Co prawda etap zabawek jest już poza nami, ale nie na tyle, abym miała tego nie pamiętać
.
Moje dziecko (co było dla mnie zaskakujące), choć zawsze żywe i ciekawskie, to jednak nigdy nie miało tendencji do wkładania wszystkiego do buzi, noska czy ucha, ale oczywiście i tak zawsze dostawało do ręki zabawki dostosowane do swojego wieku - na tę informację znajdującą się na opakowaniu zwykle zwracałam uwagę podczas zakupów. Nie miałam jednak hopla na punkcie skrupulatnego sprawdzania atestów czy składu chemicznego, bardziej bowiem polegałam na własnej intuicji i sprawdzonych markach. Pamiętam, że bardzo długo królował u nas Wader - zabawki niedrogie, ale trwałe, dobrze zrobione, bezpieczne - samochodziki, klocki i inne cuda. Nie ufałam za to wszechobecnej chińszczyźnie i - choć tania - nigdy nie została przeze mnie przytargana do domu. Przyznaję, że szlag mnie trafiał, kiedy jeden z dziadków, co prawda w dobrej wierze, ale co i rusz w podarunku przynosił wnusiowi jakieś paskudne, chińskie roboty i inne rupiecie, które nawet trudno nazwać zabawką - nie tylko strasznie tandetne, ale też zwyczajnie niebezpieczne.