Mój tata ma raka jelita grubego, guz nieresekcyjny, bo nacieka na pęcherz moczowy i biodro.
W czwartek lekarka zabrala nam nadzieję, jesteśmy zszokowani i zdruzgotani, nie tego sie spodziewaliśmy po wizycie, nie tak miało być. Tata został zakwalifikowany do chemioterapii. Konsylium lekarskie podjęło taka decyzję i miało być spotkanie z onkolog kliniczna, która miała ustalić plan leczenia.
A ona ze nic nie da się już zrobić, nie będzie leczenia, bo tata jest zbyt chudy i słaby na chemie i to koniec, ma czekać na śmierć, podała namiary na hospicja.
Czy ona mogła ot tak podjąć decyzję i to sama? Nie potrafimy tego zrozumieć, dla nas to szok totalny. Przejrzala dokumentacje, zrobila wywiad z tata, obejrzała go jak wygląda, ile schudł i tak po prostu powiedziała że nie da chemii bo go zabije, bo jest słaby I zbyt dużo schudł. A Konsylium? Po wynikach go zakwalifikowali do leczenia, nie potrafimy tego zrozumieć.
Tak, tata schudł bardzo, to prawda, jest osłabiony przez chorobę, bardzo długo noe potrafili go zdiagnozować, co to konkretnie za rak, jaki guz. W końcu się udało, po wielu badaniach i kilkukrotnych wycinkach. Wyszedł najpopularniejszy rak, gruczolakorak 2 stopnia, średniozaawansowany, tata nie ma nawet przerzutów, a już go nie chcą leczyć, nie potrafię tego zrozumieć, jak to możliwe? Widzę ludzi na onkologi, jak wyglądają, jacy są wychudzeni, jak slabi i ich leczą, mają chociaż szanse
Tata tak bardzo liczył na leczenie to był jego punkt odniesienia, nadzieja, był pozytywnie nastawiony na to co go czeka, wręcz cieszył się że w końcu "się ruszyło", że zaczną go leczyć, zwłaszcza p telefonie że został zakwalifikowany do tego leczenia
Teraz się całkiem rozsypał, załamał, my wszyscy zresztą też. Nie mogę w to uwierzyć, nie potrafię, jestem zdruzgotana, nie przeszła mi nawet przez głowę myśl ze tak będzie, że taka będzie decyzja. Ludziom nawet podają chemie w zaawansowanym stadium choroby, ja wiem, że to nie wyleczy, ale przedłuża życie, ale bez leczenia nawet tata na to nie ma szansy.