjemności, bo nikt nie osiąga tego, czego chceKompromis jest również wtedy, gdy połączy się oczekiwania obu stron tak, by nie musiały z niczego rezygnować. Przykładowo: Ona chce jechać nad morze, on woli pozwiedzać stare budowle. Rozwiązanie - kompromis - jadą nad morze, po drodze odwiedzając miasto ze starymi budowlami.
Gdzie tutaj masz rezygnację z czegokolwiek?
Ach dlatego może tytuł tego wątku brzmi SZTUKA kompromisu, bo sztuką jest pójść na kompromis. Nie każdy to potrafi, albo jeszcze nie potrafi ![]()
Od kompromisu lepszy jest zdecydowanie konsensus, ale nie zawsze można zastosować takie rozwiązanie.
183 2017-09-06 13:05:20 Ostatnio edytowany przez _v_ (2017-09-06 13:06:56)
_v_ napisał/a:już wyjaśniałam, czym jest kompromis
trzymajmy się definicji słów, a nie tego co nam się wydaje, że dane słowo znaczywięc kompromis jest wtedy, kiedy każda ze stron musi z czegoś zrezygnować
nie ma wtedy satysfakcji ze zrobienia czegoś, nie ma przyjemności, bo nikt nie osiąga tego, czego chceKompromis jest również wtedy, gdy połączy się oczekiwania obu stron tak, by nie musiały z niczego rezygnować. Przykładowo: Ona chce jechać nad morze, on woli pozwiedzać stare budowle. Rozwiązanie - kompromis - jadą nad morze, po drodze odwiedzając miasto ze starymi budowlami.
Gdzie tutaj masz rezygnację z czegokolwiek?
chociazby to, ze lubiąc leżec na plazy, stracę połowę wyjazdu na jakies zwiedzanie, co kompletnie by mnie nie interesowało ![]()
dla Twojej wiadomości? (za Wikipedią - tak, tak, Wikipedia nie jest zródlem wiedzy, bla bla bla):
"Kompromis – metoda rozwiązania konfliktu, oznaczająca wspólne stanowisko, możliwe do przyjęcia dla stron negocjujących. Wbrew obiegowej opinii kompromis nie jest optymalnym rozwiązaniem konfliktu, ponieważ oznacza konieczność rezygnacji z części interesów każdej ze stron"
ile razy jeszcze bedą musiała to wklejać?
184 2017-09-06 13:06:00 Ostatnio edytowany przez Wielokropek (2017-09-06 13:11:57)
Kompromis jest również wtedy, gdy połączy się oczekiwania obu stron tak, by nie musiały z niczego rezygnować. Przykładowo: Ona chce jechać nad morze, on woli pozwiedzać stare budowle. Rozwiązanie - kompromis - jadą nad morze, po drodze odwiedzając miasto ze starymi budowlami.
Gdzie tutaj masz rezygnację z czegokolwiek?
Szybko się uczysz i przekładasz podany wczoraj przykład na własne warunki. ![]()
Rzecz w tym, że to nie jest kompromis, chyba że... on będzie musiał leżeć na plaży, ona zaś będzie musiała zwiedzać.
Haczykiem, o którym wczoraj przez zapomnienie nie napisałam, jest jedna rzecz: szukamy rozwiązania dla wspólnego wyjazdu; celem jest wspólny wyjazd i szukamy takiego miejsca, które akceptują (bez poświęcania się) oboje.
chociazby to, ze lubiąc leżec na plazy, stracę połowę wyjazdu na jakies zwiedzanie, co kompletnie by mnie nie interesowało
ile razy jeszcze bedą musiała to wklejać?
