Przepraszam, że tutaj w to Wasze kobiece królestwo wchodzę nieproszony, lecz ja już nie daję sobie rady z tym wszystkim, a uzbierało się tego trochę przez lata.
Czytam to forum już od jakiegoś już czasu i wiem, z jakimi to problemami a czasami i osobliwymi sytuacjami się tu spotykacie, a mimo wszystko staracie się w miarę możliwości pomóc.
Niestety ja nie mam, z kim nawet porozmawiać o tym, co mnie gryzie i boli, a ostatnio boli ze zdwojoną siłą.
By naświetlić problem i ewentualną przyczynę, którą mam nadzieję postaracie się mi wyjaśnić muszę napisać swój "życiorys", ale on jest króciutki i bezbarwny.
Urodziłem się jak każdy, choć nikt się mnie nie pytał czy chcę.
W wieku kilku lat tracę ojca, a matka po jego śmierci zaczyna systematycznie pić.
Oczywiście już w dwa tygodnie po wypłacie brakuje jej pieniędzy, więc nie muszę chyba mówić, że odbija się to również na mnie, choć na mnie jest też renta po ojcu, którą także przepija.
Po śmierci ojca zamknąłem się w sobie stałem się nieśmiały i wrażliwy tak wszyscy wokół mówili.
Idę do podstawówki i tam mam już problemy z nawiązywaniem relacji z rówieśnikami (niska samoocena).
Koniec podstawówki i pierwsze młodzieńcze uczucie.
Szkoła zawodowa gdzie zawaliłem po kolei dwa lata z braku dostosowania się do nowej sytuacji i nie tylko.
Zmiana szkoły i ukończenie jej w normalnym terminie.
Miesiąc później wojsko gdzie na końcu służby odrzucam propozycję pozostania w armii.
Po wojsku prawie rok bezrobocia.
Pierwsza praca załatwiona oczywiście po znajomości. Praca ciężka, ale dobrze płatna tam poznaję dziewczynę i jesteśmy razem ponad rok to pierwsze i jedyne do tej pory szczere (z mojej strony) uczucie.
Rozstajemy się jest cholernie ciężko, ale daję radę.
Wyprowadzam się z domu wynajmuję kawalerkę, bo tylko na to mnie stać, ale jednak stać.
W zakładzie pracuję do ogłoszenia jego upadłości, czyli w sumie ponad 4 lata. Nie stać mnie już na kawalerkę, więc wracam do domu.
Kolejny prawie rok bez pracy.
W końcu podejmuję pracę w zakładzie gdzie pracuję (do dziś) na ? etatu nie jest to dużo, bo nie stać mnie nawet na pokój tym bardziej, że to budżetówka, więc dalej mieszkam w domu. Z czasem zwiększają mi wymiar etatu do pełnego. Zarabiam na tyle by się wyprowadzić. Wyprowadzam się do wynajętego pokoju, chociaż nie wiem, po co.
To tyle. Zapomniałem o najważniejszym teraz mam 40 lat i jestem kawalerem bez niczego, i do niczego. Nie mam, co prawda żadnych zobowiązań, ale to wszystko, czego się dorobiłem przez prawie 20 lat.
Wspominałem już o nieśmiałości, o którą mnie posądzano od dzieciństwa, ale według mnie to już wtedy było coś innego.
Kiedyś przeprowadziłem szereg testów na osobnych stronach jednak bez poznawania wyników by nie sugerowały mi podświadomie odpowiedzi.
Na te same testy odpowiadałem trzykrotnie i dopiero odczytałem "diagnozę". Doznałem szoku ja posiadam chyba wszystko od fobii społecznej, osobowości uciekającej po dystymię i cholera wie, co jeszcze. Oczywiście to samo diagnoza, a nie ocena specjalisty.
Jednak to ukazało mi całkiem inną prawdę o sobie. Wiele swoich dotychczasowych zachowań zaczynałem rozumieć.
Nie pomyślcie sobie, że swoją niezdarność zwalam na jakieś urojone choroby, bo tak nie jest, ale to wszystko zaczęło układać się w jakąś logiczną całość.
Dodam może tylko jeszcze do tego obrazu to, że również od dziecka mam bardzo niską samoocenę, która dzisiaj jest chyba na poziomie poniżej zera.
Oczywiście w sferze uczuciowej po pierwszej i jedynej miłości również kompletnie czarna dziura. Jak widzicie nieciekawy się rysuje obraz mojej osoby.
Na początku napisałem, że nie daje sobie rady ze wszystkim, ale najbardziej z uczuciami, których po prostu mi brak.
Już kilka lat temu odczuwałem ten brak, ale jakoś to było niestety, lecz ostatnio uderzyło to z wielką siłą, a to za sprawą pewnego zdarzenia.
Jakiś czas temu założyłem konto na Facebooku, z którego rzadko korzystałem. Któregoś dnia ktoś nieznajomy przysłał mi zaproszenie do pewnej aplikacji i chyba tylko z czystej ciekawości utworzyłem sobie konto. Aplikacja przekierowywała do pewnego randkowego portalu. Popatrzyłem, poczytałem i zapomniałem.
