Leżałam na łóżku. Byłam nasycona?chociaż może nie byłam a umiałam tłumić w sobie to pożądanie? Weszło to w mój nawyk, ponieważ głód już nie deprymował mojego funkcjonowania. Jednak myśl o niedosycie towarzyszy mi zawsze. Zwłaszcza w chwilach, kiedy moich myśli nie zaprząta nic konkretnego, przez wyobraźnie przetaczają się, krótkie pytania: Co? Dziś? Kiedy? Kto to będzie? Za ile?Jeśli nie dzisiaj, to kiedy?
Wciąż zdarzało mi się wizualizować pomysły odnośnie tego, jak chciałabym w wykwintny sposób zaspokoić swój niedosyt. Kiedyś radość sprawiało mi obmyślanie kilkuetapowego, wielogodzinnego planu, jak dopaść wypatrzoną wcześniej ofiarę... Upatrywanie jej, śledzenie, atak, misterny plan. To wszystko sprawiało, że ofiara lepiej smakowała. Po upatrzonej wcześniej, młodej kobiecie nigdy nie czułam się obrzydzona..Nie czułam się brudna, naznaczona... Potrzeba jednak bywała silniejsza. Czasem byli to przypadkowi ludzie. To jak czuć okrutne pragnienie i musieć napić się z butelki wody, którą niezakręconą znalazło się na ulicy. Robisz to- zabijasz potrzebę, lecz potem wykręcasz się w zdegustowaniu i chcesz jak najszybciej o tym zapomnieć. Co innego wypić wodę z lodem z lśniącego szkła. Ona też zgasi twoje pragnienie. Ale z nawiązką. Z należyta celebracją i estetyczna otoczką. Podobnie było z moimi ofiarami...Krew z czystej, zadbanej ofiary zawsze bardziej mi smakowała niż ta wyssana w pośpiechu z ramienia jakiegoś pijanego mężczyzny wracającego nad ranem do domu.
- Dziś wystarczy cokolwiek- prychnęłam w myślach, wzruszając ramionami.
Z letargu myśli wybudził mnie on. Wszedł do pokoju. Ubrany jak zawsze na ciemno. Jego nieco poszarpane włosy, opadały na ramiona i czarny płaszcz. Usiadł na łóżku. Prawie dotykał moich nóg. moich nogach. Zdziwiło mnie, że siedzi tak blisko. Podkuliłam je i usiadłam po turecku. Z pewnością dyskomfort spowodowany jego obecnością rysował się znacząco na mojej twarzy. On nie spojrzał jednak w moją stronę. Był zdenerwowany. Raczej nie głodny?zdenerwowany, może czymś poruszony. A może zaspokojony jednorazowo? Siedział nieruchomo, oparty łokciami o swoje kolana. Wodził wzrokiem po podłodze.
Chciałam przerwać tą idiotyczną, krępującą ciszę.. Wzdychając zapytałam od niechcenia:
-Co tym razem?-rzuciłam. Oboje wiedzieliśmy ,że sytuacja i wiszące w powietrzu napięcie wymusiło moje pytanie. Odpowiedź bynajmniej mnie nie interesowała, wiec od razu odwróciłam wzrok w stronę wiszącego na ścinie telewizora.
- Kolejny..- wyszeptał- a jego głos brzmiał gniewnie. Nawet nie zauważyłam jak znalazł się przy ścianie
Westchnęłam i wzruszyłam ramionami. Spodziewałam się a kątem oka widziałam , że wybuchnie. Odruchowo podkuliłam nogi pod brodę przewidując dalszy rozwój zdarzeń, na które nie trzeba było długo czekać
- Mam tego dość! ? powiedział głośniej niż wcześniej. Wciąż to samo. Monotonia...- westchnął. Znalazłam się blisko jego niego. Chwyciłam go pod ramie i przysunęłam swoja głowę do jego ramienia Zrobiłam to tak by niemal go nie dotykać:
- Leon?zaczęłam cicho i bez przekonania obserwując jak moje czarne loki układają się na materialne jego płaszcza- Przecież wiesz jak jest?.czasem nie wychodzi..
Czułam, że wzrusza ramionami. Nie odpowiedział nic. Staliśmy tak chwile. Sam fakt, że milczał mnie denerwował. Widziałam do czego to zmierza. Takie napady melancholii miał co jakiś czas. Nie mogłam ich znieść, tym bardziej , że znałam na pamięć ich konsekwencje.
- I tak nic nie rozumiesz, przecież- pachnął teatralnie odsuwając ode mnie ramię.
