Witam Was serdecznie,
Na samym poczatku przepraszam, za brak polskich liter.
Mam bardzo wielki problem, a moze jest to juz bezsilnosc, nie wiem gdzie mam szukac pomocy, a w sobie trace juz sily. Czytam, szukam, rozmyslam, dopadla mnie choroba smutkow i kontuzja serca ... Historia, ktora chce Wam przedstawic proszac zarazem o jakies wskazowki jest krotka. Kilka miesiecy temu poznalem wspaniala kobiete. Milosc od pierwszego wejrzenia. Ta chwila, w ktorej ja zobaczylem, az mnie przeszylo uczucie na wylot, wiedzialem, ze to jest to, to jest ta osoba, ktorej szukalem przez cale zycie. Ona ma 30 lat ja mam 35 lat i nieudany zwiazek za soba z dwoma wspanialymi corkami, w ktorym trwalem "dla dobra dzieci". Nadzedl ten dzien, kiedy to poznalem milosc mojego zycia. Wszystko zaczelo sie niewinnie. Nie mieszkam w Polsce od prawie 15 lat, ona przyjechala "zmienic" swoje zycie, "uciekla" od problemow, nieudanych milosci w poszukiwaniu szczescia, lepszego prawdziwego zycia. Potrafilismy rozmawiac, smiac sie, ale wszystko w pewnym momencie zaczelo sie staczac w zla strone, a mianowicie marihuany. Wiedzialem, ze pali, ja takze popalam od czasu do czasu, ale nie wiedzialem niestety, ze palenie "to jej zycie". Nie jestem mezczyzna, ktory chce byc zmieniany przez innych, dlatego tez ja nie probuje zmieniac innych. Nie bede ukrywal, ze takze lubie stan upalenia, ale wiem takze, ze tak sie nie da zyc. Bylem kiedys bardzo mocno uzalezniony od hazardu i znam odczucia przy uzaleznieniu umyslowym. Wiedzialem, ze nie moge walczyc, bo nie wygram, nie wygram dopoki ona nie bedzie chciala sama to rzucic. Opowiedziala mi swoje zycie, przeszlosc, zwiazki, cos z czym nie koniecznie sie czulem komfortowo, ale slucham, i odpowiadalem na pytania o moim zyciu. Zblizylismy sie, uczucie roslo, ale palenie je zabijalo. W pewnym momencie musiala wyjechac ... moja wina takze w tym zapewne byla, badz sam chce sie czuc winny, zeby to zrozumiec. Kilka dni ciszy, kontakt na nowo. Milosc, uczucie, ktore mna zawladnelo nie dawalo mi spokoju. Walczylem, przyjmowalem wiele sytuacji w sposob bezkompromisowy, tak jak chciala, a nawet przeciwko mnie. Plan, wyjazd wspolny, dom na plazy, tydzien z dala od wszystkiego, tylko ona ja i morze. Im blizej wyjazdu bylo tym wiecej zlych rzeczy sie dzialo. Jej stany na upaleniu zaczely mnie przerazac. Humory a'la 4 pory roku w jednym dniu. Glowna awntura zaczela sie, kiedy to powiedzialem na jedno z jej pytan, ze jej przeszlosc mnie nie interesuje, ze dla mnie sie liczy to co jest teraz i to co bedzie w przyszlosci. Nie potrafila tego zrozumiec, do poziomu, gdzie przez tel mi powiedziala, ze skoro przeszlosc nie jest taka istotna, to moze moglbym byc nawet z kurwa, bo co to za roznica. Wtedy grzecznie jej powiedzialem, ze nasza rozmowa sie wlasnie skonczyla, i odlozylem sluchawke. Po powrocie do domu postanowilem jej wyjasnic dlaczego przeszlosc jest nie tak wazna. Nie poskutkowalo. Ale jej reakcje byly spowodowane mocnym upaleniem, i nie wytrzymalem. Napisalem jej co mysle o jej stanach i o jej zachowaniach, bez wulgaryzmow, ale mocnym doroslym jezykiem. Nastala cisza ... Zadzwonilem nastepnego dnia, nie odebrala, napisala, ze caly czas placze, jak moglem tak o niej myslec, ale cieszy sie, bo przynajmniej zna moje zdanie. Poczulem sie winny. Bo ... napisalem niestety prawde jaka jest i w jakim kierunku jej zycie idzie. Wyjazd sie zblizal, a ja czulem, ze to sie nie uda. Postanowilem wyslac jej kwiaty w przeprosiny. Ja, ja chcialem przeprosic ja za to jaka jest, czyli za slowa jakie powiedzialem. Stwierdzilem, ze to ani czas ani nie miejsce na takie "sprzeczki". Kwiaty miala otrzymac dzien przed wyjazdem popoludniu. Rano rozmawialismy, powiedziala, ze nie moze, nie potrafilaby mi zaufac, nie czulaby sie juz ze mna dobrze po tym co jej powiedzialem o jej samej. Kwiaty niestety juz byly w drodze do niej, ale udalo mi sie je "zatrzymac" i przeslac do kosciola pobliskiego (mimo, iz nie uczeszczam do kosciolow, ale wierze) dlatego je przeslalem dalej, aby nie stawiac ani siebie, ani jej w dziwnej sytuacji. Postanowilem, ze ja polece do PL w dzien kiedy ona miala przyleciec. Protestowala, az obrazala mnie, obelgi, walka, toksyka, ale stanowczo twierdzilem, ze musze, poprostu jezeli mamy to zakonczyc to nie telefonem, sms'em itp chce spojrzec jej w oczka i porozmawiac. Dalej twierdzila, ze nie mam leciec, bo sie ze mna nie zobaczy, ze polece na darmo. Wiedzialem, ze moje sprawy w PL nie sa poregulowane w 100% i moglo sie zdarzyc, ze mnie na lotnisku aresztuja, aby mnie przewiesc do prokuratury w celu przesluchania. Z rana przed wylotem, bardzo mi naublizala, tel wylaczylem. Kiedy wyladowalem w PL mialem 37 prob polaczen, tak 37! i kilka przykrych wiadomosci. Ostatnia wiadomosc brzmiala, ze wyjezdza na wakacje ze swoim bylym, ze chciala mi tego oszczedzic (moze jestem naiwny, ale to chyba na 80% klamstwo, bo wiem, ze nie szanuje go itp). Napisalem, ze wyladowalem, ze odezwe sie jak wyjde z lotniska. Po chwili mi napisala, ze za 10 min wyjedza do mnie, ze porozmawiamy. Niestety, zadrzylo sie tak, ze zatrzymano mnie. Napisalem jej sms'a, zeby nie wyjezdzala, co sie stalo itp ze prawnik moj juz wie. Odpisala, zebym odezwal soe jak bede mogl. Po przewiezieniu na komende, prawnik moj oznajmil mi, ze niestety do jutra (pon) bede zatrzymany. Mialem jeszcze mozliwosc i jej to napisalem. Udalo mi sie wszystko juz zalatwic w piatek, i mnie puscili. Przez te dwa dni duzo myslalem, o niej, o nas, o smsie o wakacjach z bylym. Po wyjsciu z prokuratury pojechalem do Berlina pierwszy samolot i do domu. Dowiedzialem sie, ze "szukala" mnie w firmie moich rodzicow, szukala kontaktu z kims mi bliskim w dzien kiedy mnie aresztowano. Hmm po co? Co to za gra? Nie odezwalem sie jeszcze do niej i nie wiem czy powinienem, co zrobic?b Przepraszam za dlugi post.