Witajcie,
przepraszam, że ten tekst będzie długi. jednakże moja sytuacja jest bardzo skomplikowana i chciałabym żeby osoby które ewentualnie zdobędą się na to, żeby to przeczytać i spróbują mi pomóc jak najlepiej zrozumiały o co chodzi. bardzo dziękuję z góry.
2 miesiące temu rozstałam się z mężczyzną.
oboje mamy ciężkie charaktery. to była zarówno dla mnie jak i dla niego pierwsza poważna relacja. wcześniej spotykaliśmy się z innymi, ale nic poważnego.
nie umieliśmy wprost rozmawiać o naszych uczuciach. szczególnie ja miałam taką blokadę, myślę, że ma to podłoże w wychowaniu. rodzice nigdy nie nauczyli mnie mówić o uczuciach, nigdy nie powiedziałam im nawet, że ich kocham.. dlatego teraz mówienie dla mnie "kocham cię" jest nienaturalne, trudne i ciężko mi przychodzi.
wydawało mi się, że nic szczególnego do niego nie czuję.
na jego widok nie miękły mi kolana, serce szybciej nie było, nie śnił mi się każdej nocy i nie miałam ochoty spędzać z nim każdej możliwej chwili. koleżanki świrowały na punkcie swoich facetów a ja... dla mnie on po prostu był. był i tyle. a pierwsze rozstanie miało być już pod koniec czerwca.. ale obiecałam, że się zmienię. i zmieniłam. ale nie na długo...
przez problem ze sobą zniszczylam swój związek. choć wiele znajomych, ludzi znających tą historię mówi, że przesadzam, ze wina nigdy nie leży po jednej stronie... to ja czuję że to właśnie przeze mnie wszystko się rozpadło. nie umiałam się zaangażować gdy on tego chciał, nie umiałam okazać mu uczucia. wszystko było spowodowane tym, że w przeszłości zawsze bylam sama. broniłam się przed bliskością..
oprócz tego często nie szanowałam jego czasu... i masę innych rzeczy. On nie czuł się przy mnie dobrze. mieliśmy świetne chwile, świetne tygodnie, a potem znowu źle, potem znowu cierpiał.
chciał się ze mną rozstać na początku września br. rozmowę o nas zaczęłam ja bo czułam, że coraz bardziej się oddalamy.
lecz w momencie kiedy uświadomilam sobie, że wszystkie nasze chwile mają być przekreślone i że to koniec zdalam sobie sprawę, że.... moje uczucia do niego są. tylko że nie umiem ich nazywać i wypierałam je z siebie. zdałam sobie sprawę, że bez tego człowieka nie mogę żyć.
nie rozstaliśmy się w końcu, mimo, że powiedział, że sprawiłam na własne życzenie, że jestem mu obojętna. że się angażował ale juz nie ma siły, że zraziłam go do siebie i takie tam. ale zgodził się na to, że na razie jeszcze będziemy razem, ja mu pokażę, że "można" i zobaczymy.
od wrześna do dokładnie 14 października starałam się. robiłam dużo, zmieniłam się. ale on i tak każde moje zachowanie odbierał sztucznie bo przywykł do innej mnie.
mówił że i tak nic sie nie zmienia... raz było fajnie, raz mówił mi wprost, że nie chce się ze mną widzieć, że ma mnie gdzieś. a ja płakałam każdej nocy, stawałam się ruiną psychiczną ale i tak nie chciałam odpuścić....
dziś mijają prawie dwa miesiące od oficjalnego rozstania. to ja zerwałam. oczywiście, że tego nie chciałam. zrobiłam to dlatego bo on nie zerwałby ze mną. a wiedziałam, ze jeżeli coś ma się poprawić to może dzięki temu, ze damy sobie czas - to jego słowa. powiedział też że " jeżeli mamy być ze sobą to będziemy" więc w to wierzyłam...
ja po rozstaniu nie mogłam się pozbierać. śnił mi się każdej nocy, nie myślałam o niczym innym. płakałam, wpadałam w histerię, straciłam sens życia. wydawało mi się, że już nigdy z nikim się nie zwiąże....
mamy samych wspolnych znajomych więc widywałam go co weekend na imprezach czy wspolnych wypadach. co tylko utrudniało mi zapomnienie.
