Witam...
Przeszłam wiele w swoim życiu... z byłym narzeczonym, z depresją, ale pewnie niewiele kto pamięta moje dawne wątki, a ostatni pt. "Rozstanie w noc sylwestrową". Zbliża się rocznica. Z narzeczonym nie mam już żadnego kontaktu, podobno ma dziewczynę, ale nic nie wiem co u niego i niech tak zostanie...
Po prawie roku czasu bycia samej, a pół roku poszukiwań faceta dalej jestem w tym samym miejscu, dalej nie mam sensu życia i dalej depresja mnie gryzie. Przez ten czas poznałam wiele osób, ale z nikim nic trwalszego nie wyszło. Same porażki i rozczarowania.
Kilka osób mi bliskich mówi mi, że nie powinnam już nikogo szukać bo po prostu nie mam szczęścia znaleźć porzadnego faceta, ktory by mnie szanował. Ze mną też nie jest do końca dobrze, bo kto będzie szanował osobę z depresją? Mam dni lepsze i gorsze, potrafię żartować, śmiać się, nikt nie powiedziałby, że mam depresję. Ale zdarzają mi się ciężkie chwile, tzw. doły, wtedy nic nie ma sensu, jestem smutna, mam zmienne nastroje, wszystko mnie drażni. Potrzebuję wtedy wsparcia, przytulenia, ciepłego słowa. Niestety.... Wtedy właśnie nie ma przy mnie nikogo...
Ale do rzeczy...
Jakieś 3 miesiące temu poznałam faceta. Wydawał mi się idealny... Pierwsze spotkania...bajka. Przystojny, rozmowny, z poczuciem humoru, bez nałogów, z dobrą pracą, tylko rok starszy ode mnie, szukający kogoś na stałe i tak samo jak ja chcący założyć rodzinę. Rozmawiało nam się super, mogliśmy gadać godzinami, pisał długie ujmujące smsy. Podobno zakochał się we mnie... a ja w nim zauroczyłam... Ale na pewno potrafiłabym go pokochać. Gdyby nie jego zachowanie. Zaczęły mi przeszkadzać jego sarkastyczne żarty oraz to, że już tak często nie pisze, że jak mieliśmy się spotkać to zawsze mówi "jak chcesz", przestał o mnie zabiegać, albo wogóle nie zabiegał. Ja za bardzo się w to zaangażowałam.... i........znowu cierpie;(
A moim gwoździem do trumny stało się coś czego nie powinnam nigdy powiedzieć, ale powiedziałam tak jak się poczułam.... Kiedy on byl dla mnie taki chłodny kiedy ja miałam problem, potrzebowałam od niego wsparcia, znów depresja ciągnela mnie w dół... byłam smutna i przygnębiona, wszystko mnie wykanczało, praca, szkoła, inne obowiązki.... On był dla mnie chłodny... A ja tak potrzebowałam zeby przytulił i powiedział "Jestem z Tobą Kochanie, przejdziemy to razem". Chciałam, żeby cos zrobił, żeby pokazał czy mu naprawdę na mnie zależy i zrobiłam cos czego nie powinnam był zrobić... Powiedziałam mu, że nie chce mi się juz żyć, że mam wszystkiego dosyć, całego swojego życia i tych wszystkich porażek z facetami i wogole (zna historie o byłym narzeczonym), że gdyby nie rodzice to bym popełniła samobójstwo, ale nie chcę robić im przykrości bo oprócz nich nikogo nie obchodzę. Ale tak się poczułam, znów poczułam, że życie wymyka mi się spod kontroli.
Po tym wszystkim on nie starał się powiedzieć mi nic miłego, zero zrozumienia, zero dobrego słowa.... Zraziłam się do niego.... on do mnie też. Powiedział tylko, że go to wszystko przeraża. Nie chce o tym porozmawiać. Niby dalej jesteśmy razem ale on jest jakiś dziwny.
Czuję, że to chyba koniec będzie.... Powiedział mi, że dalej mnie kocha, ale żeby takich sytuacji więcej nie było bo on tego nie wytrzyma... obwinia mnie za ta całą sytuacje, nie rozumie mojej choroby. Nie potrafi do mnie dotrzeć albo nie chce. Dalej jest chłodny. A ja mu juz na początku powiedziałam, że mam depresję....
A teraz proszę o poradę... Powinnam sama z nim zerwać zanim zrobi to on? Czy dalej z nim być (wiem, że to głupie ale chciałaby z nim być, chcialabym zeby to byl TEN)
Ale w takiej sytuacji, skoro on zna moją chorobę, moje stany i tą sytuację nie powinnam się z nim wiązać, bo nie będzie mnie szanował... Jakoś już zauważyłam, że nie szanuje mnie tak jak na początku dowiedziawszy się o tym jakie mam problemy z psychiką.
Czasami dochodzę do wniosku, że rzeczywiście nie powinnam już szukać faceta....
A moje marzenie o kochającym mężu i dziecku powinny pozostać tylko w kwestii marzeń.