Okazało się, że opierałam się o niego mocniej niż mi się wydawało. Zraz z jego gwałtownym ruchem w zgięcie jego łokcia dostały się moje włosy które pociągnął mocno odsuwając rękę. W ten sposób szarpnął mnie. Poczułam się upokorzona. Rozzłościł mnie
-Pamiętasz jak było dawniej?- wykrzywiłam się z ironią- Masz te stany, a nie chcesz wrócić do tego co było dawniej. Pamiętasz jak dawniej się tym bawiliśmy?
- Dla ciebie wszystko to zabawa?- rzucił od niechcenia. Nie jestem pewna czy mnie słuchał.
- Jak mam się tym nie bawić? Sam kiedyś się tym bawiłeś. Przecież to jest w nas wpisane. Okrucieństwo i wyrachowanie, którego tak bardzo nagle nie nienawidzisz- krzyczałam. Akcentując wyraz ,,bardzo?.- Robimy to dla nas i z myślą o nas- zwróciłam się w jego stronę- Chyba nie możesz mi wyrzucać, że prócz czystej powinności chce mieć jeszcze jakąś przyjemność?
- Może gdybyś w końcu dojrzała, wiedziałabyś, że jest jeszcze wiele aspektów, których Ty nie widzisz- burknął nie odwracając się nawet w moja stronę. Widziałam jednak, że wykrzywił usta w geście pogardy.
Tego było za wiele. Drgnęła struna, której dźwięk otwierał bramy tysiąca okrutnych wspomnień. Wspomnień, które ledwo pozwalały mi sobie przypomnieć jak kiedyś bardzo kochałam Leona. Otwierały się wrota przeszłości.
Leon znalazł mnie 80 lat temu. Podczas I wojny światowej umierałam z głodu. Spotkał mnie żebrującą na ulicy. Mówił, że zaczepiałam przechodniów z prośbą o cokolwiek do jedzenia. Przyglądał mi się dłuższą chwile, by w końcu podejść bliżej i wręczyć mi pokaźną sumę pieniędzy. Powiedziałam, że moi rodzice zginęli, a to co mi dał i tak nie wystarczy na długo. Wtedy on jakimś cudem poczuł, że nie może zostawić mnie samej. Twierdził, że w chwilą gdy spojrzał w moje oczy przestraszonego dziecka, wiedział, że musi podjąć się próby zmiany swojej egzystencji. On zaopiekował się mną i potem postanowił przemienić, kiedy zauważył, że dorastam a więź między nami przeradza się coś znacznie mocniejszego. Znalazł mnie jak miałam 12 lat. Nigdy nie wybaczyłam mu, ze zabrał mi dzieciństwo. Zabrał mi życie.
Dojrzała?!- wrzasnęłam- Powiedz mi kiedy miałam dojrzeć? Bo chyba nie miałam na to czasu! Byłam dzieckiem a Ty stwierdziłeś, że sam już sobie nie poradzisz- znów użyłam teatralnego tonu zataczając rękoma wielkie kolo w powietrzu - i zrobiłeś mi to?A zrobiłeś to , bo nie chciałeś być sam! Wiedziałeś jak będzie , wiedziałeś na jaki los mnie skazujesz. Jaką istotą będę musiała być. Mimo to zrobiłeś. Zrobiłeś mi to!
W chwilach takich jak te, w okresie kiedy miałam go dość nikogo, bardziej nie nienawidziłam niż Leona za to, że stworzył mnie wampirem. Złość, rozgoryczenie wielki żal, czasem były ode mnie silniejsze. Tak jak teraz .Tak jak od lat. W chwilach kłótni, w jednym momencie wszystkie uczucia, które tłumiła ta cześć mnie, która nienawidziła Leona ? zapłonęły żywym ogniem. Ogniem, który trawił mnie mocniej niż chęć krwi.
Rzuciłam się w jego stronę. Zaczęłam popychać i szturchać Leona, krzycząc w amoku:
Wiedziałeś jak będzie- ciągnęłam- Jednak mnie skazałeś! Mogłeś mnie zostawić. Napić się i zostawić. Stworzyłeś mnie tym czym jestem teraz. co Ci zrobiłam?Co ja ci zrobiłam? ? wrzeszczałam szarpiąc go za płaszcz.
On z nonszalancją, wyraźnie zdegustowany odepchnął mnie lekko.
