Witam wszystkie kobiety. Przepraszam, że łamię wasze zasady i jako facet wypowiadam się na forum, ale chyba tylko druga kobieta może zrozumieć tę sytuację i pomóc mi to zrozumieć.
Poznałem wspaniałą dziewczynę w lutym 2009. Każdego dnia zbliżaliśmy się do siebie, aż zostaliśmy parą. Był to cudowny związek. Ona malutka, zgrabna, raptem 40kg. Ale za to właśnie była taka piękna. Miała wiele kompleksów... Począwszy od piersi po biodra, ramiona. Rozwiewałem jej wątpliwości w tej kwestii jak tylko mogłem. Widzę, że po tych 4 latach o wiele jej lepiej i fizycznie i psychicznie, ponieważ jest osobą, która bardzo łatwo wpada w stresy. Zawsze w takiej sytuacji, gdy była bardzo roztrzęsiona, wystarczyło 5 minut w moich ramionach, dobre słowo i się uspokajała i zasypiała z czym też był problem. Byłem dla niej bardzo dobry, w domku nie koniecznie wszystko miała. Pomagałem jej w życiu bardzo dużo, ale naprawdę bezinteresownie. Bowiem jaką cenę ma uśmiech na twarzy tej drugiej osoby? Od niej chciałem wierności, odwzajemnionego uczucia i aby tak po prostu była obok. Dawała od siebie bardzo dużo! Widziałem to i doceniałem. Zawsze prawiłem ciepłe słowa! Nie kłóciliśmy się prawie w ogóle, a jak się zdarzyło to trwało to 5 minut i nie potrafiliśmy się na siebie denerwować. I tak minęły 4 lata. Poznaliśmy dużo świata, zżyliśmy się z rodzinami, zasmakowaliśmy pierwszego razu po 2 latach. Pięknie budowaliśmy ten związek. Każde zbliżenie było piękne i pełne emocji. Nic nie było z woli potrzeby. Siła była w miłości.
Nagle po 4 latach, a dokładnie przełom styczeń-luty 2013 zaczęło coś się dziać. Ja ucząc się i pracując weekendami miałem troszkę mniej czasu, ale i ona studiując też miała mniej czasu, ale nasze spotkania odbywały się bez problemowo. Weekendami przyjeżdżałem do niej zawsze po 18 i spędzaliśmy długie wieczory razem. W tygodniu również mieliśmy dni kiedy możemy na siebie liczyć. Był to poniedziałek, środa (czasami), piątek. Więc było widać, że za sobą tęsknimy i gdy stawała w drzwiach rzucała się na mnie! Więc myślę, że o brak czasu tutaj nie chodzi. Tak jak mówię, przełom styczeń-luty coś zaczęło się dziać. Przestałem widzieć na jej twarzy uśmiech. Smuciła się i gdy to widziałem, a zawsze widziałem, chciałem się dowiedzieć co się dzieje. Mówiła, że to co zwykle, nie wierzy w siebie, ale że mam być obok i minie. Jeszcze czułem wtedy od niej pożądanie. Wtulała się we mnie tak po prostu, łapała za rękę, mówiła, że gdy jestem obok bardzo dobrze się czuje i jest bezpieczna i zawsze może u mnie zjeść i odpocząć. Przyszedł poniedziałek. Przyjechała jak zawsze, dała mojej siostrze korepetycję z angielskiego i przyszła do mnie. Była smutna, przytulała się i nagle zażądała tygodnia przerwy lub że odezwie się gdy zatęskni. Zanim pojechała, stanowczo chciała się kochać. Miała tego dnia okres i zawsze uciekała od zbliżenia w te dni, ale tym razem powiedziała, że bardzo chce poczuć moją bliskość i jeśli się nie brzydzę to chce się kochać ze mną. Tak się stało. Ja tej wspaniałej osoby nie brzydzę się! Kochaj ją i czy ma okres czy nie akceptuję ją w całości! Podczas tego stosunku doznała pierwszy raz orgazmu pochwowego, co raczej wykluczyło opcję, że kocha się na siłę. A zawsze je powtarzałem, że wszystko co robi, musi tego naprawdę chcieć. Bo czym jest seks bez uczucia? Przynajmniej w moim myśleniu. Tak więc tydzień minął równy i dokładnie 2 minuty po północy po tygodniu napisała "proszę mam nadzieję, że nie śpisz". Ja ten tydzień bardzo przeżyłem choć myśl, że po prostu wróci po tym czasie mnie bardzo wzmacniała. Ja