Przepraszam, że na początku będzie trochę przydługo. Chcę się po prostu wygadać - chyba już nie mogę tego dusić w sobie. Przy okazji jak przez to przebrniecie to na końcu tego tekstu jest pytanie które chciałbym zadać szanownym Panią pisującym i czytującym to forum. Chciałbym po prostu zrozumieć kobiecą psychikę... Historia ta zaczyna się tak jak każda...
M. poznałem trzy lata temu. Jesteśmy równolatkami. Pochodzimy z dwóch małych, leżących niedaleko siebie miejscowości ze pólnocnej Polski. Początkowo spotykaliśmy się tylko weekendy (każde pracowało w swojej mieścinie), ale wydawało mi się, że w końcu znalazłem swoją drugą połowę. Po roku M. udało się dostać pracę w moim mieście w oddziale jednej z większych firm spedycyjnych. Jako, że pochodzi z rodziny z takimi, a nie innymi zasadami, do czasu zaręczyn zamieszkała osobno w wynajętym pokoju. W tym czasie widywaliśmy się prawie codziennie, choć M. zaczęła jeździć na szkolenia, a potem na delegacje za granicę. Zaczęła awansować: komórka, laptop, samochód służbowy, służbowa karta kredytowa. W tym czasie oświadczyłem się jej i zostałem przyjęty. Zamieszkaliśmy razem.
Po kilku miesiącach zaczęło się dziać coś czego nie mogłem zrozumieć. Na delegacjach nie mogła ze mną rozmawiać a jedynie pisywać z rzadka smsy. Przestała się chwalić zdjęciami z takich wyjazdów choć wcześniej tak często to robiła. Telefony miała zawsze przy sobie. Zaczęły przychodzić wieczorami smsy "od koleżanek".. Po pewnym czasie w rozmowach ze mną wprost zaczęła porównywać mnie z jej kolegą z pracy (o siedem lat od nas starszym mężem i ojcem). Oczywiście wypadałem w tych porównaniach raczej kiepsko. W końcu pewnego dnia oświadczyła, że potrzebuje kilku dni do namysłu nad tym jak będzie wyglądać nasze wspólne życie i wróciła do tego pokoju, który w dalszym ciągu wynajmowała (nie przeniosła do mnie wszystkich swoich rzeczy). Dzień później zadzwoniłem do niej późnym wieczorem. Nie odbierała. Potem przysłała mi smsa ze służbowego, że rozmawia z matką i jak skończy to oddzwoni. Nie wytrzymałem - wsiadłem w samochód i pojechałem do niej. W drzwiach mieszkania zderzyłem się z tym jej kolegą z pracy za którym M. zamykała drzwi stojąc w samej koszuli nocnej. Był płacz, przyznanie się do romansu i zapewnienie, że nigdy więcej. Po tygodniu szlochów i błagań zgodziłem się na powrót.
Dwa tygodnie trwała sielanka. Potem zdumienie moje nie miało granic. Ze strony M. zaczęły się kłótnie, obelgi pod adresem moim i mojej rodziny, nawet rękoczyny. Przysłuchiwanie się wprost moim rozmowom przez telefon. Kontrola wiadomości SMS oraz korespondencji. Nie zniosłem tego i odszedłem. Szlochała i błagała, żebym wrócił. Zapewniała, że teraz będzie inaczej, że teraz doceniła to co miała jak to straciła. Po tygodniu zgodziłem się na powrót, z tym, że powiedziałem jej, że potrzebuje czasu, żebym jej mógł zaufać tak jak kiedyś i że to trochę potrwa. Powiedziała, że kocha mnie i to rozumie i że krok po kroku będziemy to wszystko odbudowywać. Początkowo wydawało mi się, że wszystko idzie ku dobremu i że wróciła ta M. jaką znałem na początku naszego związku.
Jednakże po dwóch miesiącach powinienem coś zacząć przeczuwać. Telefony zablokowane kodem zabezpieczającym. Smsy o różnych dziwnych porach. Tak się zdarzyło, że właśnie wtedy miały się odbyć w jej rodzinie chrzciny. BARDZO jej zależało na tym żebym zjawił się tam wraz z nią. Pech chciał, że kilka dni wcześniej dość poważnie się rozchorowałem. Ona kiedy się o tym dowiedziała wzięła urlop ... i pojechała do swojej rodzinnej miejscowości. Ograniczyła kontakt ze mną. Po uroczystości wróciła do miasta, ale nie powiedziała mi o tym. O tym, że jest na miejscu i codziennie imprezuje dowiedziałem się od znajomych (S. jest małym miastem). Dopiero po kilku dniach odezwała się do mnie. Nazajutrz miały być jej imieniny - interesowało ją, czy po pracy (był to mój pierwszy dzień po chorobie) przyjadę do niej oraz to czy jestem gotowy założyć z nią rodzinę, być ojcem jej dziecka i kochać miłością, taką na całe życie. Na obydwa pytania odpowiedziałem twierdząco. W dzień jej imienin, postanowiłem, że zrobię coś spontanicznego: kupiłem rano bukiet frezji (te kwiaty uwielbia), powiedziałem w pracy, że się spóźnię i pojechałem do niej. Zbieg okoliczności sprawił, że na klatce schodowej spotkałem jej współlokatorkę z mieszkania. Zastanowiło mnie to czemu tak dziwnie na mnie popatrzyła, kiedy mnie do niego wpuściła. Po chwili wiedziałem. W pokoju zastałem M. leżącą w objęciach kolegi z pracy. Kolejnego żonatego faceta, ojca fajnego pięcioletniego dzieciaka. Wyszedłem. Po godzinie zaczęła do mnie dzwonić: że to nie tak jak myślę, żebym jej niczego nie wmawiał. Powiedziałem, że to koniec i więcej do niej nie zadzwoniłem. Wiem, że ten facet wprowadził się do tego pokoju, który ona wynajmuje, a sama M. wszędzie rozpowiada, że rozstała się ze mną, bo byłem niedojrzały do założenia rodziny..
Mija czwarty miesiąc od tych wydarzeń, a serce dalej boli.. Jednakże Was szanowne Panie chciałem spytać o coś innego: tego samego dnia i kilka następnych M. przychodziła do mnie pod dom, dzwoniła, pisała, że mnie kocha, że nie jestem jej obojętny, chciała koniecznie się spotkać. Odpisałem, że nie mamy o czym rozmawiać. Teraz już nie nachodzi mnie, ale do dnia dzisiejszego nie ma dnia aby nie zadzwoniła do mnie czy też wysłała smsa z prośbą o spotkanie albo z pytaniem czemu to spieprzyliśmy. O co jej chodzi?? Czerpie jakąś przyjemność z tego, że sprawia mi ból? Robi to tak dla sportu? Sprawdza mój poziom uczuć do niej? Chce mieć plan B? Pytam, bo nie wiem.. naprawdę już nic nie wiem.