Był ode mnie sporo silniejszy. Nieraz odczułam to na własnej skórze. Nie powinien nawet podnosić na mnie ręki, skoro wiedział, że może złamać mnie jak zapałkę. Znowu poczułam ukłucie upokorzenia. Złość przysłoniła oczy rozumowi. Rzuciłam się w jego stronę. Nagle Leon znalazł się po drugie stronie pokoju. Był szybszy więc umknął mi a moje ciało odbiło się od ściany. Kiedy jeszcze w głowie kipiała mi złość i oszołomienie, okazało się, że ściana bardziej ucierpiała niż ja. Moc mojego uderzenia była tak duża, ze powieszony na ścianie telewizor, jakimś cudem urwał się z haka i runął na ziemię. Żadne z nas nie zareagowało, by ruszyć w stronę upadającej plazmy, mimo to , że bez trudu obojgu nam udałoby się dobiec do zsuwającego się niemal powoli po ścianie odbiornika. Patrzyliśmy jak upada drewniany parkiet roztrzaskując ekran na milion części. Dźwięk tłuczonego szkła wwirowywał się w mój umysł tak boleśnie jak to możliwie. W głowie miałam tylko wspomnienie krzyku jaki wydalam z siebie przed sekundą i odgłosu oddechu Leona. Chwila zanim podniosłam swój wzrok na niego, zdawała się trwać wieczność.
Na jego twarzy malował się gniew, złość ale i potworne zdziwienie. Nie pamiętał już, ze potrafie go zaatakować. Czułam, że moje oczy otwierają się szerzej. Nie czekając na jego reakcje, skuliłam się po drugiej stronie pokoju. Dotarło do mnie, że skoro ja mam w sobie takie pokłady siły w momentach skrajnej złości, Leon musi mieć jej stokroć więcej. Między czasie on wstał?.Podchodził w moją stronę wolno. Znowu sekundy trwały lata. Widziałam tylko jego czarną postać. Zdawała się być potężniejsza i większa niż zwykle?
****CDN
***
Łzy zaczęły mnie dławić. Czułam je na policzkach. Prawie piekły- tak dawno nie doznałam tego uczucia. Wciąż patrzyłam w podłogę. Nagle z mojego wnętrza, wydostał się duszony od lat lęk. Urzeczywistnił się jako cichy jęk. Chowając twarz w dłoniach- zaczęłam cicho łkać. Następnie rozpłakałam się głośno. Ze strachu, złości, bezsilności i braku pomysłu na zmianę mojego losu...
Poczułam na ramionach jego ręce. Podniósł mnie delikatnie i przysunął do siebie. Nie opierałam się Nie mogłam przestać szlochać?Nad sobą, nad nim, nad nami. Płakałam z miłości i wyłam z rozpaczy. Płakałam ze wzruszenia, bo byłam wdzięczna , że mi nie zrobił, za to, ze próbowałam go zaatakować. Płakałam nad miłością, którą znów mnie udowodnił i poruszył tym do granic możliwości. Jednocześnie płakałam nad sobą i nad tym, że nie umiem go zostawić mimo tej wielkiej nienawiści, tego obezwadniającego gniewu, który czułam do niego jeszcze sekundę temu i z pewnością wciąż będę czuła. Jednocześnie tylko w jego ramionach zalewała mnie fala dziwnego spokoju i ukojenia. I winy. Bezwarunkowa miłość do Leona, jaka mnie wtedy przepełniała sprawiała, że nienawidziłam siebie za to, że czułam awersje do niego, do nas. Kochałam i z taką samą siłą nienawidziłam jego. Siebie. Nienawidziłam nas.
Oprzytomniałam po godzinie. Siedziałam zwinięta na jego kolanach. Tulli mnie do siebie, głaszcząc po głowie, co chwile całując po włosach i muskając ramię. Czułam się błogo bezsilna.
Podniosłam wzrok. Siedzieliśmy na wielkim fotelu, naprzeciwko leżał strzaskany ekran telewizora.
- Ile masz lat?Wiesz? - Powiedziałam najbardziej dziecinnym i słodkim z moich wszystkich głosów.
- Nie...- szepnął szybko , chcąc ominąć ten przerabiany od dziesiątek lat temat. Ja dalej tkwiłam jednak w dziecinnej konwencji tej rozmowy. Była to moje ulubiona metoda na rozładowanie atmosfery po kłótni. Zamieniałam się w dziecko, które przytula się do wyrozumiałego i kochającego ojca. Ojca, który wszystko wybaczy. I odpowie na kazde pytanie:
- To dlaczego ja wiem, ze mam 14?- ?popatrzyłam na jego twarz znów zadając pytanie zniekształconym i zaciskając ręce wokół na szyji. Jednocześnie zrobiłam duże oczy.
- Nie masz czternastu lat Coline?.- Odpowiedział ciepłym pobłażliwym głosem, uśmiechając się z miłością. Ciągnęłam zabawę:
- W którym roku mnie przemieniłeś?- Spytałam kokieteryjnie , choć odpowiedź od lat była mi znana.