Wspomniałaś wyraźnie o rezygnacji z czegoś. W podanym przykładzie żadna ze stron nie rezygnuje z niczego. A wyjazd zawsze można przedłużyć o dodatkowe dni dla np. zwiedzania przed lub po opalaniu na plaży. Niepotrzebnie komplikujesz oczywisty fakt, że do kompromisu dojść można tak by każda strona była zadowolona. Ewidentnie widać tutaj Twoje przykre doświadczenia z przeszłości, w których zapewne nie było jak wyżej wspomniała Summerka MY tylko Ty i Ja.
186 2017-09-06 13:26:27 Ostatnio edytowany przez summerka88 (2017-09-06 13:26:44)
_v_ napisał/a:chociazby to, ze lubiąc leżec na plazy, stracę połowę wyjazdu na jakies zwiedzanie, co kompletnie by mnie nie interesowało
ile razy jeszcze bedą musiała to wklejać?
Wspomniałaś wyraźnie o rezygnacji z czegoś. W podanym przykładzie żadna ze stron nie rezygnuje z niczego. A wyjazd zawsze można przedłużyć o dodatkowe dni dla np. zwiedzania przed lub po opalaniu na plaży. Niepotrzebnie komplikujesz oczywisty fakt, że do kompromisu dojść można tak by każda strona była zadowolona. Ewidentnie widać tutaj Twoje przykre doświadczenia z przeszłości, w których zapewne nie było jak wyżej wspomniała Summerka MY tylko Ty i Ja.
Żeby nie było nieporozumień, to dodam, że w zdrowym związku powinno być miejsce dla Ja, dla Ty, ale i dla My. Jeśli ktoś nie znajduje w sobie przestrzeni dla My, to lepiej, żeby w związki nie wchodził, bo wtedy każde odejście od Ja na rzecz My jest równoznaczne z zatraceniem swego Ja, utratą niezależności, albo nawet godności.
Każdy powinien trochę od siebie dać (My) i trochę wymagać (Ja, Ty). Jeżeli wszystko robilibyśmy tak jak partner każe, wówczas faktycznie przestajemy się liczyć jako strona związku i stajemy się tylko skorupą bez wymagań, marzeń i oczekiwań, która na wszystko się zgadza.
zupełnie czym innym jest zaś współpraca, lub win-win
świetnie to opisała Wielokropek
kiedy to wszystkie strony osiągają to, czego pragną i nie mają poczucia straty lub braku
jest to sposób trudniejszy, bardziej pracochłonny i czasochłonny, żeby wypracować rozwiązanie takie, żeby żadna ze stron nie musiała z niczego rezygnować
i była w 100% zadowolona z wypracowanej kwestii
Zgadzam się, ale są sytuacje w życiu, kiedy po prostu nie da się osiągnąć tego, żeby obie strony miały co chciały. Tak jak to jest u mojej przyjaciółki. Jeśli ona zostanie dłużej u siebie w mieście i będzie tu szukać pracy, a on dalej będzie mieszkać z mamą i pracować tam, gdzie pracuje, to daję im maksymalnie rok, dwa, a związek się rozpadnie.
choć tak jak pisałam już wielokrotnie związek generalnie nie jest mi do niczego potrzebny
nie daje mi tak naprawdę nic, czego nie mogłabym mieć bez związku
Tak, też tak teraz myślę. Ale sytuacja zmienia się troszkę, gdy wchodzą emocje i zaczynam coś do kogoś czuć.
tym bardziej że wcale nie czuję potrzeby robienia rzeczy typowych dla związku (mieszkanie razem, spanie razem, robienie wszystkiego razem)
więc widzisz, masz inną osobowość, jesteś po prostu typem indywidualistki chodzącej swoimi ścieżkami, pewnie też dlatego nie lubisz ustępstw i narzucania sobie czyjegoś zdania. Ale nie oznacza to, że jeśli ktoś ma inaczej, jeśli ma inne potrzeby, to jego myślenie jest złe, gorsze. Niektórzy mogą mieć potrzebę życia w stadzie, w robieniu wielu rzeczy razem, a co za tym idzie, w zgadzaniu się na ustępstwa i nie muszą w związku z tym czuć, że są pokrzywdzeni.
