Witajcie.
Nie wiem jak zacząć moją historię, bo w głowie mam obecnie mętlik od tych wszystkich informacji, które otrzymałam od mojego partnera. Spróbuje przedstawić Wam moje problemy, mam nadzieje że nie bedzie to chaotyczne i ktoś się znajdzie, kto poratuje mnie dobrą radą i wsparciem.
Mam 34 lata, on 35. poznaliśmy sie w Anglii, z Polski ,,oddaleni,, jesteśmy od siebie o 20 km.
Znamy sie przeszlo 3 lata. Wchodząc w związek z tym czlowiekiem, sądziłam, ze chce on w przyszłosci załozyć rodzinę, mieć dzieci, jak to zwykle bywa taki normalny model rodziny. Czekalam, czekałam i ani razu on nie podejmował tego tematu. Aż właściwie do początku tego roku, kiedy to ja wreszcie nie wytrzymałam i zapytałam, co dalej z naszym życiem tutaj.
Przedstawiłam mu swoją wizję jak ja to widzę. No i własnie od tego wszystko sie zaczęło, juz nie jest jak dawniej, w sumie to nie wydaje mi się zeby było jeszcze jak przedtem.
Na początku twierdził, ze nie jest na to wszystko gotowy niedojrzały itp. Więc ja pytałam, to po co my jesteśmy dalej razem, skoro do niczego nie bedzie to prowadziło w przyszłosci. Nie otrzymałam żadnej odpowiedzi.
Chciałabym ustabilizowac swoje zycie, wiedziec na czym tak naprawde stoje, czy mam dalej inwestowac w przyszlosc z tym człowiekiem. Z nim jest to bardzo trudne. Z jednego mimo wszystko sie teraz cieszę, ze jednak zapytalam, bo tak żyłabym dalej z dnia na dzien, robiąc sobie nadzieje na dalszą poważniejszą przyszłość.
Moje wszystkie koleżanki, kuzynki są zamężne, mają dzieci, a ja dalej nic. To badzo boli, zwłaszcza jak pomyślę ze z tym facetem nic takiego nie bedzie wchodziło w gre - bo jak można kogoś ciagle pytac, co dalej. Juz nawet sie czuję, ze do czegos go zmuszam, zmuszam do powaznych wyborow.
Gwożdziem do trumny jest jeszcze fakt, ze on chciał kupic tutaj, tzn.w uk dom. Jak to zawsze twierdził dla nas. Tylko ze mnie sie ten pomysł srednio podobał od samego początku, no bo skoro jestesmy w zwiazku, to taka wazna decyzja o zakupie nieruchomości tez powinna być wspolna. Dodam, ze zdolność kredytową mam, wkład duzo mniejszy niż on.
Na poczatku całej tej historii zakupowej, zgodziłam sie ze tez podpisze sie pod pozyczką. Ale potem stwierdziłam, ze skoro nie jestesmy małżenstwem, on nie ma jakichs wiekszych planow, co do naszej przyszłosci, odmowiłam. Zreszta zauważylam, ze jakoś specjalnie nawet nie nalegał, zeby to odbyło sie razem. Co dało mi już dużo wiecej do myślenia. Od temtej pory przyrzekłam sobie ze juz nie bede sie pchac z buciorami, jak bedzie chcial, może przemysli, moze sam zacznie temat. Nic takiego sie nie stało. Obecnie jest on w trakcie załatwiania formalności zwiazanych z zakupem domu. Zaprzecza wszystkiemu, mówiac ze mnie pytał, ze miałam taka możliwosc, ale to ja zmienilam zdanie. Tu sie zgodzę zmieniłam zdanie, ale miałam ku temu powody. Skoro on nie rozwiał moich watpliwości dostatecznie dobrze, uważam, ze postapiłam słusznie, przynajmniej tak mi sumienie podpowiada, choc to boli bardzo.
Przez to wszystko wspólne zycie nie układa sie wcale. Mam być teraz jego lokatorem, pomocnicą w spłacaniu kredytu?? Nie wiem jak mam to sobie teraz wszystko wyobrażac. Odebrał mi chęci do zycia, do starania sie o wszystko, do parcia do przodu. Zamiast tego czuję sie jak taki statek, ktory stoi w miejscu, bo brak mu wiatru w zaglach. Na domiar złego jedziemy na wspolne wakacje nad polskie morze, bedzie tam jeszcze moja kuzynka z rodzina. Znów zaczna sie pytania o przyszłosc, o dzieci, o małżenstwo.... przyszłsc z kim? Boję sie tego urlopu. Dręczą mnie jakieś chore sny.
Nie jestem osobą, która umie robić dobrą minę do złej gry, zresztą od dawna nie jestem szczesliwa w takim zwiazku.
A teraz druga historia.
Mój partner i ja pracujemy w tej samej firmie. Zreszta ja znalazłam sie tam dzieki niemu. On pracuje często na wyjazdach, ja na linii produkcyjnej. Praca nie podobała mi sie zbytnio na początku, ponieważ zwiazana jest z elektronika, o której ja nie mam za dużego pojecia. ale z czasem wzdożyłam sie w system i jest ok. Myślę nawet o pogłebianiu wiedzy na ten temat.
Pojawił sie również ten trzeci. Może to zbieg okoliczności, ale pojawił sie wtedy kiedy wszystko zaczeło sie psuć z moim obecnym partnerem. Mnie rownież wpadł w oko. Nie chce łamać mu serca moimi problemami, bo on nawet nie wie jakie one sa duże. Nie odpuszczał od ponad pół roku. widuje go codziennie. Wie, ze jest w moim życiu zupełnie nie tak, jak powinno być. Czasem wydaje mi sie, ze sie w nim zakochałam, a on we mnie. Nigdy nie dopuściłam sie zdrady fizycznej , cielesnej. Ale mysli o koledze z pracy towarzysza mi kazdego dnia. Boje sie tego. Podrywał mnie, wiedząc ze jestem z kimś, z osobą z ktora sie nie układa, a ja dałam na to przyzwolenie. Czekam każdego dnia na jego dzień dobry. Jakoś robi mi sie lżej. Zbywałam go, ale było to ciezkie. Czy powinnam z nim porozmawiac?? Bardzo bym chciała, ale moze to byc poczatek konca - tylko dla kogo??
Pracujemy w tej samej firmie, wszyscy sie tam znają, nie chce stac sie obiektem posmiewiska, bo zranieni ludzie sa zdolni do wielu podłych rzeczy.
Więc co powinnam zrobić ze swoim życiem?? zawsze wiedziałam czego chce ale człowiek z ktorym jestem namieszał mi w głowie, a człowiek który chciałby ze mna być, może zostać zraniony,
Proszę o komentarze, może coś pomogą i spojrze na to wszystko naczej.
pozdrawiam.