- W 1913 ? odpowiadał zawsze tak samo: jakby to była jedyna data, którą pamięta.
Zaczęłam udawać, że głośno się zastanawiam:
- To skoro w 1799 roku miałam 14 lat to teeeeeeraz? - celowo raz przeciągałam
-Yhy- przytaknął lekko zirytowany poprawiając mnie sobie na kolanach. Westchnął odrzucając głowę do tylu. Miałam wrażenie, że jego złoto- miedziane włosy zabłysły jak drobinki złota w ciepłym świetle ogniska z kominka. Mimo upływu lat, wciąż łapałam się na tym , że dziwiło mnie jaki Leon potrafi być posągowo piękny.
Pełna miłości wtuliłam się w niego mocno. Zaczął mnie niemal automatycznie głaskać po plecach.
- Wyjedzmy stad- rzucił poważnym tonem. Nagle w ułamku sekundy mój świat stanął w miejscu.
CDN
Wciąż zdarzało mi się wizualizować pomysły odnośnie tego, jak chciałabym w wykwintny sposób zaspokoić swój niedosyt.
Szczyt szczytów. Grafomania w pełnej krasie.
Coś znowu tliło się w oczach Leona. Rozpoznałam w nich te prawie zapomniane już iskierki entuzjazmu. Szybko sama zaczęłam wierzyć, że może jak spróbuje kolejny raz, to właśnie teraz uda mi się go przekonać.
Wyjedzmy. To miasto nas zabija. Wyjedzmy natychmiast-moje oczy wpatrzone były w jego twarz. Doszukiwałam się z niej aprobaty. Cisza. O dziwo nie zaprotestował. Widziałam że rozważa tą propozycje. Czyżby zastanawiał się już nad nią wcześniej?
Tak bardzo chciałam by to się okazało prawdą. Tak bardzo chciałam zmienić lokalizacje. We wspomnieniach często wracałam do tamtych czasów, kiedy przez dziesięciolecia podróżowaliśmy. Zmienialiśmy miejsce zamieszkania tak często, bo tak naprawdę jedynym realnym przyzwyczajeniem byliśmy sami dla siebie. Kochałam tamto życie. Byłam już niemal wszystkich centrach kulturowych tego globu. Leon uwielbiał barokową architekturę. Z prawdziwą pasją analizował ją naocznie a jego wnikliwy ogląd, podpierany był ogromną wiedza teoretyczną. Osiedlaliśmy się gdzieś i wyciskaliśmy z tych miejsc całą ich esencje. Leon odkrywał miejsca na nowo. Bywało, że po latach wracaliśmy w okolice np. Włoch ponieważ najnowsza publikacja, którą czytał Leon rzucała nowe światło na kamienice w Bergamo lub jeden z parków w Mediolanie. A ja wraz z nim oglądałam wszystkie szczegóły architektoniczne, okiem rozumnym i ciekawym. Choć czasem zastanawiałam się czy to wszystko nie interesowało mnie tylko ze względny na niego?
Ja kochałam splendor, rozrywkę , adrenalinę. Byłam jak wiatr. Kochałam przebywać wśród ludzi. Uwielbiałam się bawić, brylować wśród towarzystwie. Pokazywałam naszym towarzyszom jak wieloaspektową mamy nad nimi przewagę. Godzinami potrafiłam się przygotowywać do wieczornego wyjścia, tylko po to, by olśnić ludzi swoim wyglądem. Jakby to było mi potrzebne? Bez tego moje duże oczy lśniły jak dwa czarne brylanty, bez tego moje włosy idealnie układały się bez względu na pogodę, a czerwone, pełne usta mówiły głosem słodkim lecz pewnym siebie. I miałam przy boku Leona. Przy nim wyglądałam perfekcyjnie. Kiedy wchodziliśmy gdzieś, nie było osoby która nie zwróciłaby na nas uwagi. On wysoki, dystyngowany, zawsze elegancki jednak z urokiem młodzieńca. Miał lekko falowane włosy w kolorze modu. W świetle lśniły jak pszenica w sierpniowe popołudnie. Uwielbiałam jak wiązał swoje włosy. Rzadko to jednak robił ponieważ jego przyzwyczajenie do ,,wyglądu z epoki?, której pochodził było silniejsze niż moje. Jednak kiedy je wiązał, jego twarz się odsłaniała i rysowały się jego łagodne rysy i mocno zarysowana szczęka.