nie spałem tego wieczoru sam nie wiem dlaczego, widocznie tak miało być. I napisałem, że jestem, a ona, że wstyd się przyznać, ale dopiero teraz poczułam tęsknotę, gdy jest mi bardzo źle, bo coś tam się wydarzyło. Nie powiem, że nie do końca na to liczyłem, bo ja tęskniłem z minuty na minutę coraz bardziej, a brak jej porannego smsa bardzo przybijał. Ale pomyślałem "dobrze, że jednak tęskni w ogóle". Weekend nam minął dość sympatycznie. Impreza w sobotę wieczorem (choć trochę czułem się zagubiony, bo chyba nie okazywała dostatecznie potrzeby mnie) i wspólna noc. Tej nocy się kochaliśmy. Znów bardzo chciała tego zbliżenia. Po, wtuliła się we mnie, ja w nią i zasnęliśmy. W niedzielę doszło do poważnej rozmowy. Powiedziała mi wtedy, że nie kocha mnie tak jak kochała. Nie wie dlaczego, strasznie jej przykro i żal, ale że nie czuje tego tak mocno jak czuła, a ona nie chce być w związku, w którym nie jest pewna uczucia, bo to nie w porządku w stosunku do mnie, a ja z kolei kocham ją na zabój. Naprawdę wskoczył bym w ogień za nią. Bardzo mnie to zabolało, ale ona sama mi nie potrafi wyjaśnić co się dzieje, sama też tego nie rozumie. Bardzo się pogubiła, przyznała. Chciała czasu. Spotkaliśmy się w poniedziałek i poszliśmy na 3 godzinny spacer. Dużo rozmawialiśmy, nie ukrywam widziałem już teraz całkiem co się dzieje, jak ona reaguje na wszystko i chciałem stanowczo to już skończyć, bo bardzo mnie to raniło. Błagała o czas, że musi porozmawiać z ludźmi, zaczerpnąć zdania innych, ale że decyzje podejmie sama. Bardzo otworzyła się wtedy na rozmowy z innymi (dwoma) facetami. Ledwie ich poznała i tak się otworzyła. Bardzo mnie ten fakt zabolał, bo ja o jej względy długo walczyłem i zawsze zapewniała mnie, że jestem jedyną osobą, której może wszystko powiedzieć. Z jednym tylko pisała o nas, a z drugim się spotkała. Tam też się przekonała, że nie zakochała się w innym. Choć nie ukrywam pewnie jej zaimponował choć nie wiem czym. Gość żyje od imprezy do imprezy, pije, pali. Dziewczyny ma co tydzień inne. Zarabia na tańcu. Podobno bardzo był za mną. Mówił, że jestem bardzo dobry, wierny, zawsze obok, zawsze obronie, że powinna o tym wiedzieć, że ciężko jej będzie o faceta z takim poświęceniem. Ile w tych słowach prawdy to nie wiem. Ja dawałem jej wszystko, chodziliśmy po imprezach, rozumieliśmy się doskonale i wypełnialiśmy po brzegi. Nie było nudno w naszym życiu. Jestem człowiekiem bardzo ustatkowanym i nie ukrywam myśleliśmy już oboje o dalszym życiu. Napisała mi kiedyś 2 listy. W nich wspaniale wyznała mi miłość, pewność swoich uczuć i to, że chce być moją żoną i mieć ze mną dzieci. To były nasze wspólne marzenia, do których dążyliśmy. Ciągle odkrywam ukryte karteczki w moim pokoju z jej wiadomościami lub po prostu ze słowami "Kocham Cię". Po rozmowie z tym kolegom, postanowiła dać mi odpowiedź. Była to odpowiedź bardzo zimna "NIE". Jestem mega wrażliwy i naprawdę mocno to we mnie uderzyło. Nokaut! Popatrzyłem na nią i wyszedłem. Całą drogę do domu nie mogłem powstrzymać łez i pytałem siebie "co zrobiłem źle". Nie przespałem nocy. Nie wytrzymałem też by do niej nie pisać. Rano nie poszedłem do szkoły lecz wsiadłem w auto i znów do niej pojechałem. Przegadaliśmy 8 godzin. W łzach i stresie. Wiele razy musiałem ją uspokajać. Tak mi jej żal było, że jest taka zagubiona, że sama nie wie czego chce. W takich chwilach zapominam o sobie i chciałbym dać jej szczęście, ale znów z drugiej strony coś mi mówi "Nie możesz dać jej odejść". Naprawdę poświęciłem jej wszystko. Zaniedbałem wielu