Witam,
Jestem kilka miesięcy po rozwodzie, przeczytałem sporo postów na tym forum (jestem zaskoczony ich poziomem, czegoś takiego nie spodziewałem się na forum internetowym) i bardzo jestem ciekaw Waszej opinii na temat, który chcę poruszyć.
Czytając listy innych zdradzających i zdradzanych, a przede wszystkim odpowiedzi do nich odniosłem wrażenie, że panuje dość zgodny pogląd dotyczący tego, iż romansują w małżeństwie głównie osoby z "dysfunkcjami", problemami osobistymi, naszpikowani wadami. Generalnie odnieść można wrażenie, że osoby dojrzałe emocjonalnie trwają w swoich związkach i czerpią z tego satysfakcję i radość, a wszelkie problemy rozwiązują wraz z małżonkami. Brzmi to bardzo dobrze i szczerze zazdroszczę ludziom, którzy mają to szczęście i potrafią ze swoim partnerem/partnerką iść wspólnie przez całe życie omijając większe rafy.
Jeśli postawię pytanie, co zrobić kiedy związek jest nieudany, trwale nieudany, to wiem że uzyskam odpowiedź - należy się rozstać, uzyskać rozwód i układać życie na nowo. Trudno się z takim podejściem nie zgodzić, tyle że w życiu wszystko jest zazwyczaj znacznie bardziej skomplikowane.
Jestem facetem świeżo po 40-ce. Miałem żonę (przez 11 lat), mam syna (szkoła podstawowa). Zbudowałem dom, zgodnie z życzeniem żony, w którym kilka lat mieszkaliśmy. Pracuję w instytucie naukowym, mam różne zainteresowania sportowe, lubię włóczyć się po górach na pieszo i rowerem. Generalnie śmiało można powiedzieć, że do niedawna moje życie było bardzo udane. Brak problemów finansowych, praca, która jest przyjemnością, wspaniały syn, spora i zżyta dalsza rodzina. Wszystko tak fajne, że głupotą było myśleć o zmianach. Było jednak pewne ALE. Nasz związek z żoną stał się jedynie formalnością - nie tylko nie podzielała moich zainteresowań, ale też nie lubiła praktycznie żadnej aktywności. Jeździłem z synem na rowery, żagle, kajaki, sanki, górskie wędrówki. Praktycznie zawsze sami. Raz w roku odbywały się wspólne wakacje z żoną, gdzieś na południu Europy. Praktycznie wszystkie wyjazdy ze znajomymi odbywały się tak, że ja zawsze byłem liczony jako JA, a nie jako MY. Zawsze. Życie intymne również praktycznie zaniknęło. Mojemu spoglądaniu w przyszłość towarzyszyły ambiwalentne odczucia. Prawdopodobnie kolejne stopnie naukowe, kolejne rejsy i wyjazdy (w których coraz więcej miało być syna oczywiście). Z synem kontakt miałem bardzo dobry, spędziłem też rok na urlopie zajmując się nim, aby nie szedł do żłobka. A więc wszystko wyglądało tutaj świetnie. A z drugiej strony praktyczna samotność - nie chodzi tylko o seks, ale o zwykłe czułości, przytulenie się do kogoś, czyjś dotyk, pogłaskanie po głowie podczas oglądania filmu. Takie małe, zwykłe rzeczy, które powodują że człowiek czuje się kochany i akceptowany. Jestem jednak przekonany, że żona kochała mnie też na swój sposób, z pewnością tak było, ale była to miłość bardzo chłodna, wręcz zimna.
I stało się to, co musiało się stać w takiej sytuacji. Poznałem kogoś, z kim mogłem spędzać wspólnie wspaniale czas. Prawdziwą kobietę, ciepłą, mądrą, z którą po jakimś czasie zbliżyliśmy się tak bardzo, że przerodziło się to w romans. Ona była mężatką, ale bez dzieci. Początkowo jasne było dla mnie, że nigdy nie odejdę - ze względu na syna - od żony. Kiedy wyobrażałem sobie swoją wyprowadzkę, wiedziałem, że nigdy nie zdecyduję się na coś takiego. Ale jestem tylko człowiekiem. Poczułem się wreszcie dobrze, ktoś mnie przytulał, ktoś był przy mnie. Ponadto, co przecież też ważne, znów mogłem z kimś sypiać, czerpać z tego prawdziwą przyjemność. Zacząłem myśleć o zmianie, chciałem ułożyć sobie życie raz jeszcze. Romans - któremu trudno odmówić intensywnych i często pięknych uczuć, czy może odczuć - na dłuższą metę nie interesował mnie zupełnie. Wpadłem w pułapkę, z której nie potrafiłem wyjść. Byłem zakochany w nowej partnerce, chciałem spędzać z nią czas, ale nie potrafiłem cieszyć się tym wspólnym czasem, ponieważ myślałem o synu, który gdzieś tam zawsze na mnie czekał i tęsknił. Przez dwa lata jednak powoli dekonstruowałem swoje dotychczasowe życie. Sprzedałem dom, kupiliśmy żonie i synowi mieszkanie, zostawiłem sobie bardzo niewiele. Przez ten czas syn przyzwyczaił się do myśli, że wszystko się zmieni i tato nie będzie już mieszkał razem. I znów wszystko niby fajnie, tylko że wszystkim moim poczynaniom towarzyszyło poczucie nieuczciwości, kombinowania. Tęskniłem za synem, kiedy jeździłem bez niego w góry czy po prostu nie spędzałem czasu w domu. Szarpałem się dwa lata, po których uzyskałem rozwód. Teraz, kiedy w rok po rozwodzie wszystko się ustabilizowało, kiedy syn zaakceptował sytuację, ja jestem w fatalnym stanie psychicznym, a moja przyszła (a może już nawet niedoszła?) partnerka w nie lepszym.
I teraz czas na pytanie.
Ktoś może powiedzieć, że tak się właśnie kończą zabawy w romans. Chciałem to mam. I pewnie będzie miał rację, ale moje pytanie brzmi następująco:
Czy jeśli ktoś popełnia w życiu błąd wchodząc w związek, który szybko umiera, ale kocha urodzone w tym związku dziecko, to czy nie ma już prawa do ułożenia sobie szczęśliwego życia? Czy skazany jest do 50-ki na bycie tylko tatą, ale już nie mężczyzną?