Czasem po prostu patrzyłam na jego twarz. Była piękna. Szlachetna. Dojrzała. Żałowałam, że moja tak nie wygląda. Znałam jego wyrazy twarzy na pamięć. Wiedziałam co znaczy każdy grymas, każde spojrzenia. Tęskniłam za momentami, kiedy mogłabym z niej wyczytać coś więcej niż to czego byłam pewna.
Ponieważ Leon przeważnie nosił ubrania o ciemnych odcieniach, jego twarz, włosy oznaczały się w panien niezwykle szlachetny sposób. Był klasycznie przystojny, co nie omieszkały zauważać wszystkie panny z jakimi miał styczność. Do tego urok osobisty, szelmowski uśmiech i pewna doza tajemnicy sprawiała, że nie było kobiety, której by nie zainteresował. Lecz u jego ramienia byłam ja. Córka? Siostra?Kuzynka? Ciemniejsza cera. Czarne włosy i ciemne oczy. Dużo niższa od niego. Na pierwszy rzut oka dziecko, dziewczynka. Jednak po powtórnym przyjrzeniu się ...młoda kobieta. Piękna. Czarująca. Elokwentna. Poruszająca się z gracją. O uśmiechu słodszym niż łyżeczka miodu. O głosie aksamitniejszym niż najpiękniejsza muzyka. Jednocześnie o spojrzeniu przenikliwym. Oczach zimnych. Intrygująca. I jego. A on absolutnie nikogo więcej- tylko jej.
Lubiłam swoje loki. Zamiłowanie do nich przełożyło się na to, że rzadko je ścinałam. Opadały na moje ramiona i sięgały połowy pleców. Ich czarny kolor w słońcu błyszczał niemal jak srebrno Moje ciemno zielono-niebieskie oczy otulone wachlarzem długich, czarnych rzęs zawsze również starałam się podkreślać. Po latach doświadczeń wiem, że najlepiej wyglądają, kiedy górną powiekę zdobi czarna, lekko uniesiona ku skroni kreska. Moje kształtne usta, stosunkowo niedawno zaczęłam malować na iny kolor niż naturalny. Dziś różowo- czerwona szminka jest podstawą.
Przemiana w młodym wieku zostawiła swoje piętno na moich kształtach. Raczej skromnych. Kompleksem był również wzrost- który często rekompensowałam sobie dzięki wysokim obcasom. Czasem jednak kiedy chciałam czuć się na prawdę sobą- stawiałam na płaskie obuwie. Sięgałam Leonowi wtedy ledwie ramienia. Wygadałam jak jego córka, co starannie zawsze chciałam tuszować. Inni mówili, że dodaje sobie lat. Ja po prostu byłam stara dusza w cele dziecka. Dosłownie. Nie znosiłam tego.
Jednak dla otoczenia byliśmy perfekcyjni w każdym calu. Wykorzystywaliśmy to. Przyciągaliśmy ludzi jak magnesy. Mężczyźni chcieli poznać małą lolitkę. Kobiety nie mogły oderwać wzroku od Leona. Lgnęli do nas. Z premedytacją, w upojeniu alkoholowym, czarując ich- zabawialiśmy się nimi całą noc.
Dawniej otaczaliśmy się dużą ilością znajomych Organizowaliśmy przyjęcia, całonocne wypady, które często kończyły się w naszym domu, mieszkaniu, pokoju hotelowym czy gdziekolwiek, gdzie tymczasowo przebywaliśmy. Kusiliśmy ich naszym czarem, wyglądem, splendorem, pieniędzmi .Niektórych nawet lubiliśmy. Lubiliśmy spędzać z nimi czas, śmiać się, wychodzić, tańczyć. Jednak zawsze mieliśmy przewagę i świadomość, że to my rozdajemy karty. Pociągamy za sznurki. A oni? Oni byli tak cudownie nie świadomi . Nawet wtedy, gdy gaśli w naszych objęciach. Ich krew wtedy smakowała najlepiej. Podsycona aurą. Podsycona pożądaniem i namiętnością. Potrafiliśmy wyssać z nich krew w czasie kochania się. Potrafiłam wbić się w niego, kiedy był we mnie. On, do czasu myślał,że to element perwersyjnej zabawy. Kiedy orientował się że wszystko zaszło za daleko, było już za późno, bym puściła go ze swoich objęć. Leon robił tak samo. Oglądając go podczas takiej sytuacji upajałam się tą chwilą. wiedziałam, że on i tak widzi tylko mnie. Podsycaliśmy się tak nawzajem wykorzystując te naiwne jednostki, myślące, że ktoś taki jak my w rzeczywistości mógłby na nie spojrzeć.
**********************
fajne :-)