zawsze też mnie śmieszy, że wiele ludzi ma taki ograniczony pogląd, że musi być tylko zwiazek, albo brak związku
i że kazdy związku chce
A tu już trochę za bardzo pojechałaś. Jak pisałam wyżej- każdy może mieć inne poglądy, inną osobowość i inne oczekiwania od życia. Ale skąd zakładania, że ci "inni" niż my mają ograniczony pogląd (lub że ich pogląd jest na pewno zły). My tu dyskutujemy, każdy może wyrazić swoją opinię. I nie uważam, że Twoje podejście jest złe czy ograniczone, ale że jest inne niż moje. A zauważyłam, że od początku wątku próbujecie przeforsować opinię, że kompromis jest zły, że nie wolno go stosować, a jak ktoś ma inną opinię, to jest niepoważny. Jeżeli ma inną opinię i żyje mu się z tym dobrze, to zapewniam, że krzywdy nie odczuwa.
a jezeli kiedykolwiek będę w związku, to z osobą, która bedzie miała podobne podejscie - wtedy żadne kompromisy nie będa mi do niczego potrzebne
I to jest jedyne słuszne podejście. Każdy z nas ma jakieś tam poglądy, trzeba po prostu znaleźć kogoś, kto pasuje do nas pod względem osobowości. To dlaczego więc wcześniej było tu pisane, żeby nie szukać osób "identycznych" jak my? Jak ktoś chce taką osobę znaleźć, to niech szuka, może się uda. Tak jak Ty może spotkasz kogoś, kto będzie miał podobne podejście do Twojego. Na tym polega świadomy wybór i mądre decyzje. Wiadomo, że życie zmusza nas nieraz do obniżenia "wymagań", no ale nigdy nic nie zmusza nas do zmiany myślenia o 180 stopni. Jeśli ktoś ma spotkać osobę, która będzie mu odpowiadać w 80% (wg swoich wymagać), to dlaczego ma być z kimś, kto odpowiada mu w 30% przekonań itd.? W myśl zasady, że "ludzie i tak nie są identyczni? No nie są, ale niektórzy są do siebie bardziej podobni, a inni mniej
to ja tu podam za przykład zwiazek Szymborskiej z Filipowiczem
nawet nie mieszkali razem - kazde zyło osobno, robiło co innego
a jednak darzyli się uczuciem i taką czułością, że niejednemu "normalnemu" związkowi by się to przydało.
Sama Szymborska tak mówiła: "Byliśmy ze sobą 23 lata. Cudowny człowiek, świetny pisarz. Nie mieszkaliśmy razem, nie przeszkadzaliśmy sobie. To byłoby śmieszne: jedno pisze na maszynie, drugie pisze na maszynie... Byliśmy końmi, które cwałują obok siebie. Czasem nie widzieliśmy się przez trzy dni''.
Uważała go za swoją bratnią duszę. Ale na przykład nie rozpaczała po jego śmierci, bo nie leżało to w jej naturze. (cytat z Wysokich Obcasów)
rodzajów związków jest tyle, ze naprawdę można stworzyć swój własny model, który bedzie odpowiadał danym ludziom.
_v_ napisał/a:zupełnie czym innym jest zaś współpraca, lub win-win
świetnie to opisała Wielokropek
kiedy to wszystkie strony osiągają to, czego pragną i nie mają poczucia straty lub braku
jest to sposób trudniejszy, bardziej pracochłonny i czasochłonny, żeby wypracować rozwiązanie takie, żeby żadna ze stron nie musiała z niczego rezygnować
i była w 100% zadowolona z wypracowanej kwestiiZgadzam się, ale są sytuacje w życiu, kiedy po prostu nie da się osiągnąć tego, żeby obie strony miały co chciały. Tak jak to jest u mojej przyjaciółki. Jeśli ona zostanie dłużej u siebie w mieście i będzie tu szukać pracy, a on dalej będzie mieszkać z mamą i pracować tam, gdzie pracuje, to daję im maksymalnie rok, dwa, a związek się rozpadnie.