znajomych, przyjaciół, ale nie żałuję tego. Naglę pojawiła się myśl "Stary, jeśli ją stracisz, to ty nie masz się do kogo odezwać. Nawet na jeba** spacer nie masz z kim iść". Na szczęście przyjaciele okazali się prawdziwi i wybaczyli i są obok, ale nie mogę ich zadręczać swoimi problemami choć oni ciągle piszą, abym się nie krępował i pisał, że zawsze pogadają, a nie ukrywam potrzebuję dużo rozmów i kontaktu z innymi, bo inaczej bym się wysypał. Po tej długiej i ciężkiej rozmowie, daliśmy sobie szansę. Nic na siłę, wszystko z własnej woli. Miała pisać gdy poczuje taką potrzebę, przyjechać gdy będzie potrzebowała. Przez 2 tygodnie w ogóle na nią nie naciskałem. Sama przyjeżdżała, sama pisała. Była smutna przy mnie, bo martwiła się, że jej nie wróci i mnie zrani tak dosadnie. Powiedziałem, żeby tym się nie przejmowała, a kierowała swoimi uczuciami. Nie kochaliśmy się przez ten czasu w ogóle, ale to nic. Chciała być blisko, trzymać za rękę, przytulać się bardzo czule. Płakała wiele razy bez powodu. Po prostu ją przytulałem i uspokajałem. Wiele razy w ciągu tego czasu tak nagle rzucała się na mnie, przytulała, namiętnie całowała, po czym na pytanie dlaczego to robiła, nie potrafiła odpowiedzieć. Nie naciskałem więc. Po tych 2 tygodniach postanowiłem dać jej odejść, bo widziałem jak się męczy. Zrobiłem to wbrew wszystkiemu w co wierzyłem, ale czego nie robi się dla szczęścia ukochanej. Odbyło się to wszystko bardzo kulturalnie i spokojnie. Nie bez łez... Powiedziała, że zawsze będę w jej sercu, że kocha mnie, ale nie z taką mocą jak to było i jeśli miała by być ze mną to tylko w tej pełnej sile miłości i pewności tego, że chce być u mego boku całe życie. Potrzebuje czasu na przemyślenia, może chce zobaczyć jak to jest beze mnie i powiedziała, że do miesiąca, dwóch określi się ostatecznie. Od tego czasu minął tydzień. Nie widzimy się, nawet nie piszemy. Choć ja dobrze wiem co robi, gdzie przebywa bo mam jej brata przy sobie i jej dwie koleżanki, które myślałem, że mnie nie lubią, a okazało się, że jednak bardzo i są za nami i chcą, abyśmy byli razem. Walczą o to by moja P. uświadomiła sobie znów co czuje lub była pewna, że nie czuje nic. Nawet padły słowa od dwóch bliskich nam par: "Wy byliście dla nas ideałem. Ty tak bardzo o nią walczysz, wspierasz starasz się, zawsze jesteś obok niej, ale i też macie tak łatwo. Tyle miłości co was, nigdy nie widzieliśmy". Bardzo się o nią martwię. Wczoraj napisałem jej tylko świątecznie życzenia. Tak sobie siedzę w ten wolny czas i rozmyślam. Zadaję sobie pytania, codziennie się modlę. Ten tydzień bez niej trwał dla mnie wieczność. Nie mam miejsca dla siebie. Nie potrafię się czymś zająć, ciągle wracają myśli.
Przepraszam, że tak długo, ale uwierzcie, że mógł bym pisać i pisać. Zastanawiam się nawet czy nie wylać swoich myśli na papier i kiedyś jej pokazać. W ostatnim dni napisałem jej bardzo szczerzy list, bo może i to starodawne, ale potrafi wiele przekazać. Może gdy go wyciągnie kiedyś z szuflady razem z moim zdjęciem, coś w niej ruszy.
Moje pytanie do was drogie Kobiety. Co o tym wszystkim myśleć? Myślicie, że tam gdzieś na dnie jej serduszka nadal mnie kocha? Potrzebuje czasu na poukładanie myśli? Czy ja coś zrobiłem źle? Co mógłbym zrobić, co poprawić? Czy ona naprawdę się odkochała? Nie skrzywdziłem jej.. Chciałbym dodać, że bardzo się martwi do mnie i chodzi smutna. Boi się, że sobie nie poradzę, że zawalę maturę, nie pójdę na studia. Boi się też co pomyślą inni. Nie wiem co o tym myśleć.. Czy to jej wrodzone współczucie czy jeszcze miłość..
Pozdrawiam, M.