3 tygodnie po rozstaniu nie wytrzymałam i poprosiłam o spotkanie. zgodził się. na spotkaniu bylo dziwnie, pierwsze pytanie jakie mi zadał to czy z kimś się spotykam.
potem kontakt nam się nieco odświeżył ale niestety raz uległam i poszłam z nim do łóżka (bylam bardzo spragniona bliskosci z nim i mimo, że wiedziałam, ze to zle nie moglam sie powstrzymac. ) no i od tamtego momentu zaczęliśmy spotykać się.. w kontekście seksualnym. dosyć regularnie. miałam nadzieje, że to w nim obudzi uczucie do mnie... głupia ja.
postanowilam, że zrobię wszystko, zeby do mnie wrocil. nie bede naciskała, będę po prostu pokazywala mu, że się naprawdę zmienilam.
no i na dzień dzisiejszy mamy kontakt, spotykamy się, gadamy ale ja już nie mam siły. robię dla niego dosłownie WSZYSTKO. z kompletnie zimnej, nieumiejącej się angażować osoby zamienilam się w uczuciową, kochająca kobietę, która dla swojej miłości jest w stanie poświęcić nawet siebie.
a on? on tego nie docenia mi się wydaje. mu wciąż coś nie pasuje.
cały czas coś nie tak. kilka dni temu na imprezie mieliśmy ostrą sprzeczkę i poważną rozmowę.
powiedzial mi, że zdystansował się do mnie i do uczuć do mnie. że nie da się zrobić A, zaczynając od B. że nie możemy budować relacji tylko na fizycznym aspekcie i oczekiwać, że wyjdzie z tego coś innego, bo to są dwie różne sprawy. że tak naprawdę u nas trzeba tak się zachowywać jakbyśmy dopiero się poznali, wszystko od nowa. że wszystko powinno się dawkować, małymi kroczkami, a nie wielkie bum od razu i oczekiwać nie wiadomo czego. że dla niego to wręcz sztuczne, bo był przyzwyczajony do innej mnie.
spytałam się go czego jeszcze mu brakuje, co mu nie odpowiada.
on jest zdenerwowany na pewne moje pojedyncze zachowania, nawyki. spytałam się jakie, co konkretnie.
nie chciał mi odpowiedzieć. powiedział, że jeżeli sama na to wpadne, zauważę to i powoli będę to zmieniała to wyjdzie to o wiele naturalniej.
podsumowanie:
no i teraz pytanie: warto dla niego poświęcać tyle czasu? dla osoby, która wprost mówi, że jest zdystansowana i nie czuje nic szczególnego? ale tak naprawdę wiem, że mam szansę, jeżeli zmienię te nawyki, te swoje zachowania, które go wkurzają. ja nawet mnieeeej więęęcej wiem o co chodzi, ale tak naprawdę sporo rzeczy muszę dopiero zauważyć a i tak boję się, że wciąż nie będę wystarczająco dobra. ja naprawdę jestem w stanie to zrobić! boję się tylko, że nie powinnam.. że to on powinien kochać mnie taką jaka jestem a nie taką jaką chciałby żebym byla( w sumie sam powiedzial, że on nie chce żebym na siłę się dopasowywała do niego. problem w tym, że to nie na siłe tylko ja tego chcę.)
ja naprawdę nie wyobrażam sobie bycia z nikim innym, to go widzę w głowie wyobrażając sobie przyszłość... bardzo żałuję, że nie umiałam tego zauważyć wcześniej.
spotkałam się ostatnio nawet z kilkoma facetami, ale żaden mnie nie pociąga, w mojej głowie jest tylko ON.
proszę o wasze opinie.