_v_ napisał/a:choć tak jak pisałam już wielokrotnie związek generalnie nie jest mi do niczego potrzebny
nie daje mi tak naprawdę nic, czego nie mogłabym mieć bez związkuTak, też tak teraz myślę. Ale sytuacja zmienia się troszkę, gdy wchodzą emocje i zaczynam coś do kogoś czuć.
_v_ napisał/a:tym bardziej że wcale nie czuję potrzeby robienia rzeczy typowych dla związku (mieszkanie razem, spanie razem, robienie wszystkiego razem)
więc widzisz, masz inną osobowość, jesteś po prostu typem indywidualistki chodzącej swoimi ścieżkami, pewnie też dlatego nie lubisz ustępstw i narzucania sobie czyjegoś zdania. Ale nie oznacza to, że jeśli ktoś ma inaczej, jeśli ma inne potrzeby, to jego myślenie jest złe, gorsze. Niektórzy mogą mieć potrzebę życia w stadzie, w robieniu wielu rzeczy razem, a co za tym idzie, w zgadzaniu się na ustępstwa i nie muszą w związku z tym czuć, że są pokrzywdzeni.
_v_ napisał/a:zawsze też mnie śmieszy, że wiele ludzi ma taki ograniczony pogląd, że musi być tylko zwiazek, albo brak związku
i że kazdy związku chceA tu już trochę za bardzo pojechałaś. Jak pisałam wyżej- każdy może mieć inne poglądy, inną osobowość i inne oczekiwania od życia. Ale skąd zakładania, że ci "inni" niż my mają ograniczony pogląd (lub że ich pogląd jest na pewno zły). My tu dyskutujemy, każdy może wyrazić swoją opinię. I nie uważam, że Twoje podejście jest złe czy ograniczone, ale że jest inne niż moje. A zauważyłam, że od początku wątku próbujecie przeforsować opinię, że kompromis jest zły, że nie wolno go stosować, a jak ktoś ma inną opinię, to jest niepoważny. Jeżeli ma inną opinię i żyje mu się z tym dobrze, to zapewniam, że krzywdy nie odczuwa.
_v_ napisał/a:a jezeli kiedykolwiek będę w związku, to z osobą, która bedzie miała podobne podejscie - wtedy żadne kompromisy nie będa mi do niczego potrzebne
I to jest jedyne słuszne podejście. Każdy z nas ma jakieś tam poglądy, trzeba po prostu znaleźć kogoś, kto pasuje do nas pod względem osobowości. To dlaczego więc wcześniej było tu pisane, żeby nie szukać osób "identycznych" jak my? Jak ktoś chce taką osobę znaleźć, to niech szuka, może się uda. Tak jak Ty może spotkasz kogoś, kto będzie miał podobne podejście do Twojego. Na tym polega świadomy wybór i mądre decyzje. Wiadomo, że życie zmusza nas nieraz do obniżenia "wymagań", no ale nigdy nic nie zmusza nas do zmiany myślenia o 180 stopni. Jeśli ktoś ma spotkać osobę, która będzie mu odpowiadać w 80% (wg swoich wymagać), to dlaczego ma być z kimś, kto odpowiada mu w 30% przekonań itd.? W myśl zasady, że "ludzie i tak nie są identyczni? No nie są, ale niektórzy są do siebie bardziej podobni, a inni mniej
Bo taka osoba nie musi być identyczna
Może lubić sushi, chodzenie po górach, mieć psy, lubić zupę mleczną, tworzyć muzykę, grać w gry komputerowe - czyli moze byc zupełnie rózne ode mnie ![]()
zatroskany internauta napisał/a:_v_ napisał/a:już wyjaśniałam, czym jest kompromis
trzymajmy się definicji słów, a nie tego co nam się wydaje, że dane słowo znaczywięc kompromis jest wtedy, kiedy każda ze stron musi z czegoś zrezygnować
nie ma wtedy satysfakcji ze zrobienia czegoś, nie ma przyjemności, bo nikt nie osiąga tego, czego chceKompromis jest również wtedy, gdy połączy się oczekiwania obu stron tak, by nie musiały z niczego rezygnować. Przykładowo: Ona chce jechać nad morze, on woli pozwiedzać stare budowle. Rozwiązanie - kompromis - jadą nad morze, po drodze odwiedzając miasto ze starymi budowlami.
