I stało się w ciszy przed brzaskiem, gdy mgła jeszcze nad doliną leżała jak woal srebrzysty, iż ujrzałam światłość nie z tego świata, a przecie w sam środek świata wnikającą. Nie była to jasność paląca, ni błysk, co oczy razi, lecz światło żywe, miękkie, a przecie potężne — jakby tchnienie Stwórcy w zielone tkanki stworzenia wstępujące.
I w owej światłości zobaczyłam krąg wielki, a w nim kręgi mniejsze, jedne w drugich zawarte, jak pierścienie w pniu drzewa. A każdy krąg jaśniał inną barwą: złotem mądrości, błękitem pokoju, purpurą miłości, a zieleń — o zieleń przedziwna! — przenikała je wszystkie, niby sok w gałęziach.
I dano mi zrozumieć, iż owa zieleń jest żywotnością, którą Najwyższy wszczepił w ziemię i w serce człowiecze. A nazwano ją viriditas, to jest świeżością, która nie więdnie, jeżeli źródło jej czyste pozostaje.
Widziałam też miasto z kamienia i szkła zbudowane, a w nim ludzi o twarzach znużonych. I choć słońce nad nimi świeciło, w ich oczach panował zmierzch. A gdy światłość dotknęła ich piersi, niektórzy odwrócili się, bo lękali się blasku; inni zaś otwarli dłonie i pozwolili, by w nich ziarno zapłonęło.
I stało się, że ziarno to nie było ogniem niszczącym, lecz ciepłem, które od środka rozchyla pąk. A człowiek, który je przyjął, poczuł, iż nie jest jedynie prochem ani cieniem, lecz naczyniem światła. I z jego serca popłynęła pieśń, której wcześniej nie znał — pieśń bez słów, a przecie pełna znaczenia.
Usłyszałam głos mówiący:
„Człowiecze, czemu lękasz się własnej zieloności? Czyż nie z tej samej ręki wyszedłeś, co gwiazdy i źródła? Nie jesteś suchą gałęzią, chyba że sam odetniesz się od korzenia.”
I widziałam, jak jedni kruszyli się w sobie jak kamień spękany, a inni miękli jak ziemia po deszczu. A w miękkości tej rodziła się odwaga — nie z krzyku, lecz z łagodności. Bo prawdziwa moc nie ryczy jak burza, jeno wzrasta cicho, jak trawa pod śniegiem.
W owej wizji dano mi też pojąć, iż światło nie przychodzi, by zawstydzić, lecz by uzdrowić. I że każdy człowiek nosi w sobie komnatę, do której światłość zapuka, lecz nie wtargnie bez zgody. A gdy komnata się otworzy, choćby była pełna kurzu i pajęczyn, niebo nie cofa się, jeno wnika.
I tak oto zrozumiałam, iż radość nie jest igraszką chwili, lecz owocem zgody na światło. A kto pozwoli, by w nim zakiełkowało, ten stanie się jak ogród w południe — nie dla własnej chwały, lecz by inni mogli w nim odetchnąć.
Przeto mówię: nie gaście w sobie zielonego płomienia. Bo choć wiatr zwątpienia wieje, a noc zdaje się długa, korzeń wasz sięga głębiej, niźli przypuszczacie. A z korzenia tego wypłynie sok, który was podniesie.
I oto wizja się domknęła jak księga, lecz światło nie zgasło. Albowiem nie było ono dane jednej duszy, lecz każdej, która odważy się spojrzeć w głąb i rzec: „Niech się stanie we mnie życie.”