Sprawa pewnie nie zwróciłaby mojej uwagi, gdyby nie sytuacja, kiedy to będąc w kościele, dostrzegłam przyczepione do wózeczka dopiero co ochrzczonego dziecka,czerwone kokardki. Zaczęłam więc drążyć...
Objawy takiego zauroczenia to długotrwały płacz, czasem gorączka, słone czoło, problemy ze snem, wyraźne zdenerwowanie niemowlęcia. Nie pomaga noszenie na rękach, śpiewanie, kołysanie czy inne zwyczajne próby uspokojenia dziecka.
Przyczyną takiego zachowania - osoba, która zachwyci się dzieckiem (najczęściej kobieta bezdzietna).
Jak przeciwdziałać? Przelewać wosk nad łóżeczkiem, stawiać jajko pod łóżkiem, lizać językiem czółko malucha (niektórzy polecają lizanie oczu ze spluwaniem dwa razy przez lewe ramię w pakiecie), zakładać czerwone wstążeczki na wózku i na wszelki wypadek można poprosić księdza,żeby pokropił wodą święconą w pokoju dziecka.
Wszystkie te informacje pochodzą od mam, które rozwiewają swoje wątpliwości w Internecie. Nieraz jest to poprzedzone zwrotem ''ja w to nie wierzę/nie wierzyłam, ALE...'' i tu padają argumenty o teściowej/mamie/babci/sąsiadce, które tłumaczą niecodzienne zachowanie dziecka zauroczeniem i są gotowe podjąć się jego ''odczarowania''. Zdezorientowana mama dla świętego spokoju czasem ulega.
Dla mnie jest to jeden z wielu dziwacznych przesądów wciąż utrzymujący się w naszej kulturze. A dla was? Czy ktoś może nieświadomie rzucić urok na dziecko? A może takie zauroczenie dotyczy też osób dorosłych?