Gdzie tutaj masz rezygnację z czegokolwiek?chociazby to, ze lubiąc leżec na plazy, stracę połowę wyjazdu na jakies zwiedzanie, co kompletnie by mnie nie interesowało
Jejku, a nie pomyślisz o tym, leżąc jedynie na plaży cały wyjazd zabierzesz partnerowi jakąkolwiek radość z wyjazdu? To po co on ma jechać, żeby robić cały czas coś, czego nie lubi? Czemu ma iść na Twoje ustępstwo, skoro Ty nie chcesz iść nawet na częściowe ustępstwo? Serio jak jesteś w związku, to nie daje Ci radości sprawienie przyjemności partnerowi, od tak, po prostu? Przy odrobinie dobrej woli można cieszyć się wspólnym wyjazdem, wspólnym spędzeniem czasu. Chyba to jest najważniejsze- czas spędzony razem, świadomość, że partner też jest szczęśliwy. O potrzebach innych też trzeba trochę myśleć. Zawsze musi być tylko na Twoje?
_v_ napisał/a:zatroskany internauta napisał/a:Kompromis jest również wtedy, gdy połączy się oczekiwania obu stron tak, by nie musiały z niczego rezygnować. Przykładowo: Ona chce jechać nad morze, on woli pozwiedzać stare budowle. Rozwiązanie - kompromis - jadą nad morze, po drodze odwiedzając miasto ze starymi budowlami.
Gdzie tutaj masz rezygnację z czegokolwiek?chociazby to, ze lubiąc leżec na plazy, stracę połowę wyjazdu na jakies zwiedzanie, co kompletnie by mnie nie interesowało
Jejku, a nie pomyślisz o tym, leżąc jedynie na plaży cały wyjazd zabierzesz partnerowi jakąkolwiek radość z wyjazdu? To po co on ma jechać, żeby robić cały czas coś, czego nie lubi? Czemu ma iść na Twoje ustępstwo, skoro Ty nie chcesz iść nawet na częściowe ustępstwo? Serio jak jesteś w związku, to nie daje Ci radości sprawienie przyjemności partnerowi, od tak, po prostu? Przy odrobinie dobrej woli można cieszyć się wspólnym wyjazdem, wspólnym spędzeniem czasu. Chyba to jest najważniejsze- czas spędzony razem, świadomość, że partner też jest szczęśliwy. O potrzebach innych też trzeba trochę myśleć. Zawsze musi być tylko na Twoje?
no toż własnie o to się rozbija ![]()
ze takie zaproponowane rozwiązanie dla nikogo nie jest dobre
jesli mogę partnerowi sprawić przyjemność kosztem siebie, albo sprawić przyjemność bez poświecania się, to sorry - wybieram bramkę numer dwa ![]()
Kinga24 napisał/a:_v_ napisał/a:chociazby to, ze lubiąc leżec na plazy, stracę połowę wyjazdu na jakies zwiedzanie, co kompletnie by mnie nie interesowało
Jejku, a nie pomyślisz o tym, leżąc jedynie na plaży cały wyjazd zabierzesz partnerowi jakąkolwiek radość z wyjazdu? To po co on ma jechać, żeby robić cały czas coś, czego nie lubi? Czemu ma iść na Twoje ustępstwo, skoro Ty nie chcesz iść nawet na częściowe ustępstwo? Serio jak jesteś w związku, to nie daje Ci radości sprawienie przyjemności partnerowi, od tak, po prostu? Przy odrobinie dobrej woli można cieszyć się wspólnym wyjazdem, wspólnym spędzeniem czasu. Chyba to jest najważniejsze- czas spędzony razem, świadomość, że partner też jest szczęśliwy. O potrzebach innych też trzeba trochę myśleć. Zawsze musi być tylko na Twoje?
