Witam
Mam poważny problem ze swoim małżeństwem... Z mężem mamy po 27 lat, małżeństwem jesteśmy od 4 lat, mamy trzyletniego syna do tego jestem w 4 miesiącu ciąży,
Czuję, że się oddalamy od siebie, brakuje mi czułości, nie mogę liczyc że mąż mnie przytuli, zapyta, jak minął dzień. Ma do mnie pretensję, że nic nie robię, bo nie pracuję. Ale przecież zajmuję się domem. Zawsze jest posprzątane, ubrania wyprane i wyprasowane, dziecko nie chodzi brudne i głodne, w domu zawsze czeka na niego ciepły obiad. Nawet rano wstaję ok. 5.30 żeby zrobic mu kawę i kanapki do pracy.
Mąż ma do mnie pretensje, że go nie doceniam, że nie szanuję tego, że na mnie zarabia. Twierdzi, że marnuje mu życie, że traktuję go jak psa. Owszem, kiedy jest pod wpływem alkoholu przestaję go szanowac, po prostu nie mogę udawac, że wszystko pasuje, nie potrafię się przytulic, bo czuję wstręt.
Ja ciągle mu wypominam picie alkoholu. Może i nie dużo pije, bo ok. 2 piwa codziennie lub co drugi dzień. Ale ja nie mogę znieśc zapachu alkoholu. A on jak wypije zaczyna mnie poniżac, ubliżac. Czepia się mojej rodziny a swoją stawia za wzór idealności.
Próbujemy ze sobą rozmawiac ale to niewiele daje. Mąż przestaje pic na 3-4 dni a potem znów jest to samo. Teściowa twierdzi, że przesadzam, bo przecież dwa piwa to jeszcze nie alkoholizm.
Mam już dośc ciągłego niańczenia go. Mąż twierdzi, że nie ma przy mnie własnego zdania, że to ja chcę wszystkim żądzic. Prawda jest taka, że jak trzeba podjąc jakąś decyzję to on to zrzuca na mnie. Jak mówię, żeby to on zadecydował to słyszę, że jemu to jest obojętne i możemy zrobic po mojemu. Wolałabym mieć w domu mężczyznę a nie dziecko za które trzeba decydowac. Mam dośc zajmowania się wszystkimi problemami. Nie wiem o co tak naprawdę chodzi. Mi przeszkadza głównie jego picie. A on twierdzi, że pije bo ja go denerwuję i musi się odstresowac
Wczoraj jak wrócił z pracy poszedł do garażu naprawiac auto. Jak przyszłam po jakimś czasie zapytac dlaczego nie zjadł to zobaczyłam przerażający widok. Mąż wisiał nad kanałem na kablu z przedłużacza. Zaczęłam krzyczec jak opętana i ze wszystkich sił wyciągnęłam go. Może jakbym przyszła minutę później mąż już by nie żył. Znów mi wykrzyczał, że go nie szanuję, traktuję jak szmatę. Powiedział, że i tak się zabije. Był pod wpływem alkoholu a mimo to wsiadł do samochodu i pojechał.
Myślałam, że się wykończę psychicznie. Na szczęście po godzinie wrócił, nic mu się nie stało. Nigdy mnie nie szantażował i nie straszył samobójstwem, dlatego było to dal mnie szokiem. Do teraz mam w głowie obraz wiszącego męża. Koszmar jakiś.
Myślała, żeby odejśc od niego, ale tak naprawdę to tego nie chcę. Kocham go tylko nie wiem jak możemy sobie pomóc. Myślę, że mąż też mnie jeszcze kocha. Może czasowe odejście byłoby dobrym rozwiązaniem? A może właśnie rozstanie wszystko tylko pogorszy?
Może ktoś mógłby mi pomóc, podpowiedziec, doradzic?