Mówiąc krótko, w wieku 13 lat poznałam chłopaka, były wakacje super się dogadywaliśmy, nie mieszkaliśmy w jednym mieście a więc gdy wróciłam z wakacji czegoś mi brakowało. Po nie długim czasie zrozumiałam, że tęsknie, że się w nim realnie zakochałam, a gdy się spotykaliśmy przez okres wakacyjny nawet nigdy nie pomyślałam o nim w tym kontekście.
Nasz kontakt był ubogi, w wieku 15 lat w końcu coś zaiskrzyło, można powiedzieć, że był to związek, taki niewinny, czysty. Byłam strasznie nieśmiała więc i o całusa było u mnie trudno. Okres ten wspominam bardzo miło do dzisiaj, czegoś takiego jak wtedy już nigdy więcej nie poczułam nawet do tej pory, te motyle w brzuchu i to wszystko, człowiek o całym świecie zapominał.
Niestety długo się nie nacieszyłam tym, ni z gruszki ni z pietruszki zerwał ze mną kontakt. A że nie mieszkaliśmy w jednym mieście było to bardzo proste zagranie.
Po pół roku się odezwał, wybaczyłam mu to, to było silniejsze ode mnie, gdy z nim pisałam zawsze serce mi aż waliło, tzn zostaliśmy "znajomymi" i nic więcej.
W wieku lat 16 poznałam innego chłopaka, z którym jestem do tej pory a mam 22 lat.
Wcześniej miałam częstszy kontakt z byłym niż teraz ale to i tak nie zmienia faktu, że pomimo że mam fajnego chłopaka to myślę o tamtym. Już prawie rok z byłym nie rozmawiałam a nadal siedzi mi w głowie. Z moim teraźniejszym chłopakiem czuję się dobrze, jestem szczęśliwa jednak nie czułam przy nim nigdy tego uczucia co przy tamtym. Tej lekkości, beztroski, że wszystko mogło się wokół walić a ja byłam zakochana i koniec.
Sama nie wiem czy ja aby sobie wmawiam, że tamtego kocham? Czy w ogóle ma sens mój związek, skoro ja myślę ciągle o byłym? Przecież już tyle lat minęło...
W ogóle jak gówniara 12 lat może się tak poważnie zakochać?!