no toż własnie o to się rozbija
ze takie zaproponowane rozwiązanie dla nikogo nie jest dobre![]()
jesli mogę partnerowi sprawić przyjemność kosztem siebie, albo sprawić przyjemność bez poświecania się, to sorry - wybieram bramkę numer dwa
Przykład z Szymborską cenię, ale widzisz, do tego typu związku trzeba mieć naturę wolnego strzelca. Po prostu trafił swój na swego, czego życzę Tobie, jak i każdemu z nas.
A co do tego, że kompromis dla nikogo nie jest dobry- zobacz, pół wakacji spędzę tam, gdzie lubię, a przez drugą połowę będę patrzeć na szczęśliwego, niemarudzącego partnera
Czego więc chcieć więcej? Mnie by to cieszyło i wynikową byłoby to, że wakacje uznałabym za udane.
Ale to tak jak z prezentami- są ludzie, którym przyjemność sprawia dawanie, a są tacy, którym branie. I wg mnie przekłada się to później na każdy aspekt związku
194 2017-09-06 13:50:47 Ostatnio edytowany przez zatroskany internauta (2017-09-06 13:56:55)
jesli mogę partnerowi sprawić przyjemność kosztem siebie, albo sprawić przyjemność bez poświecania się, to sorry - wybieram bramkę numer dwa
To trochę takie pójście na łatwiznę. Sam związek to już jest jakieś poświęcenie (z reguły dobrowolne). Jeżeli w związek wstępują dwie osoby o osobowości indywidualisty i singla, które nie są skore do żadnych poświęceń to związkiem tego nijak nazwać nie można. To jest jedynie dwoje ludzi żyjących swoim życiem, a co najwyżej mieszkających razem w bliżej nieokreślonej relacji.
"Razem, a jednak osobno".
Nie mniej patrząc na to z Twojej perspektywy, szanuję Twoje zdanie. Mnie również nikt by nie przekonał, że życie w związku nie wymaga poświęcenia i kompromisów. Także ile ludzi tyle opinii ![]()
195 2017-09-06 13:56:20 Ostatnio edytowany przez _v_ (2017-09-06 13:58:58)
pojscie na łatwiznę? czyli co?
trzeba sobie celowo utrudniac wszystko?
w imię czego? po co? jaki jest w tym sens?
ja chce, zeby moje życie było łatwe i przyjemne
i tak własnie zyję ![]()
a przy okazji nie robię moim stylem życia nikomu krzywdy, gdyż zawsze na wstępie mówię, jakie mam poglady i na co mam ochotę
ja nie uwazam, ze związek powinien miec cokolwiek wspolnego z poswiecaniem się
jesli ktos chce - to niech sie poswieca
wiem jednak, ze na dłuzsza mete wyjdzie z tego wiecej złego niż dobrego
bo człowiek nie pomaga i nie poswieca się z altruizmu
tylko po to, zeby poczuc sie lepiej, albo zeby cos dostac w zamian
nie chciałabym też wiedziec, ze mój partner poswieca się dla mnie
to bardzo niefajne uczucie
bardziej bym go ceniła, gdyby był szczery wobec mnie i raczej wprost powiedział, ze czegos nie zrobi, albo czego nie chce
(podobnie np. w kwestii zdrady mojego eks - zabolała mnie nie sama zdrada, ale brak szczerosci z jego strony - gdyz to sobie cenię najbardziej)