Bardzo proszę, pomóżcie, doradźcie, bo już wariuję...
Zrobiłam w swoim życiu coś bardzo głupiego - zbyt szybko wzięłam ślub.
Nie z musu, nie z wyrachowania, tylko z wielkiej miłości. Mój mężczyzna bardzo naciskał a ja zakochana wierzyłam w cudowną, romantyczną wizję wspólnego życia razem. Do tego stopnia, że nie dostrzegałam faktów, które rozsądnie myślącą kobietę odwiodłyby od podobnych błazeństw. Ale stało się.
Po kilku naprawdę szczęśliwie spędzonych miesiącach zaczęły wychodzić na jaw pewne fakty. Mąż pochodzi z majętnej rodziny, ja ze średnio zamożnej. Niby nic a jednak okazało się, że jego rodzicom to przeszkadza. Za każdym razem, kiedy byliśmy u niego w domu, słyszałam jakieś ukryte ironie, docinki. Żeby nie było - każde z nas ma dobrą pracę, mnie w życiu niczego nie brakowało, rodzice mnie i rodzeństwo wykształcili, więc nie bardzo rozumiałam czemu mam się czuć gorsza, nie żyję przecież na czyjś koszt.
Mieszkamy u męża, razem z jego bratem, który można powiedzieć - jest lekko stuknięty: ma dwadzieścia parę lat a żyje jakimiś wyobrażeniami, wciąż opowiada zmyślone historie, studiuje już nty rok, pracę ma tylko dzięki znajomościom rodziców, nie ma dziewczyny, znajomych. Ogólnie żyje na nasz koszt. Próbowałam wielokrotnie podejmować z mężem rozmowę o tym, żebyśmy w końcu zamieszkali sami, ale to jego mieszkanie a jego brat jest uzależniony od męża i sam by sobie nie poradził, bo nic nie potrafi.
Ostatnio na imprezie rodzinnej u męża głównym tematem żartów była moja rodzina i ja - ogólnie zrobili z nas dosłownie dziadów a najgorsze jest to, że mój mąż brał w tym udział i nie stanął w mojej obronie, tylko się głupio śmiał. Poczułam się po raz kolejny okropnie i wtedy coś we mnie pękło - nagle straciłam całą swoją miłość do męża. Nie pytajcie, jak to się stało, po prostu zaczęłam go szczerze nienawidzić. W głowie wciąż szumią mi te ich okropne słowa i przypominają się sytuacje, kiedy ktoś z tej familii wbijał szpilę a on nigdy przenigdy nie zaprzeczał, nie mówił jak jest - tylko potulnie słuchał i pozwalał na to. Po ostatniej akcji nie wytrzymałam i wyrzuciłam z siebie ten żal, który we mnie tkwił. A mąż zamiast załatwić to jak w małżeństwie być powinno, pojechał poskarżyć się do mamusi. Oczywiście tak to odwrócili, że wyszłam na jakąś zazdrosną pannę co to zadziera nosa, że tak nisko urodzona osoba powinna potulnie przyjmować na barki co mówią panowie a najlepiej się nie odzywać, bo jestem z rodziny, która według nich nic nie osiągnęła.
Nie chcę walczyć o męża, bo to walka przegrana, on nie potrafi stanowić samodzielnego organizmu, tylko uzależniony jest od opinii zwłaszcza swojej matki. Najłatwiej byłoby odejść, ale w tej historii jest ktoś jeszcze - nasz maleńki synek. Na razie jestem uwięziona z małym szkrabem w jego mieszkaniu i nie mam się gdzie podziać. Nie rozmawiamy ze sobą w ogóle, chyba że na temat dziecka, po prostu nie ma małżeństwa. Zdaję sobie sprawę, że sama z maleństwem nie zdołam się utrzymać, więc jestem do niego przywiązana. Rodziców nie chcę obciążać, oni i tak bardzo przeżywają tą moją życiową porażkę i pomagają, jak mogą.
Poradźcie, jak znaleźć siły, żeby to wytrzymać? Wiem, że sama jestem sobie winna, bo powinnam być czujna i nie podejmować pochopnych decyzji, ja zdaję sobie sprawę z popełnionych głupstw. Chciałabym tylko uzyskać tu na forum wsparcie, bo jestem z tym zupełnie sama i jestem w okropnej kondycji psychicznej...