Na skrzynkę mailową, co jakiś czas przychodziły wiadomości, że a to ktoś odwiedził mój profil a to, że pojawiły się nowe osoby itd. Oczywiście te wiadomości usuwałem a na portal nie wchodziłem. Odpowiadałem tylko, gdy ktoś mnie słownie zaczepił, lecz tylko z grzeczności.
Na kolejną słowną zaczepkę również odpowiedziałem, ale tym razem nie skończyło się zna zwykłym "część".
Pisaliśmy do siebie, bo bardzo byliśmy do siebie podobni, czuliśmy tak samo, myśleliśmy tak samo i nawet kiedyś kochaliśmy tak samo.
Polubiliśmy się i zbliżyliśmy się do siebie. I stało się to, co raczej było nieuniknione zaprosiła mnie do siebie.
Gdy czytałem ten list od niej z oczu popłynęły mi łzy, lecz nie były to łzy szczęścia a smutku i rozpaczy, bo zdałem sobie sprawę, że to jest koniec. Napisałem jej o sobie cała prawdę, o którą do tej pory nie pytała. Oczywiście ryczałem przy każdym słowie, choć próbowałem okiełznać wzruszenie.
Do tej pory nie znałem się od tej strony, a dzisiaj? Dzisiaj zachowuję się jak baba (przepraszam za to określenie) nie mogę spać, nie jem od trzech dni, chodzę po ścianach i gryzę tynk, a do tego bez przerwy beczę. Na domiar złego mam wrażenie jak gdyby ktoś na mojej klatce piersiowej położył jakiś wielki ciężar.
Do pracy chodzę, bo muszę, ale nawet tam czy po drodze, gdy o niej pomyślę to łzy lecą mi ciurkiem.
O co w tym wszystkim chodzi? Przecież to nie jest normalna reakcja, zwłaszcza reakcja faceta. Z czego to może wynikać czy ze mną jest już aż tak źle?
Gdzie leży przyczyna tego, że nikt mnie nie chce już pokochać?
Przecież, co do ewentualnej partnerki mam tylko trzy wymagania? Pierwsze żeby w ogóle była. Drugie aby była dobrym człowiekiem i trzecie szczerze kochała.
Mam za duże wymagania? Czy takich kobiet już niema? Czyżby faktycznie chodziło o pieniądze, bo w życiu nigdy niema nic za darmo nawet miłości?
Przecież nie jestem darmozjadem, i nie chcę być na czyimś utrzymaniu. Czy to moja wina, że nie jestem bogaty z domu?
To, że nigdy nie miałem żadnego konfliktu z prawem też dla nikogo nic nie znaczy.
Oczywiście fakt, że jestem dobrym człowiekiem, a nawet jak niektórzy twierdzą za dobrym, to też nic? To znaczy, że można mnie bić i kopać, bo wiadomo, że i tak nie odda?
Pewnie jestem też frajerem, bo bezinteresownie pomagam ludziom? Chociaż kiedyś dałem się wykorzystać, ale nie tylko ja, gdy pewna kobieta skarżyła się na trudną sytuacje a była sama z dziećmi. Żal mi się jej zrobiło jak zapewne wielu ludziom i przesłałem jej trochę pieniędzy by, chociaż dzieci miały jakieś święta.
Pani po nowym roku z rozbrajającą szczerością napisała, że jedzie na zagraniczne wojaże, bo musi... odreagować stres.
A ja, co? Jako ten nic niewarty już od lat nie wyjechałem z miasta. Łapię się każdej dodatkowej pracy, a w okresie urlopowym biorę zastępstwa by dorobić, ale w oczach innych jestem leniem, bo się nie dorobiłem. Jeśli faktycznie uczucie zależy od grubości portfela to już niedługo być może przeczytacie w prasie o kolejnym napadzie na bank, i być może będę to właśnie ja.
W sumie, co mam do stracenia? Najwyżej zastrzelą mnie przy ucieczce a jak nie, i mnie złapią to przynajmniej odpocznę sobie w celi nie martwiąc się o nic na koszt podatnika.
Zaczynam mieć powoli już dość tego życia. Przy dobrych układach z tym u góry pozostało mi około24-31 lat życia, czyli mniej niż połowa tego, co za mną a ja dalej jestem w czarnej dupie, a ta dupa jest coraz czarniejsza. Gdzie ja popełniłem jakiś błąd? Bo musiałem go gdzieś popełnić? A może w poprzednim wcieleniu nabroiłem i teraz ponoszę za to karę?
Jestem wierzący, ale zaczynam nienawidzić boga. Spaprał zwyczajnie robotę obdarzył mnie wieloma dobrymi uczuciami pokazał przez moment jak to jest i... zabrał. Dlaczego to zrobił?
Do tej pory jakoś znosiłem to dzielnie, ale jeśli tak dalej ma wyglądać moje życie to ja z niego wysiadam.
Do dupy to wszystko jest poukładane na tym świecie wmawianie ludziom, że mają wolną wolę to takie pitolenie o Szopenie, bo wybór przy podejmowaniu decyzji to ja bym miał gdybym był sam na świecie. A tak? Człowiek przychodzi na świat, bo ktoś podjął za niego taką decyzję, a gdy świadomie chce umrzeć to mu się często w tym przeszkadza, tylko nie wiem w imię czego, bo z pewnością nie jego świadomej decyzji.